rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy w kategorii: Recenzje

Djuna Barnes, Solange es Frauen gibt, wie sollte da etwas vor die Hunde gehen?, Wagenbach, Berlin, s. 93

Tytuł w bardzo wolnym tłumaczeniu: Jak długo istnieją kobiety, tak długo nie ma prawa się nic spsuć. Cóż. Książka to zbiór przedwojennych wywiadów z kobietami ówcześnie w jakiś sposób ważnymi i zasłużonymi. Jest matka założycielka amerykańskich sufrażystek, walczących o prawo kobiet do głosowania, jest słynna aktorka, druga słynna aktorka, projektantka mody, modelka… Każda z nich swoim życiorysem wnosi głos do dyskusji na temat roli kobiety w życiu publicznym, każda rozmawia też z dziennikarką na temat tych możliwości, obecnie i w przewidywanej przeszłości. Diuna Barnes przeprowadzała te wywiady w latach 1913-1931, w międzyczasie przyszła jedna, a potem druga wojna światowa i pomiędzy pierwszym a ostatnim wywiadem jest przepaść, jeśli chodzi o sposób artykułowania tego, co kobietom wolno… Pierwszy wywiad jest śmiały wprawdzie, ale bardzo ostrożny, mówi o sposobach argumentowania w publicznych wystąpieniach nt prawa kobiet do głosowania, tego, czy jest ona w stanie myśleć odpowiedzialnie, jak mężczyzna. Drugi wywiad, co ciekawe, jest z kobietą, która prawa kobiet do głosowania wręcz nie popiera, ale sama aktywnie walczy o prawa robotników. Ostatni zaś z Coco Chanel jest wyraźnie inny, to Coco jest podmiotem bez przepraszania za to co robi kształtującym otoczenie i rzeczywistość, jest mocna, wpływowa, o zdecydowanych sądach…

Do tego jest to książka pięknie wydana, w czerwonym płótnie, w bardzo niecodziennym formacie, który widywałam tylko w tomikach wierszy, z bogatym materiałem zdjęciowym z lat wywiadom współczesnych. Sama Djuna Barnes, drugi Marcel Proust o podobno nawet piękniejszej od niego metaforze jest równorzędną bohaterką tego zbioru, chociaż ukrytą w cieniu jako dziennikarka. Jednak widać wyraźnie jej postać zwłaszcza w wywiadach z kobietami, które są trzpiotowane, same siebie nie traktujące dostatecznie poważnie – jej pytania czy komentarze są mało „przezroczyste” i daje odczuć, że właśnie tak postrzega swoją rozmówczynię. Dziś dziennikarze starają się zniknąć za stawianymi pytaniami, bohater jest zawsze na pierwszym planie.

W tych trzech słowach można w zasadzie podsumować dyskusyjną urodę przestrzeni publicznej polskich miast i miasteczek, którą trafnie i niestety w bardzo pesymistycznych barwach opisał i skategoryzował oraz bogatym materiałem zdjęciowym opatrzył Filip Springer, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wołowiec 2013, s. 247.

Jerome K. Jerome, Drei Männer im Boot, ganz zu schweigen vom Hund (Three men in a boat, oryg. 1889), Piper 2003, s. 248.

Dostałam tę książkę w prezencie od koleżanki z okazji Bożego Narodzenia, opatrzoną komentarzem, że to jest jedna z jej ulubionych książek i że jest przezabawna. Była trochę zdziwiona, że zupełnie o niej nie słyszałam, bo to taki klasyk. To, że klasyk, trochę mnie zniechęciło, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale akurat potrzebowałam do torebki lektury przejrzystych rozmiarów i ciężaru (druga książka, którą aktualnie czytam powoduje u mnie wydatki, tak mnie ramię bolało, że (naprawdę!) musiałam iść na masaż) i przyszła jej kolej.

I jest cudowna. Lekka, sarkastyczna, soczysta, celna, jeśli chodzi o obserwacje, bezczelna do tego też. Oczywiście wszystko w przystępnej dawce, stosownie stonowanej, w końcu to żartobliwa powieść dla pań i panów końca dziewiętnastego wieku. Narratorem jest jeden z tytułowych facetów, który przeczytawszy encyklopedię chorób czy podręczną ulotkę dotyczącą dbania o zdrowie dochodzi do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione w niej choroby poza jedną i wraz z dwoma kolegami i psem postanawiają dla podreperowania zdrowia, a także na wyraźne polecenie lekarza (nie, nie potrzebujesz żadnego leku, czego ci trzeba to trochę ruchu i porządny krwisty stek z piwem) udać się na dwutygodniowy rejs łódką po Tamizie. Po drodze robią z siebie idiotów przy niejednej okazji i zadziwiające jest, jak bardzo aktualne pozostały niektóre obserwacje, jak na przykład ta, że na rzece ludzie o zdawałoby się najłagodniejszych charakterach dostają wściekłych napadów szału i zupełnie nie mają cierpliwości, wyzywając bliźnich na prawo i lewo, i nawet dziewcząt delikatnych jak lilije przypadłość ta nie oszczędza.

