rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy w kategorii: Książki

Georgy Spiro, Mesjasze, WAB 2009, s. 800
Kazuo Ishiguro, Kiedy byliśmy sierotami, s. 350

Tak zupełnie przypadkiem wypadło, że obie te lektury traktują o różnych biegunach szaleństwa. Mesjasze to opowieść o polskiej emigracji po upadku powstania listopadowego, w której centrum wpada po pewnym czasie Mesjasz z Litwy i w ten krąg facetów na przeczekaniu, popychających godziny i toczących jałowe dyskusje i spory wynikające głównie z naturalnej dynamiki grupy i ograniczonej liczby możliwości niż z umiłowania nauki, politycznych ambicji czy realnych możliwości działania wprowadza SENS. Z aparycji, jak wynika z przekazów, raczej niepozorny, głowa niezbyt tęga, a jednak omamił ich wszystkich, oczarował i porwał rojeniami o swojej i ich wielkiej roli. Jak? Na pewno charyzmą. I tradycyjnymi mechamizmowi hierarchii, wygrywania jednych przeciw drugim, które Spiro rekonstruuje z jakiegoś pewnie miliona notatek i listów. Może Towiański swoich emigrantów nie zbawił, a na pewno ma na sumieniu zmarnowanie talentów Mickiewicza i Goszczyńskiego, ale na nudę i poczucie emigracyjnego bezsensu pomógł na pewno, wypełniając dni takimi zajęciami, jak spotkania, medytacje i rozmowy na zadane tematy, rywalizacje… Kogo konkretnie Towiański porwał, kto co w jego Kole Sprawy Bożej robił i jak jego życiorys na tle epoki wygląda – swobodnie, z dystansem, z ironią, z sympatią opisuje Spiro. Kwerenda do tej książki jest imponująca, ale i rozmach autor wziął niemały – bo w tle i dziewiętnastowieczna historia żydów w Niemczech, Jerozolimie, sefardyjczycy, aszkenazyjczycy, purycowie, chasydzi, i Irlandczycy równie zaczadzeni swoją wyjątkowością, co Polacy, i Wiosna Ludów, i papiestwo. W warstwie faktograficznej to jest tak, jakby ktoś w jednej książce zawarł ich z pięć. A i tak miejscami temat wydaje się jakby niedociągnięty do końca… Autor pisze we wstępie, że książkę tę pisał dwa razy, bo pod koniec pierwszej redakcji dotarł do źródeł, któe w pełni uwzględnił dopiero przy drugim pisaniu. Może przyjdzie kolejna redakcja, będzie więcej o Irlandczykach i wojnie z Osmanami… I może to jest uniwersalna recepta na tworzenie dobrych książek, każdą napisać przynajmniej dwa razy?

Szaleństwo w książce Ishiguro zamyka się w głowie pojedynczych osób – Christophera, Sary, Jennifer, tytułowych sierot, które muszą się skonfrontować z traumami definiującymi ich życie, polegającymi na utracie rodziców i wynikającej z niej samotności. To wymaga zdjęcia różnych masek, zrzucenia pancerza przybranych ról i póz. Głównym bohaterem jest Christopher Banks i to tropami jego poszukiwań podąża czytelnik. Narracja jest pierwszoosobowa, powolność akcji i perspektywa kojarzą mi się bardzo z Doylem i w ogóle z dziewiętnastowieczną prozą. Zasadnicza akcja powieści kończy się kilka lat przed wybuchem drugiej wojny, a wątkowi osobistych poszukiwań Christophera towarzyszy jego na poły bajkowe, oniryczne, nieuchwytne przkonanie, że powodzenie tych działań jest w stanie zapobiec czającej się już katastrofie, wybuchowi niewyobrażalnego zła. Nie ma happy endu, ale w końcu zagadka zostaje rozwiązana. Wszystkie puzzle trafiają na swoje miejsce i taki układ ma swój sens, bohaterowie zaś wydają się umieć z tym żyć.

