rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy, których autorem jest rosengarten

Georgy Spiro, Mesjasze, WAB 2009, s. 800
Kazuo Ishiguro, Kiedy byliśmy sierotami, s. 350

Tak zupełnie przypadkiem wypadło, że obie te lektury traktują o różnych biegunach szaleństwa. Mesjasze to opowieść o polskiej emigracji po upadku powstania listopadowego, w której centrum wpada po pewnym czasie Mesjasz z Litwy i w ten krąg facetów na przeczekaniu, popychających godziny i toczących jałowe dyskusje i spory wynikające głównie z naturalnej dynamiki grupy i ograniczonej liczby możliwości niż z umiłowania nauki, politycznych ambicji czy realnych możliwości działania wprowadza SENS. Z aparycji, jak wynika z przekazów, raczej niepozorny, głowa niezbyt tęga, a jednak omamił ich wszystkich, oczarował i porwał rojeniami o swojej i ich wielkiej roli. Jak? Na pewno charyzmą. I tradycyjnymi mechamizmowi hierarchii, wygrywania jednych przeciw drugim, które Spiro rekonstruuje z jakiegoś pewnie miliona notatek i listów. Może Towiański swoich emigrantów nie zbawił, a na pewno ma na sumieniu zmarnowanie talentów Mickiewicza i Goszczyńskiego, ale na nudę i poczucie emigracyjnego bezsensu pomógł na pewno, wypełniając dni takimi zajęciami, jak spotkania, medytacje i rozmowy na zadane tematy, rywalizacje… Kogo konkretnie Towiański porwał, kto co w jego Kole Sprawy Bożej robił i jak jego życiorys na tle epoki wygląda – swobodnie, z dystansem, z ironią, z sympatią opisuje Spiro. Kwerenda do tej książki jest imponująca, ale i rozmach autor wziął niemały – bo w tle i dziewiętnastowieczna historia żydów w Niemczech, Jerozolimie, sefardyjczycy, aszkenazyjczycy, purycowie, chasydzi, i Irlandczycy równie zaczadzeni swoją wyjątkowością, co Polacy, i Wiosna Ludów, i papiestwo. W warstwie faktograficznej to jest tak, jakby ktoś w jednej książce zawarł ich z pięć. A i tak miejscami temat wydaje się jakby niedociągnięty do końca… Autor pisze we wstępie, że książkę tę pisał dwa razy, bo pod koniec pierwszej redakcji dotarł do źródeł, któe w pełni uwzględnił dopiero przy drugim pisaniu. Może przyjdzie kolejna redakcja, będzie więcej o Irlandczykach i wojnie z Osmanami… I może to jest uniwersalna recepta na tworzenie dobrych książek, każdą napisać przynajmniej dwa razy?

Szaleństwo w książce Ishiguro zamyka się w głowie pojedynczych osób – Christophera, Sary, Jennifer, tytułowych sierot, które muszą się skonfrontować z traumami definiującymi ich życie, polegającymi na utracie rodziców i wynikającej z niej samotności. To wymaga zdjęcia różnych masek, zrzucenia pancerza przybranych ról i póz. Głównym bohaterem jest Christopher Banks i to tropami jego poszukiwań podąża czytelnik. Narracja jest pierwszoosobowa, powolność akcji i perspektywa kojarzą mi się bardzo z Doylem i w ogóle z dziewiętnastowieczną prozą. Zasadnicza akcja powieści kończy się kilka lat przed wybuchem drugiej wojny, a wątkowi osobistych poszukiwań Christophera towarzyszy jego na poły bajkowe, oniryczne, nieuchwytne przkonanie, że powodzenie tych działań jest w stanie zapobiec czającej się już katastrofie, wybuchowi niewyobrażalnego zła. Nie ma happy endu, ale w końcu zagadka zostaje rozwiązana. Wszystkie puzzle trafiają na swoje miejsce i taki układ ma swój sens, bohaterowie zaś wydają się umieć z tym żyć.

1.