Wdzięk, humor, dystans i klasa – pomyślałam sobie więc, że kupię tę powieść jednemu naszemu koledze, który od lat wyciera obcasami londyńskie bruki, gdyby go naszła melancholia albo inna hipochondria będzie miał od razu podręczną lekturę, ba, podręcznik nawet, jak ma urządzić taki relaksacyjny rejs i jak się podczas niego zachowywać. I znalazłam przy okazji bardzo interesująco wydaną serię klasyków Penguin Essentials, pod względem graficznym i edytorskim dopracowaną przez artystów z różnych stron świata. Okładka Panów w łódce wygląda tak: okładka.

Zgodnie z opisem seria ta łączy „incredible stories and breathtaking designs”. Coś w tym jest, design jest rzeczywiście bardzo udany, a przy doborze poszczególnych pozycji książkowych do tej serii redaktorzy kierują się następującymi motywami: „When they were first published they changed the way we thought about literature and about life. And they have remained vital reading ever since.” Czuję w kościach, że niejedną książkę u nich zamówię już choćby dla okładki…

9. Deborah Gray, Adopcja i przywiązanie, Sopot 2010, s. 315 – trochę ciężko się czyta, bo tłumaczenie.

10. Robert McLiam Wilson, Ulica marzycieli, Książnica, Katowice 2006, s. 404 – jaka to cudowna książka! „W prozie Wilsona uderza nadzwyczaj szeroka gama uczuć. Tragizm, komedia, realizm, absurd, wnikliwość polityczna… Jestem pod wrażeniem tej skali” – napisał krytyk z Timesa. Ja też jestem pod wrażeniem. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to opowiadanie o grupie prawie trzydziestolatków dryfujących sobie w codziennej beznadziei, bez celu, przez ulice skonfliktowanego Belfastu, starających się wypełnić jakoś godziny do jutra, do następnego spotkania przy piwie z kolegami. Na główny plan wysuwają się dwaj bohaterowie, Jake i Misiek. Misiek usiłuje z dnia na dzień stać się milionerem i ma wiele absurdalnych biznesowych pomysłów, jest przy tym kojąco prosty w swej konstrukcji psychicznej, mimo tego zdolny do podejmowania słusznych z perspektywy czasu decyzji, mimo tego zdolny pomieścić tyle odmian uczucia miłości, że jest to chyba największe zaskoczenie tej książki. Jake, główny narrator opowiadania i najlepszy kumpel Miśka, który akurat nie bardzo może znaleźć swoje miejsce w życiu, przyjmuje pozę wnikliwego komentatora poczynań kolegów, swoich własnych i życia tego skonfliktowanego miasta. Jest wulgarny, wrażliwy, inteligentny, twardy, kochliwy, w głębi serca wielki romantyk, szuka miłości, po drodze obija pyski i jest obijany i wciąż jakby cicho się dziwi swemu istnieniu, swemu wiekowi, otoczeniu, temu, jak ono wygląda i że w ogóle jest. A trzeci bohater to miasto, a może nawet Irlandia jako stan umysłu, obraz skonfliktowanych grup, choć bez ambicji przedstawienia istoty konfliktu i wyrokowania, kto ma rację.

Tomasz Konatkowski, Przystanek śmierć, WAB Warszawa 2007, ok. 300 stron

Karina Obara, Gracze, WAB Warszawa 2010, s. 314

Thomas Kanger, Mężczyzna, który przychodził w niedzielę, przekł. Marta Rey-Redlińska, Wydawnictwo Czarne 2009, s. 352