27. Anna Czerwińska-Rydel, Powiat szydlowiecki. Przewodnik dla dzieci, Powiat Szydłowiecki 2014, s. 55

28. Ferdinand von Schirach, Verbrechen, Piper 2015, wyd, 27, s. 206

29. Jean-Luc Bannalec, Bretonische Brandung, Kiepenheuer und Witsch 2013, wyd. 10, s. 352

30. Robert Galbraith, Career of Evil, sphere 2015, s. 490

 

Tempo pozostawia wiele do życzenia…

Jakiś miesiąc temu napisałam minirecenzję The Silkworm autorstwa Roberta Galbraitha i wpis się skasował, a szkic nie zapisał. Naprawdę całkiem porządnie mnie to zdenerwowało, wpisu nie udało mi się odtworzyć, ale w międzyczasie trochę mi przeszło, ponadto trzeba spisać i pochować przeczytane książki.

Robert Galbraith, The Silkworm, sphere, London 2014, s. 455
Ursula K. Le Guin, Das Wunschtal (The Beginning Place), Wilhelm Heyne Verlag, München 2001, s. 206
Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu (A Wizard of Earthsea), przekł. Stanisław Barańczak (pierwsze pol. wydanie Wydawnictwo Literackie) w: Ziemiomorze, Proszyński i Sp. 2014, ebook
Ursula K. Le Guin, Grobowce Atuanu (The Tombs of Atuan), przekł. Piotr Cholewa (pierwsze pol. wydaniePhantom Press International) w: Ziemiomorze, Proszyński i Sp. 2014, ebook
Alan Bennett, Handauflegen, Wagenbach Berlin 2010, s. 91
Seppa Jokinen, Gefallene Engel, ars vivendi, Caldozburg 2014, s. 398
Joanna Bator, Piaskowa Gora, W.A.B., s. ok. 500

Georg Weidinger, Die Heilung der Mitte, Ennsthaler 2014, S. 432
Li Wu, TCM für jeden Tag, Mankau 2014, s. 180
Cornelia Böttcher, TCM für Einsteiger, BLV 2013, s. 112
Angela Drees, Typgerecht zum Wunschgewicht mit den fünf Elementen, TRIAS 2013, s. 144

Djuna Barnes, Solange es Frauen gibt, wie sollte da etwas vor die Hunde gehen?, Wagenbach, Berlin, s. 93

Tytuł w bardzo wolnym tłumaczeniu: Jak długo istnieją kobiety, tak długo nie ma prawa się nic spsuć. Cóż. Książka to zbiór przedwojennych wywiadów z kobietami ówcześnie w jakiś sposób ważnymi i zasłużonymi. Jest matka założycielka amerykańskich sufrażystek, walczących o prawo kobiet do głosowania, jest słynna aktorka, druga słynna aktorka, projektantka mody, modelka… Każda z nich swoim życiorysem wnosi głos do dyskusji na temat roli kobiety w życiu publicznym, każda rozmawia też z dziennikarką na temat tych możliwości, obecnie i w przewidywanej przeszłości. Diuna Barnes przeprowadzała te wywiady w latach 1913-1931, w międzyczasie przyszła jedna, a potem druga wojna światowa i pomiędzy pierwszym a ostatnim wywiadem jest przepaść, jeśli chodzi o sposób artykułowania tego, co kobietom wolno… Pierwszy wywiad jest śmiały wprawdzie, ale bardzo ostrożny, mówi o sposobach argumentowania w publicznych wystąpieniach nt prawa kobiet do głosowania, tego, czy jest ona w stanie myśleć odpowiedzialnie, jak mężczyzna. Drugi wywiad, co ciekawe, jest z kobietą, która prawa kobiet do głosowania wręcz nie popiera, ale sama aktywnie walczy o prawa robotników. Ostatni zaś z Coco Chanel jest wyraźnie inny, to Coco jest podmiotem bez przepraszania za to co robi kształtującym otoczenie i rzeczywistość, jest mocna, wpływowa, o zdecydowanych sądach…

