Rak doczekał się biografii. Niczym żywa osoba. Jak słusznie podnoszą we wstępie, jest to choroba tak wszechobecna, złowroga, zagadkowa i niepokonana aż do dziś, że ponadpięciusetstronicowa jego historia to tak akurat w sam raz tytułem wstępu. Historia ta jest pasjonująca i dotyczy ponad czterech i pół tysiąca lat zmagań, bo rozpoznana została już przez Imhotepa z Egiptu, który zapisał, że wygląda tak i tak, a nie ma na nią lekarstwa. Później Klaudiusz Galen stwierdził, że za powstanie tej choroby odpowiedzialna jest czarna żółć, jeden z czterech płynów wydzielanych w organizmie człowieka i odpowiedzialnych za różne choroby. Następnie Wesaliusz z Bolonii stwierdził, że po narysowaniu całej anatomii człowieka nie znalazł żadnego organu czarną żółć wydzielającego i że za raka odpowiedzialne musi być coś innego. W XVIII w. nauczono się rozróżniać raka w fazie wczesnej i w fazie inwazyjnej – w tym drugim przypadku nic nie można było poradzić, w tym pierwszym przeprowadzano mastektomię (pomysł nienowy, już królowa Atossa w r. 250 pne miała przeprowadzony taki zabieg). W XIX w. Halsted opracował metodę daleko idącej mastektomii, która rozbuchała się następnie do niebotycznych rozmiarów, pociągając za sobą amputację mięśni, wszystkich węzłów, żeber, a często na darmo. Później przyszło odkrycie radu i stosowanie napromieniowania miejscowego jako sposobu leczenia, opracowane metodologicznie zwłaszcza w przypadku ziarnicy – raka węzłów chłonnych. Podczas wojny przypadkiem doszło do wybuchu statku z gazem musztardowym w Bari we Włoszech i tak doszło do odkrycia, że zabija on krwinki białe, a zatem zaczęto badania nad leczeniem za pomocą jego pochodnych białaczki. Dopiero w XX w. odkryto, na czym w ogóle polega ta choroba i gdzie się zaczyna – mianowicie w komórce i polega na mutacji jakiegoś onkogenu. Co oznacza, że każdy tę chorobę potencjalnie w sobie nosi, ale że niektóre kacnerogeny zewnętrzne, jak zwłaszcza dym papierosowy, ten onkogen mogą aktywować. Albo dochodzi do mutacji samoistnych, poprzez wadliwy podział komórki czy kopiowanie genu. To odkrycie otworzyło drzwi do dalszych badań – poszukiwania konkretnych genów odpowiedzialnych za konkretne rodzaje raka, a następnie ustalania mechanizmów – ścieżek – jak informacja z genu uruchamia w komórce proces niepohamowanego dzielenia się czy też blokuje mechanizm stopujący to dzielenie. W tę ścieżkę ingerowały naprawiając ją leki, kóre zostały stworzone od podstaw, niestety nie ma jeszcze (i raczej długo nie będzie) leku na każdy rodzaj raka. Być może zresztą nie jest możliwe stworzenie takich leków. Przynajmniej działając w części zwalczają mechanizm powstawania nowych mutacji ścieżek i nowotworzenia się komórek, podczas gdy chemioterapia np. uderza w nadtworzone krwinki białe i likwiduje sutek, również skutecznie, ponieważ pozwala komórkom macierzystym wrócić do swojej pierwotnej funkcji w szpiku i tworzyć zdrowe nowe komórki krwi. Jak widać książka niezwykle przystępnie pokazuje, że nie ma uniwersalnego lekarstwa na raka i że każdy rak trzeba zrozumieć na poziomie molekularnym, żeby znaleźć dla niego lek. Przy odrobinie szczęścia. Dodatkowo oczywiście oswaja z tym tematem i w przystępny sposób ładuje do głowy wiele medycznych i medyczno-społecznych informacji, porywa jak prawdziwa biografia. Nic dziwnego, że autor został odznaczony nagrodą Pulitzera i jeśli jest w tym całym pomyśle na opowieść coś dziwnego, to fakt, że w którymś momencie historia porywa autora tak, że mówi o „pięknie raka”, choć dodaje, że sam się boi tego, co pisze. Fascynująca lektura.
Dodatkowo trzeba dodać, że to wyjątkowo pięknie i starannie wydana książka, przepiękny projekt okładki i staranna edycja, dopatrzyłam się chyba trzech jedynie błędów na sześćset stron. Żeby każda edycja była taka…

Siddartha Mukherjee, Cesarz wszech chorób. Biografia raka, Wyd. Czarne 2013, Wołowiec, s. 615, przekład Jan Dierzgowski, Agnieszka Pokorska.