Marcin Wroński, Kino Wenus, wyd. II, WAB 2011, s. 345

Ben Aaronovitch, Rivers of London, Orion Group, London 2011, s. 391

Spośród nich zdecydowanie najlepszy był „Mężczyzna, który przychodził w niedzielę”, gdzie bohaterką jest komisarz policji Elina Wiik, która musi rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed dwudziestu pięciu lat. I to szybko, bo za niecały miesiąc ulegnie przedawnieniu. Zmaga się nie tylko z ludzką pamięcią czy też raczej niepamięcią, ale także z niechęcią we własnym miejscu pracy, układami, czasem… W książce prowadzony jest też równoległy wątek dwojga ludzi, którzy wyruszają w podróż w celu odkrycia zagadek przeszłości, a na koniec odnajdują coś więcej, niż tylko ich rozwiązanie, a te dwie równoległe opowieści na koniec łączą się w harmonijną całość. Ciekawa jest postać pani komisarz (czy też inspektor? nie pamiętam) – kobieta kompetentna, ale miejscami niepewna, wątpiąca, wściekła, głupio uparta, chyba z historią (która jednak nie została, o ile wiem, przełożona na polski), ale jej zły humor czy zwątpienie nie jest traktowane jako słabość i kobieca nieudolność, tylko jako coś ludzkiego, zwykły fakt, okoliczność postępowania. Wprawdzie, co pokazuje także przykład Cordelii Grey, postaci autorstwa PD James, można wykreować dobrą, myślącą postać kobiecą bez permanentnego jakby przepraszania za to że choć kobieta, to działa, myśli i udaje jej się coś zdziałać, ale to raczej rzadki wyjątek, niż  reguła. Przynajmniej poza literaturą skandynawską. Na rodzimym gruncie wystarczy przypomnieć główną bohaterkę Joanny Chmielewskiej, która choć fantastycznie dowcipna i inteligentna w towarzystwie mężczyzn była jednak głównie nieco trzpiotowatą kobietką rodem z Jamesów Bondów z lat 60. Ale to jest urok powieści Chmielewskiej, stanowiących jednocześnie świadectwo pewnej epoki. A siostry Mulgray na przykład wykreowały detektyw-kobietę, która chociaż jest niewiarygodnie pomysłowa i inteligentna też miejscami za główny sposób działań operacyjnych wybiera metodę na słodką idiotkę (o książkach tych krótko wspominałam tu: http://rosengarten.blog.pl/2011/08/01/49-farewell-my-lovely/).

 

Marcin Wroński – po lekturze jego drugiego kryminału plasuje się u mnie mocno na pozycji jednego z ulubionych polskich autorów powieści kryminalnych. Z humorem, inteligencją i wdziękiem, a także bez sentymentów i bez pietyzmu rozprawia się z lubelską międzywojenną sceną kryminalną. Także i tutaj świetnie wyszła postać głównego bohatera. Komisarz Zygmunt Maciejewski jest na służbowym zesłaniu, faktycznie zdegradowany, wciśnięty w przepisowy, niewygodny mundur, przechodzi coś w rodzaju depresji i życiowego rozmemłania. Ożywia go dopiero sprawa z trupem i podejrzeniem handlu kobietami. I dodatkowo świetny melanż wątków polsko-żydowskich – zdecydowanie Wroński to ostatnio jeden z moich ulubionych polskich pisarzy kryminalnych. Poprzednia książka, Morderstwo pod cenzurą, było równie świetne w podobnym klimacie. Teraz muszę jakoś upolować ostatnią jego książkę.

Aaronowitsch to zupełnie inne rejony, bo urban fantasy. Moje pierwsze i raczej ostatnie, chociaż książka dobra. Młody policjant zaangażowany w sprawę morderstwa okazuje się czarodziejem i staje się czeladnikiem u pewnego wyżej postawionego komisarza, również czarodzieja. Jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z gatunkiem urban fantasy i nie mam porównania, ale na tyle, na ile umiem ocenić to pozycja jest na pewno interesująca, pełna humoru, z interesującą i miejscami barwną intrygą (Mother Thames jak orelańska Murzynka, mniodzio!). Ciekawe, że chyba nikt się nie zdecydować tłumaczyć na polski, nie ma jej nawet w zapowiedziach żadnych wydawnictw. Kolejne pozycje tego autora – opublikował w sumie 4 książki – podobno już nie są takie dobre, może to dlatego. Z drugiej strony w Niemczech wszystkie cztery stoją sobie prominentnie na wyeksponowanym miejscu, ale może niemiecki rynek pojemniejszy.

W sumie w 2013 roku przeczytałam zatem 36 książek.

Nie jestem pewna, czy wspomniałam o „Pismaku” Marka Harnego. Jeśli nie, to książek będzie 37. Pismak to kryminał z nietypowym, otwartym zakończeniem, który parę lat temu zgarnął Nagrodę Wielkiego Kalibru i bardzo zasłużenie. Dla mnie najciekawsza była akcja osadzona w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – tytułowy bohater to dziennikarz, który wraca z emigracji we Francji, żeby wyjaśnić śmierć swojej dawnej koleżanki i kochanki. Aktorzy tego dramatu to albo byli ubecy, albo konfidenci, albo nowobogaccy albo posłowie czy byli dziennikarze i wydawcy, którzy w odpowiednim momencie zawarli strategiczny sojusz ze stosowną stroną siły politycznej i albo pod nową władzą zażywają sukcesów i bogactwa, albo wprost przeciwnie.

I jako że na Boże Narodzenie zostałam obdarowana w sumie 11 książkami, 4 kolejne podarowała/pożyczyła mi bawiąca w odwiedzinach koleżanka, dwie mam zaległe z poprzedniego roku, a chcę przeczytać też trzy leżące na kupce u M nie  - otwieram nową listę na 2014. Na której  na razie znajdują się  przeczytane w styczniu:

1.-7. J.K. Rowling, Harry Potter komplet,  tłumaczenie polskie, wyd. Media Rodzina

8. Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, Warszawa, WAB 2013, str. 523.


  • RSS