Do tego jest to książka pięknie wydana, w czerwonym płótnie, w bardzo niecodziennym formacie, który widywałam tylko w tomikach wierszy, z bogatym materiałem zdjęciowym z lat wywiadom współczesnych. Sama Djuna Barnes, drugi Marcel Proust o podobno nawet piękniejszej od niego metaforze jest równorzędną bohaterką tego zbioru, chociaż ukrytą w cieniu jako dziennikarka. Jednak widać wyraźnie jej postać zwłaszcza w wywiadach z kobietami, które są trzpiotowane, same siebie nie traktujące dostatecznie poważnie – jej pytania czy komentarze są mało „przezroczyste” i daje odczuć, że właśnie tak postrzega swoją rozmówczynię. Dziś dziennikarze starają się zniknąć za stawianymi pytaniami, bohater jest zawsze na pierwszym planie.

W tych trzech słowach można w zasadzie podsumować dyskusyjną urodę przestrzeni publicznej polskich miast i miasteczek, którą trafnie i niestety w bardzo pesymistycznych barwach opisał i skategoryzował oraz bogatym materiałem zdjęciowym opatrzył Filip Springer, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wołowiec 2013, s. 247.

Dostałam na urodziny książkę „Das Dorf in deinem Kopf” Michaela Stöhrenbergera (Gollenstein 2013, s. 392). Przeczytałam i nie wiem sama, co o niej myśleć, jednocześnie denerwuje i podoba mi się. Generalnie zbudowana jest z naprzemiennie występujących reportaży autora, napisanych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych głównie w różnych wioskach świata i listów do jego dzieci napisanych współcześnie, w których zadaje im różne pytania i przedstawia swoje przemyślenia na różne tematy, głównie wokół cytowanych reportaży i koncentrujących się wokół tego, jak zachować i pielęgnować przejrzystość i siłę wzajemnych międzyludzkich kontaktów, które mają dla niego szczególne znaczenie.

Denerwuje mnie:
- że w gruncie rzeczy to po prostu ładnie opakowany pomysł na ponowne wykorzystanie i sprzedanie dawniej opublikowanych reportaży. Z drugiej strony jednak nie ma przecież nic złego w ponownym wykorzystywaniu utworu, tym bardziej, że inaczej pewnie nigdy bym tych reportaży nie przeczytała. Sposób tego „odgrzania” jest nowatorski, bardzo przemyślany i stanowi także wartość dodaną. Ale mimo woli zastanawiam się: tytułowa teza, że tak naprawdę ilość ludzi, emocji, stosunków międzyludzkich, którą mamy w głowie i która jest dla nas jako jednostki ważna, która nas określa nie przekracza niezależnie od tego, gdzie żyjemy, rozpiętości stosunków, które łączą ludzi w wiosce. Więc niezależnie od tego, gdzie żyjemy, świat myśli i uczuć w naszej głowie ciągle odzwierciedla wioskę. To czy ta teza szczerze zaprzątała autora? Chce mi naprawdę coś przekazać? Czy ta teza szczerze była motorem powstania tej książki czy raczej dodanym, koniecznym usprawiedliwieniem?
- że tak przebija w tym tekście duma z dzieci i przekonanie, że wyrosły na niezepsute i mądre i mają coś do powiedzenia czytelnikowi. Jego duma wypływa z tego, że choć autor jako ojciec nie przekazał im nie wiadomo jakiego majątku czy szczególnych… superpowers, bo żyli zawsze jedynie w wynajętym mieszkaniu i bez specjalnych przywilejów, a kasę wydawali na podróże, że chociaż chodzili do zwykłych publicznych szkół etc. to że udały się, mówiąc kolokwialnie, że ludziom do dobrego życia wystarczą wartości niematerialne. Prawda – ale jednak z drugiej strony w ramach tych wartości niematerialnych jego dzieci otrzymały jak najbardziej szczególne miejsce, z ojcem podróżnikiem, reporterem, zajmującym się ważnymi sprawami i wciągającym do tego dzieci. Autor pisze o tym, jak to nie zapewnia im nic szczególnego w sensie bogactwa, ale jednocześnie czyni je współautorami tego dialogu i książki, jakby to nie była szczególna pozycja? Zwłaszcza we Francji, hołubiącej poetów i szeroko pojętą sztukę? Które inne dzieci dwudziesto- czy dwudziestoparoletnie są współautorami dobrej (mimo wszystko) książki? Ale przecież i wcześniej zabierając dzieci na wyjazdy reporterskie musiał mieć świadomość, że zapewnia im możliwość zdobycia wiedzy o świecie, której większość ich rówieśników nigdy nie otrzyma, a oprócz tego pozwoli nauczyć się jezyków. Z trzeciej strony natomiast – mają dzieci szczęście mieć ogarniętego ojca, niech piszą z nim książki, żal im żałować, że korzystają…