- Proszę pani, przepraszam,  czy to bliźniaki?
- Tak.
- Ojejku! Jak super! Gratulacje! To ma pani z głowy za jednym zamachem! A mieliście bliźniaki w rodzinie? Karmi pani piersią? Pewnie wcześniaki, co?

2.

(Wariant 1)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das ist ja schön! Und ein Junge und ein Mädchen, ist ja traumhaft! Da haben Sie aber ein schönes Projekt!
- Ja, wir freuen uns auch sehr!
- Toll haben Sie das gemacht. Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?

(Wariant 2)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das habt ihr aber gut gemacht!  Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?
- Ja…
-  Dafür ist es aber ein wirklich schönes Projekt!

3.

Brytyjsko:
- Oh, it’s twins! Splendid! Double trouble?

4.

(Kolega latynoski, widziany po raz pierwszy w życiu, rozmowa w jedynym wspólnym języku)
- Wow, you look really good! Not like if you just have had twins! Have you considered putting earrings in your doughter’s ears?

5.

- Ach, Zwillinge! Ich kann Sie so gut verstehen, bin selbst Vater und Opa von Zwillingen.
- Und? Wann wird es merklich leichter? So mit zwei, wird immer gerne behauptet?
- Naja, ich werde Sie nicht anlügen. Es fängt so mit fünfunddreißig an.

6.

- Dzień dobry! I jak?
- No, cóż będę kryć, jako matka bliźniaczek sama pani wie najlepiej, jak jest.  [W domyśle: nieprzespane noce, wstawanie na przemian to do jednego smoczka, to do drugiego, to jeść, to pokołysać...]
- Tak, wiem, wiem, dopóki nie zaczną chodzić jest cudownie…

 

27. Anna Czerwińska-Rydel, Powiat szydlowiecki. Przewodnik dla dzieci, Powiat Szydłowiecki 2014, s. 55

28. Ferdinand von Schirach, Verbrechen, Piper 2015, wyd, 27, s. 206

29. Jean-Luc Bannalec, Bretonische Brandung, Kiepenheuer und Witsch 2013, wyd. 10, s. 352

30. Robert Galbraith, Career of Evil, sphere 2015, s. 490

 

Tempo pozostawia wiele do życzenia…

24. Jared Diamond, Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw, wzd. 2, Warszawa Prószyński i Ska 2012, s. ok 400 – wciągająca, pouczająca, fantastyczna
25. Bozidar Jezernik, Kawa, Wydawnictwo Czarne 2011, s. 248 – pod pretekstem opowieści o kawie podróz po Bliskim Wschodzie i Bałkanach. Perełka, do tego pięknie wydana, z rycinami i świetną szatą graficzną
26. P.D. James, Z nienaturalnych przyczyn, Prószyński i Ska, Warszawa 1995 s. 254 – kryminał niezły, tłumaczenie raczej kiepskie

16. Marek Bieńczyk, Książka twarzy, Warszawa 2012 (Świat Książki), s. 444
17. Antoni Libera, Madame, Kraków 2008 (Znak), s. 392
18. Stefan Grabiński, Niesamowite opowieści, Kraków 1975 (Wydawnictwo Literackie), s. 351 (z posłowiem S. Lema)
19. Ronan Bennett, Zugzwang, Berlin 2007 (Bloomsbury Berlin), s. 315

Spoza tego kręgu:
20. Mark Haddon, Drobny kłopot, Warszawa 2008 (Świat Książki), s. 318
21. Donna Leon, Schöner Schein, Zürich 2011 (Diogenes), s. 345
22. Maria Kamińska (red.), Od noworodka do przedszkola, Warszawa 1979 (Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich), s. ??
23. Petra Lersch, Dorothee von Haugwitz, Zwillinge – Gut durch Schwangerschaft, Geburt und erstes Lebensjahr, Stuttgart 2015 (Trias / Thieme Verlag), s. 272

