rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Ostatnie lektury:

Martin Walser, Grand Cru, Diogenes 2010, s. 381
L.M. Montgomery, Emily of New Moon, Virago Classics 2013, s. 404
L.M. Montgomerz, Emily Climbs, Virago 2013, s. 371
L.M. Montgomery, Emily’s Quest, Virago 2013, s. 266
Jacek Dehnel, Balzakiana, WAB 2008, s. 410
Leena Lehtolainen, Alle singen im Chor, rowohlt 2011, s. 240
Günter de Bruyn, Preussens Luise. Vom Entstehen und Vergehen einer Legende, Siedler Verlag 2001, s. 142

Mariusz Urbanek, Brzechwa nie dla dzieci, Iskry 2013, s. 350

Joanna Bator, Piaskowa Góra, WAB 20??, s. ok. 350

Joanna Bator, Chmurdalia, WAB 20??, s. ok. 350

Jakiś miesiąc temu napisałam minirecenzję The Silkworm autorstwa Roberta Galbraitha i wpis się skasował, a szkic nie zapisał. Naprawdę całkiem porządnie mnie to zdenerwowało, wpisu nie udało mi się odtworzyć, ale w międzyczasie trochę mi przeszło, ponadto trzeba spisać i pochować przeczytane książki.

Robert Galbraith, The Silkworm, sphere, London 2014, s. 455
Ursula K. Le Guin, Das Wunschtal (The Beginning Place), Wilhelm Heyne Verlag, München 2001, s. 206
Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu (A Wizard of Earthsea), przekł. Stanisław Barańczak (pierwsze pol. wydanie Wydawnictwo Literackie) w: Ziemiomorze, Proszyński i Sp. 2014, ebook
Ursula K. Le Guin, Grobowce Atuanu (The Tombs of Atuan), przekł. Piotr Cholewa (pierwsze pol. wydaniePhantom Press International) w: Ziemiomorze, Proszyński i Sp. 2014, ebook
Alan Bennett, Handauflegen, Wagenbach Berlin 2010, s. 91
Seppa Jokinen, Gefallene Engel, ars vivendi, Caldozburg 2014, s. 398
Joanna Bator, Piaskowa Gora, W.A.B., s. ok. 500

Georg Weidinger, Die Heilung der Mitte, Ennsthaler 2014, S. 432
Li Wu, TCM für jeden Tag, Mankau 2014, s. 180
Cornelia Böttcher, TCM für Einsteiger, BLV 2013, s. 112
Angela Drees, Typgerecht zum Wunschgewicht mit den fünf Elementen, TRIAS 2013, s. 144

Djuna Barnes, Solange es Frauen gibt, wie sollte da etwas vor die Hunde gehen?, Wagenbach, Berlin, s. 93

Tytuł w bardzo wolnym tłumaczeniu: Jak długo istnieją kobiety, tak długo nie ma prawa się nic spsuć. Cóż. Książka to zbiór przedwojennych wywiadów z kobietami ówcześnie w jakiś sposób ważnymi i zasłużonymi. Jest matka założycielka amerykańskich sufrażystek, walczących o prawo kobiet do głosowania, jest słynna aktorka, druga słynna aktorka, projektantka mody, modelka… Każda z nich swoim życiorysem wnosi głos do dyskusji na temat roli kobiety w życiu publicznym, każda rozmawia też z dziennikarką na temat tych możliwości, obecnie i w przewidywanej przeszłości. Diuna Barnes przeprowadzała te wywiady w latach 1913-1931, w międzyczasie przyszła jedna, a potem druga wojna światowa i pomiędzy pierwszym a ostatnim wywiadem jest przepaść, jeśli chodzi o sposób artykułowania tego, co kobietom wolno… Pierwszy wywiad jest śmiały wprawdzie, ale bardzo ostrożny, mówi o sposobach argumentowania w publicznych wystąpieniach nt prawa kobiet do głosowania, tego, czy jest ona w stanie myśleć odpowiedzialnie, jak mężczyzna. Drugi wywiad, co ciekawe, jest z kobietą, która prawa kobiet do głosowania wręcz nie popiera, ale sama aktywnie walczy o prawa robotników. Ostatni zaś z Coco Chanel jest wyraźnie inny, to Coco jest podmiotem bez przepraszania za to co robi kształtującym otoczenie i rzeczywistość, jest mocna, wpływowa, o zdecydowanych sądach…

Do tego jest to książka pięknie wydana, w czerwonym płótnie, w bardzo niecodziennym formacie, który widywałam tylko w tomikach wierszy, z bogatym materiałem zdjęciowym z lat wywiadom współczesnych. Sama Djuna Barnes, drugi Marcel Proust o podobno nawet piękniejszej od niego metaforze jest równorzędną bohaterką tego zbioru, chociaż ukrytą w cieniu jako dziennikarka. Jednak widać wyraźnie jej postać zwłaszcza w wywiadach z kobietami, które są trzpiotowane, same siebie nie traktujące dostatecznie poważnie – jej pytania czy komentarze są mało „przezroczyste” i daje odczuć, że właśnie tak postrzega swoją rozmówczynię. Dziś dziennikarze starają się zniknąć za stawianymi pytaniami, bohater jest zawsze na pierwszym planie.