Podoba mi się, że:
- dzięki połączeniu formy reportażu i listu tworzy się taki wielogłos z tej książki, efekt, jakiego nie spotkałam nigdzie indziej. Toczy się rozmowa między pokoleniami na temat teraźniejszości i przeszłości, która ich wiąże, ale którą pamiętają inaczej, a także na temat przeszłości, którą pamięta tylko ojciec – tzn. życia w wiosce, z której pochodzi, jego rodziców, na temat reportaży, które autor czyni częścią tej rozmowy wysyłając je dzieciom. A do tego swoim własnym głosem opowiadają zupełnie inną historię bohaterowie reportaży, częściowo znani dzieciom autora, w większości jednak nie. Ich życie na moment zazębiło się z życiem autora i wessało go do środka, a dedykowanie tych reportaży dzieciom łata dziurę, która powstała wówczas w ich wzajemnych stosunkach,
- dobre są reportaże, największe wrażenie zrobiły na mnie ten z Madagaskaru i z Salwadoru – za stosunek do śmierci, ten z Boliwii – pokazujący jak bardzo niespotykane mogą być skutki naszych działań… Reportażowa część w ogóle podobała mi się dużo bardziej niż epistolograficzna,
- ładnie wydana książka, gruby, śliski papier (bardzo rzadko spotykane ostatnio), ładny koncept okładki, ładne kolory, dużo ładnych zdjęć. I jak na takie wydanie to bardzo tania,
- fajną rzecz pisze najstarsza córka autora: Chcę ci tato uświadomić, że ja i moi przyjaciele kroczymy bez złudzeń i żadnych iluzji drogą prostych ludzi, wiemy, że żadnej wielkiej rewolucji nie zdziałamy, ale może za to kilka małych,
- w reportażu z Sahary północnej o plemieniu Tubu jeden z nich wyjaśnia: Tubu potrzebuje przede wszystkim piasku i kamienia. Piasku dla wygody, kamienia żeby się schować. – I już. Niesamowity minimalizm potrzeb,
- równie magiczny sposób – i uniwersalny – postępowania, jak się człowiek zgubi nocą na pustyni: „Jeśli się zgubisz, to jest na to prosta recepta. Zatrzymujesz się, zamykasz oczy, kręcisz się w kółko, a potem kładziesz się na ziemi. I kiedy wirowanie w twojej głowie ustaje otwierasz oczy. Patrzysz na gwiazdy. I od razu wiesz, gdzie jesteś”.
- syn autora w związku z tym reportażem przypomina sobie, jak ojciec pytał starca z Sahary, który oślepł na jedno oko od słońca, kiedy był samotnie w swojej najdłuższej podróży przez Saharę (wymieniał daktyle na inne produkty, w sumie 4000 km na wielbłądzie): O czym myślisz, kiedy tak miesiącami wędrujesz przez pustynię? – O niczym, to bardzo ważne. – Ale przecież o czymś zawsze się myśli. – To myśl tylko to, co widzisz! Tylko i wyłącznie to!”