Polecony w „Krwawej setce” Czubaja&Burszty kryminał autorstwa Martina Cruza Smitha Park Gorkiego (Almapress, Warszawa 2001, s. 404) jako jeden z dziesięciu najlepszych wszechczasów rzeczywiście jak najbardziej na to miano zasługuje. Jest to jedna z najlepszych książek o Rosji, jakie czytałam (chociaż tak z ręką na sercu jakoś wiele ich nie było), co zasługuje na uwagę zwłaszcza dlatego, że nie została napisana przez Rosjanina. A mimo tego wszechobecna jest w niej pewna w moim pojmowaniu nieodzowna dla literatury rosyjskiej duszność, niewładność, chaotyczność istnienia zdominowanego przez system radziecki, który będąc czynnikiem determinującym taką atmosferę nie jest jednak przyczyną jedyną. Jest jakaś nieuchwytna melancholia w determinacji, humor i spojrzenie z góry i z dystansem na rozmaite zależności życia, mimo iż kręci się ono wokół wódki, pralki, braków zaopatrzenia lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wręcz niesamowite, jak to się wszystko autorowi udało. A dodatkowo jest oczywiście intryga kryminalna, przeradzająca się w thriller w naprawdę amerykańskim stylu. Są bon moty w stylu: „Lubię śnieg. Dobrze skrywa trupy”. I jest tu porządny kawałek ekonomii i handlu dotyczący handlu skórami soboli, motyw tyleż oryginalny w literaturze kryminalnej co otwierający mnóstwo wykorzystanych przez autora możliwości jeszcze lepszego pogłębienia obrazu Rosji i Rosjan.

Kolejna doskonała pozycja z rekomendacji Burszty i Czubaja to „Palacz zwłok” Ladislava Fuksa (Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2011, s. 152). Książka o tym, jak banalne jest zło, jak łatwo dać się mu uwieść i przekroczyć granice, które dotychczas były nieprzekraczalne. Książka wydana została w 1967 r. i dotyczy czasów sprzed traktatu monachijskiego w 1938 r. i zajęcia Czech przez hitlerowskie Niemcy. Rzecz dzieje się w Pradze, tytułowy palacz zwłok to człowiek, który zakłada pierwsze krematorium w Pradze i jest wcieleniem łagodności. Ubóstwia rodzinę, zdrabnia, co się da zdrobnić, unika konfliktów, harmonię stawia na pierwszym miejscu… Do czasu, gdy daje się uwieść propagandzie o czystej niemieckiej krwi i jej dziejowej dominacji. Nie chodzi tylko o to co, ale też jak to zostało opowiedziane. Specyficzny jest ten pełen łagodności styl narracji głównego bohatera, spod którego wyziera coś złowrogiego.

Mniej spektakularne lektury, ale też dobre:
Walter Mosley, Czerwona śmierć, Da Capo, Warszawa 1992, s. 252
Jonathan Kellerman, Obsesja, Amber Warszawa 2007

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Śniło mi się dzisiaj, że z okazji zeszłorocznych obchodów dwudziestopięciolecia pierwszych wolnych wyborów w Polsce Kancelaria Prezydenta zorganizowała konkurs na drink o nazwie Gloria victis. Drink bardzo się przyjął i miał dobrą prasę jako niespiżowy przykład radosnej pamiątki ważnego wydarzenia, istotnego dla wszystkich obywateli. I umożliwiający jednocześnie gromadne obchodzenie kolejnych rocznic. A wszystko to okazało się dość ironiczne teraz, po roku, kiedy w powietrzy znów wisi strach przed Rosją i ekspansywnymi planami Putina.

A później przyśniła mi się Joanna Bator, która niespodziewanie okazała się moją sąsiadką z lewej strony w podróży jakimś metrem. Była bardzo miła i podpisała mi mój egzemplarz „Ciemno, prawie noc”, który jak się okazało właśnie miałam ze sobą i z zachwytem czytałam. Niestety, z tego wszystkiego tylko ten zachwyt książką jest prawdziwy…

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

Bilans roku 2014: 39 książek. Bez szaleństwa…

Na otwarcie roku 2015:

1. Mikołaj Golachowski, Morux, Pupy, ogonki i kuperki, Babaryba 2014, s. 135 (z ilustracjami)

2. Pamela Druckerman, W Paryżu dzieci nie grymaszą, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 350


  • RSS