Tak przedwojennego komisarza podsumował major Grabarz, ubek, który przesłuchiwał i katował go na lubelskim Zamku. Motyw przesłuchań i wspomnień z przesłuchań przewija się w ostatnich trzech powieściach Marcina Wrońskiego, z których ostatnia podobała mi się najmniej, ale też jest jak najbardziej warta przeczytania jako ponadprzeciętnie dobry kryminał – po prostu pierwsze trzy są znakomite, więc ostatnia trochę odstaje.

Marcin Wroński, A na imię jej będzie Aniela – Pod pretensjonalnym tytułem kryje się cudowna powieść o losach Maciejewskiego i jego ludzi w czasie okupacji w Lublinie. Muszę nieco ochłonąć z zachwytu, inaczej zaraz tu napiszę, że należy ją traktować jako epicką wręcz opowieść o losach Polski w najtrudniejszych momentach jej dziejów, o dobrych i złych ludziach, a przy okazji albo Niemcach, albo Polakach, albo Żydach. Co ciekawe, dobry Rosjanin (czy to krasnoarmiejec, czy to bolszewik) w powieściach Wrońskiego jeszcze nie pojawił się…

Marcin Wroński, Skrzydlata trumna, Warszawa – Ten kryminał jest o tym, jaki mocny etos i imidż posiadał lotnik przed wojną oraz o tym, jak niektóry byli tego etosu godni, a inni nie. Prawdziwie brawurowa powieść. Na Maciejewskiego przyszły ciężkie czasy, siedzi na Zamku i przesłuchuje go  bezpieka. Kto odetchnął z ulgą na „A na imię jej będzie Aniela”, bo nie było opisów katowania przez gestapo, jedynie groza i echa tych przesłuchań, ten musi się wykazać mocnymi nerwami podczas czytania „Skrzydlatej trumny”. Obok Anieli jest to zdecydowanie moja ulubiona powieść Wrońskiego.

Marcin Wroński, Pogrom w przyszły wtorek – Akurat ta część serii opowieści o Maciejewskim toczy się w porządku chronologicznym. Losy Maciejewskiego są mroczne, Lublin jest mroczny, historia tego czasu jest mroczna, a powieść olśniewająca i rewelacyjna. Jedyna rzecz, która mi zgrzytnęła, to w sumie marginalnie potraktowanie sprawców – spoiler – mordów na starszych kobietach. Wątek był trochę za krótki jak na tak istotny dla Grabarza, a z drugiej strony za długi jak na zwykły ozdobnik budujący klimat. Jakby miało z tego wyniknąć coś większego, a ostatecznie się okazało, że trzeba kończyć. Co konkretnie łączyło obydwu byłych więźniów? Jak doszło do tego, że zaczęli zabijać i jak to się stało, że motyw sadystyczny zacząć przeważać nad rabunkowym?

Marcin Wroński, Haiti – tu spodobał mi się krótki i treściwy tytuł, a z kolei nie zaprzyjaźniłam się z nową szatą graficzną z prominentnym nazwiskiem autora i numerem serii a malutkim tytułem, którego nie mogłam w pierwszej chwili znaleźć. A intryga wydała mi się trochę niedokończona. Nie wiadomo w końcu, po co – spoilery! – Dąb okradł kasę pancerną. Poza tym w powieściach Wrońskiego, zwłaszcza tych ostatnich, wątek kryminalny albo osobisty, dotyczących bohaterów oglądany jest zawsze z dwóch perspektyw czasowych, wcześniejszej i parę lat późniejszej. W ostatniej powieści wątek kryminalny dotyczy klaczy wyścigowej Haiti i śledztwa prowadzonego przez Maciejewskiego w sprawie sfingowanego wypadku z udziałem tej klaczy. W 1951 r. ponownie widzimy zarówno Haiti, jak i Maciejewskiego. Ale ta druga perspektywa jest dużo mniej rozbudowana i choć podaje jakieś informacje i klimat jest, to ta część w sumie wydaje mi się proporcjonalnie za krótka czy też za mało wnosząca w stosunku do całości oraz do pozostałych części. Jest to jednak bez wątpienia miła lektura i dobry polski kryminał z bardzo solidną kwerendą, nowa jest – choć nierozbudowana – obecność ziemiaństwa w sferze śledztwa Maciejewskiego, który do tej pory raczej pracował z żydami, klasą robotniczą i lumpenproletariatem, choć jeśli chodzi o terminologię to bardziej pasuje do czwartej i piątej części przygód Maciejewskiego. Klimatyczna to lektura, warto przeczytać – Wroński to solidna marka, ale z pewnością nie należy na Haiti poprzestać, żeby poznać jego możliwości jako autora.