Więc polecam jak najbardziej, ale na własną odpowiedzialność, książka może niektórych irytować.

Jerome K. Jerome, Drei Männer im Boot, ganz zu schweigen vom Hund (Three men in a boat, oryg. 1889), Piper 2003, s. 248.

Dostałam tę książkę w prezencie od koleżanki z okazji Bożego Narodzenia, opatrzoną komentarzem, że to jest jedna z jej ulubionych książek i że jest przezabawna. Była trochę zdziwiona, że zupełnie o niej nie słyszałam, bo to taki klasyk. To, że klasyk, trochę mnie zniechęciło, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale akurat potrzebowałam do torebki lektury przejrzystych rozmiarów i ciężaru (druga książka, którą aktualnie czytam powoduje u mnie wydatki, tak mnie ramię bolało, że (naprawdę!) musiałam iść na masaż) i przyszła jej kolej.

I jest cudowna. Lekka, sarkastyczna, soczysta, celna, jeśli chodzi o obserwacje, bezczelna do tego też. Oczywiście wszystko w przystępnej dawce, stosownie stonowanej, w końcu to żartobliwa powieść dla pań i panów końca dziewiętnastego wieku. Narratorem jest jeden z tytułowych facetów, który przeczytawszy encyklopedię chorób czy podręczną ulotkę dotyczącą dbania o zdrowie dochodzi do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione w niej choroby poza jedną i wraz z dwoma kolegami i psem postanawiają dla podreperowania zdrowia, a także na wyraźne polecenie lekarza (nie, nie potrzebujesz żadnego leku, czego ci trzeba to trochę ruchu i porządny krwisty stek z piwem) udać się na dwutygodniowy rejs łódką po Tamizie. Po drodze robią z siebie idiotów przy niejednej okazji i zadziwiające jest, jak bardzo aktualne pozostały niektóre obserwacje, jak na przykład ta, że na rzece ludzie o zdawałoby się najłagodniejszych charakterach dostają wściekłych napadów szału i zupełnie nie mają cierpliwości, wyzywając bliźnich na prawo i lewo, i nawet dziewcząt delikatnych jak lilije przypadłość ta nie oszczędza.

Wdzięk, humor, dystans i klasa – pomyślałam sobie więc, że kupię tę powieść jednemu naszemu koledze, który od lat wyciera obcasami londyńskie bruki, gdyby go naszła melancholia albo inna hipochondria będzie miał od razu podręczną lekturę, ba, podręcznik nawet, jak ma urządzić taki relaksacyjny rejs i jak się podczas niego zachowywać. I znalazłam przy okazji bardzo interesująco wydaną serię klasyków Penguin Essentials, pod względem graficznym i edytorskim dopracowaną przez artystów z różnych stron świata. Okładka Panów w łódce wygląda tak: okładka.

Zgodnie z opisem seria ta łączy „incredible stories and breathtaking designs”. Coś w tym jest, design jest rzeczywiście bardzo udany, a przy doborze poszczególnych pozycji książkowych do tej serii redaktorzy kierują się następującymi motywami: „When they were first published they changed the way we thought about literature and about life. And they have remained vital reading ever since.” Czuję w kościach, że niejedną książkę u nich zamówię już choćby dla okładki…

9. Deborah Gray, Adopcja i przywiązanie, Sopot 2010, s. 315 – trochę ciężko się czyta, bo tłumaczenie.

10. Robert McLiam Wilson, Ulica marzycieli, Książnica, Katowice 2006, s. 404 – jaka to cudowna książka! „W prozie Wilsona uderza nadzwyczaj szeroka gama uczuć. Tragizm, komedia, realizm, absurd, wnikliwość polityczna… Jestem pod wrażeniem tej skali” – napisał krytyk z Timesa. Ja też jestem pod wrażeniem. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to opowiadanie o grupie prawie trzydziestolatków dryfujących sobie w codziennej beznadziei, bez celu, przez ulice skonfliktowanego Belfastu, starających się wypełnić jakoś godziny do jutra, do następnego spotkania przy piwie z kolegami. Na główny plan wysuwają się dwaj bohaterowie, Jake i Misiek. Misiek usiłuje z dnia na dzień stać się milionerem i ma wiele absurdalnych biznesowych pomysłów, jest przy tym kojąco prosty w swej konstrukcji psychicznej, mimo tego zdolny do podejmowania słusznych z perspektywy czasu decyzji, mimo tego zdolny pomieścić tyle odmian uczucia miłości, że jest to chyba największe zaskoczenie tej książki. Jake, główny narrator opowiadania i najlepszy kumpel Miśka, który akurat nie bardzo może znaleźć swoje miejsce w życiu, przyjmuje pozę wnikliwego komentatora poczynań kolegów, swoich własnych i życia tego skonfliktowanego miasta. Jest wulgarny, wrażliwy, inteligentny, twardy, kochliwy, w głębi serca wielki romantyk, szuka miłości, po drodze obija pyski i jest obijany i wciąż jakby cicho się dziwi swemu istnieniu, swemu wiekowi, otoczeniu, temu, jak ono wygląda i że w ogóle jest. A trzeci bohater to miasto, a może nawet Irlandia jako stan umysłu, obraz skonfliktowanych grup, choć bez ambicji przedstawienia istoty konfliktu i wyrokowania, kto ma rację.

Tomasz Konatkowski, Przystanek śmierć, WAB Warszawa 2007, ok. 300 stron

Karina Obara, Gracze, WAB Warszawa 2010, s. 314

Thomas Kanger, Mężczyzna, który przychodził w niedzielę, przekł. Marta Rey-Redlińska, Wydawnictwo Czarne 2009, s. 352

Marcin Wroński, Kino Wenus, wyd. II, WAB 2011, s. 345

Ben Aaronovitch, Rivers of London, Orion Group, London 2011, s. 391

Spośród nich zdecydowanie najlepszy był „Mężczyzna, który przychodził w niedzielę”, gdzie bohaterką jest komisarz policji Elina Wiik, która musi rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed dwudziestu pięciu lat. I to szybko, bo za niecały miesiąc ulegnie przedawnieniu. Zmaga się nie tylko z ludzką pamięcią czy też raczej niepamięcią, ale także z niechęcią we własnym miejscu pracy, układami, czasem… W książce prowadzony jest też równoległy wątek dwojga ludzi, którzy wyruszają w podróż w celu odkrycia zagadek przeszłości, a na koniec odnajdują coś więcej, niż tylko ich rozwiązanie, a te dwie równoległe opowieści na koniec łączą się w harmonijną całość. Ciekawa jest postać pani komisarz (czy też inspektor? nie pamiętam) – kobieta kompetentna, ale miejscami niepewna, wątpiąca, wściekła, głupio uparta, chyba z historią (która jednak nie została, o ile wiem, przełożona na polski), ale jej zły humor czy zwątpienie nie jest traktowane jako słabość i kobieca nieudolność, tylko jako coś ludzkiego, zwykły fakt, okoliczność postępowania. Wprawdzie, co pokazuje także przykład Cordelii Grey, postaci autorstwa PD James, można wykreować dobrą, myślącą postać kobiecą bez permanentnego jakby przepraszania za to że choć kobieta, to działa, myśli i udaje jej się coś zdziałać, ale to raczej rzadki wyjątek, niż  reguła. Przynajmniej poza literaturą skandynawską. Na rodzimym gruncie wystarczy przypomnieć główną bohaterkę Joanny Chmielewskiej, która choć fantastycznie dowcipna i inteligentna w towarzystwie mężczyzn była jednak głównie nieco trzpiotowatą kobietką rodem z Jamesów Bondów z lat 60. Ale to jest urok powieści Chmielewskiej, stanowiących jednocześnie świadectwo pewnej epoki. A siostry Mulgray na przykład wykreowały detektyw-kobietę, która chociaż jest niewiarygodnie pomysłowa i inteligentna też miejscami za główny sposób działań operacyjnych wybiera metodę na słodką idiotkę (o książkach tych krótko wspominałam tu: http://rosengarten.blog.pl/2011/08/01/49-farewell-my-lovely/).