W tych trzech słowach można w zasadzie podsumować dyskusyjną urodę przestrzeni publicznej polskich miast i miasteczek, którą trafnie i niestety w bardzo pesymistycznych barwach opisał i skategoryzował oraz bogatym materiałem zdjęciowym opatrzył Filip Springer, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wołowiec 2013, s. 247.

Dostałam na urodziny książkę „Das Dorf in deinem Kopf” Michaela Stöhrenbergera (Gollenstein 2013, s. 392). Przeczytałam i nie wiem sama, co o niej myśleć, jednocześnie denerwuje i podoba mi się. Generalnie zbudowana jest z naprzemiennie występujących reportaży autora, napisanych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych głównie w różnych wioskach świata i listów do jego dzieci napisanych współcześnie, w których zadaje im różne pytania i przedstawia swoje przemyślenia na różne tematy, głównie wokół cytowanych reportaży i koncentrujących się wokół tego, jak zachować i pielęgnować przejrzystość i siłę wzajemnych międzyludzkich kontaktów, które mają dla niego szczególne znaczenie.

Denerwuje mnie:
- że w gruncie rzeczy to po prostu ładnie opakowany pomysł na ponowne wykorzystanie i sprzedanie dawniej opublikowanych reportaży. Z drugiej strony jednak nie ma przecież nic złego w ponownym wykorzystywaniu utworu, tym bardziej, że inaczej pewnie nigdy bym tych reportaży nie przeczytała. Sposób tego „odgrzania” jest nowatorski, bardzo przemyślany i stanowi także wartość dodaną. Ale mimo woli zastanawiam się: tytułowa teza, że tak naprawdę ilość ludzi, emocji, stosunków międzyludzkich, którą mamy w głowie i która jest dla nas jako jednostki ważna, która nas określa nie przekracza niezależnie od tego, gdzie żyjemy, rozpiętości stosunków, które łączą ludzi w wiosce. Więc niezależnie od tego, gdzie żyjemy, świat myśli i uczuć w naszej głowie ciągle odzwierciedla wioskę. To czy ta teza szczerze zaprzątała autora? Chce mi naprawdę coś przekazać? Czy ta teza szczerze była motorem powstania tej książki czy raczej dodanym, koniecznym usprawiedliwieniem?
- że tak przebija w tym tekście duma z dzieci i przekonanie, że wyrosły na niezepsute i mądre i mają coś do powiedzenia czytelnikowi. Jego duma wypływa z tego, że choć autor jako ojciec nie przekazał im nie wiadomo jakiego majątku czy szczególnych… superpowers, bo żyli zawsze jedynie w wynajętym mieszkaniu i bez specjalnych przywilejów, a kasę wydawali na podróże, że chociaż chodzili do zwykłych publicznych szkół etc. to że udały się, mówiąc kolokwialnie, że ludziom do dobrego życia wystarczą wartości niematerialne. Prawda – ale jednak z drugiej strony w ramach tych wartości niematerialnych jego dzieci otrzymały jak najbardziej szczególne miejsce, z ojcem podróżnikiem, reporterem, zajmującym się ważnymi sprawami i wciągającym do tego dzieci. Autor pisze o tym, jak to nie zapewnia im nic szczególnego w sensie bogactwa, ale jednocześnie czyni je współautorami tego dialogu i książki, jakby to nie była szczególna pozycja? Zwłaszcza we Francji, hołubiącej poetów i szeroko pojętą sztukę? Które inne dzieci dwudziesto- czy dwudziestoparoletnie są współautorami dobrej (mimo wszystko) książki? Ale przecież i wcześniej zabierając dzieci na wyjazdy reporterskie musiał mieć świadomość, że zapewnia im możliwość zdobycia wiedzy o świecie, której większość ich rówieśników nigdy nie otrzyma, a oprócz tego pozwoli nauczyć się jezyków. Z trzeciej strony natomiast – mają dzieci szczęście mieć ogarniętego ojca, niech piszą z nim książki, żal im żałować, że korzystają…