 

Marcin Wroński – po lekturze jego drugiego kryminału plasuje się u mnie mocno na pozycji jednego z ulubionych polskich autorów powieści kryminalnych. Z humorem, inteligencją i wdziękiem, a także bez sentymentów i bez pietyzmu rozprawia się z lubelską międzywojenną sceną kryminalną. Także i tutaj świetnie wyszła postać głównego bohatera. Komisarz Zygmunt Maciejewski jest na służbowym zesłaniu, faktycznie zdegradowany, wciśnięty w przepisowy, niewygodny mundur, przechodzi coś w rodzaju depresji i życiowego rozmemłania. Ożywia go dopiero sprawa z trupem i podejrzeniem handlu kobietami. I dodatkowo świetny melanż wątków polsko-żydowskich – zdecydowanie Wroński to ostatnio jeden z moich ulubionych polskich pisarzy kryminalnych. Poprzednia książka, Morderstwo pod cenzurą, było równie świetne w podobnym klimacie. Teraz muszę jakoś upolować ostatnią jego książkę.

Aaronowitsch to zupełnie inne rejony, bo urban fantasy. Moje pierwsze i raczej ostatnie, chociaż książka dobra. Młody policjant zaangażowany w sprawę morderstwa okazuje się czarodziejem i staje się czeladnikiem u pewnego wyżej postawionego komisarza, również czarodzieja. Jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z gatunkiem urban fantasy i nie mam porównania, ale na tyle, na ile umiem ocenić to pozycja jest na pewno interesująca, pełna humoru, z interesującą i miejscami barwną intrygą (Mother Thames jak orelańska Murzynka, mniodzio!). Ciekawe, że chyba nikt się nie zdecydować tłumaczyć na polski, nie ma jej nawet w zapowiedziach żadnych wydawnictw. Kolejne pozycje tego autora – opublikował w sumie 4 książki – podobno już nie są takie dobre, może to dlatego. Z drugiej strony w Niemczech wszystkie cztery stoją sobie prominentnie na wyeksponowanym miejscu, ale może niemiecki rynek pojemniejszy.

W sumie w 2013 roku przeczytałam zatem 36 książek.

Nie jestem pewna, czy wspomniałam o „Pismaku” Marka Harnego. Jeśli nie, to książek będzie 37. Pismak to kryminał z nietypowym, otwartym zakończeniem, który parę lat temu zgarnął Nagrodę Wielkiego Kalibru i bardzo zasłużenie. Dla mnie najciekawsza była akcja osadzona w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – tytułowy bohater to dziennikarz, który wraca z emigracji we Francji, żeby wyjaśnić śmierć swojej dawnej koleżanki i kochanki. Aktorzy tego dramatu to albo byli ubecy, albo konfidenci, albo nowobogaccy albo posłowie czy byli dziennikarze i wydawcy, którzy w odpowiednim momencie zawarli strategiczny sojusz ze stosowną stroną siły politycznej i albo pod nową władzą zażywają sukcesów i bogactwa, albo wprost przeciwnie.

I jako że na Boże Narodzenie zostałam obdarowana w sumie 11 książkami, 4 kolejne podarowała/pożyczyła mi bawiąca w odwiedzinach koleżanka, dwie mam zaległe z poprzedniego roku, a chcę przeczytać też trzy leżące na kupce u M nie  - otwieram nową listę na 2014. Na której  na razie znajdują się  przeczytane w styczniu:

1.-7. J.K. Rowling, Harry Potter komplet,  tłumaczenie polskie, wyd. Media Rodzina

8. Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, Warszawa, WAB 2013, str. 523.


  • RSS