Podoba mi się, że:
- dzięki połączeniu formy reportażu i listu tworzy się taki wielogłos z tej książki, efekt, jakiego nie spotkałam nigdzie indziej. Toczy się rozmowa między pokoleniami na temat teraźniejszości i przeszłości, która ich wiąże, ale którą pamiętają inaczej, a także na temat przeszłości, którą pamięta tylko ojciec – tzn. życia w wiosce, z której pochodzi, jego rodziców, na temat reportaży, które autor czyni częścią tej rozmowy wysyłając je dzieciom. A do tego swoim własnym głosem opowiadają zupełnie inną historię bohaterowie reportaży, częściowo znani dzieciom autora, w większości jednak nie. Ich życie na moment zazębiło się z życiem autora i wessało go do środka, a dedykowanie tych reportaży dzieciom łata dziurę, która powstała wówczas w ich wzajemnych stosunkach,
- dobre są reportaże, największe wrażenie zrobiły na mnie ten z Madagaskaru i z Salwadoru – za stosunek do śmierci, ten z Boliwii – pokazujący jak bardzo niespotykane mogą być skutki naszych działań… Reportażowa część w ogóle podobała mi się dużo bardziej niż epistolograficzna,
- ładnie wydana książka, gruby, śliski papier (bardzo rzadko spotykane ostatnio), ładny koncept okładki, ładne kolory, dużo ładnych zdjęć. I jak na takie wydanie to bardzo tania,
- fajną rzecz pisze najstarsza córka autora: Chcę ci tato uświadomić, że ja i moi przyjaciele kroczymy bez złudzeń i żadnych iluzji drogą prostych ludzi, wiemy, że żadnej wielkiej rewolucji nie zdziałamy, ale może za to kilka małych,
- w reportażu z Sahary północnej o plemieniu Tubu jeden z nich wyjaśnia: Tubu potrzebuje przede wszystkim piasku i kamienia. Piasku dla wygody, kamienia żeby się schować. – I już. Niesamowity minimalizm potrzeb,
- równie magiczny sposób – i uniwersalny – postępowania, jak się człowiek zgubi nocą na pustyni: „Jeśli się zgubisz, to jest na to prosta recepta. Zatrzymujesz się, zamykasz oczy, kręcisz się w kółko, a potem kładziesz się na ziemi. I kiedy wirowanie w twojej głowie ustaje otwierasz oczy. Patrzysz na gwiazdy. I od razu wiesz, gdzie jesteś”.
- syn autora w związku z tym reportażem przypomina sobie, jak ojciec pytał starca z Sahary, który oślepł na jedno oko od słońca, kiedy był samotnie w swojej najdłuższej podróży przez Saharę (wymieniał daktyle na inne produkty, w sumie 4000 km na wielbłądzie): O czym myślisz, kiedy tak miesiącami wędrujesz przez pustynię? – O niczym, to bardzo ważne. – Ale przecież o czymś zawsze się myśli. – To myśl tylko to, co widzisz! Tylko i wyłącznie to!”

Więc polecam jak najbardziej, ale na własną odpowiedzialność, książka może niektórych irytować.

Jerome K. Jerome, Drei Männer im Boot, ganz zu schweigen vom Hund (Three men in a boat, oryg. 1889), Piper 2003, s. 248.

Dostałam tę książkę w prezencie od koleżanki z okazji Bożego Narodzenia, opatrzoną komentarzem, że to jest jedna z jej ulubionych książek i że jest przezabawna. Była trochę zdziwiona, że zupełnie o niej nie słyszałam, bo to taki klasyk. To, że klasyk, trochę mnie zniechęciło, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale akurat potrzebowałam do torebki lektury przejrzystych rozmiarów i ciężaru (druga książka, którą aktualnie czytam powoduje u mnie wydatki, tak mnie ramię bolało, że (naprawdę!) musiałam iść na masaż) i przyszła jej kolej.

I jest cudowna. Lekka, sarkastyczna, soczysta, celna, jeśli chodzi o obserwacje, bezczelna do tego też. Oczywiście wszystko w przystępnej dawce, stosownie stonowanej, w końcu to żartobliwa powieść dla pań i panów końca dziewiętnastego wieku. Narratorem jest jeden z tytułowych facetów, który przeczytawszy encyklopedię chorób czy podręczną ulotkę dotyczącą dbania o zdrowie dochodzi do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione w niej choroby poza jedną i wraz z dwoma kolegami i psem postanawiają dla podreperowania zdrowia, a także na wyraźne polecenie lekarza (nie, nie potrzebujesz żadnego leku, czego ci trzeba to trochę ruchu i porządny krwisty stek z piwem) udać się na dwutygodniowy rejs łódką po Tamizie. Po drodze robią z siebie idiotów przy niejednej okazji i zadziwiające jest, jak bardzo aktualne pozostały niektóre obserwacje, jak na przykład ta, że na rzece ludzie o zdawałoby się najłagodniejszych charakterach dostają wściekłych napadów szału i zupełnie nie mają cierpliwości, wyzywając bliźnich na prawo i lewo, i nawet dziewcząt delikatnych jak lilije przypadłość ta nie oszczędza.

Wdzięk, humor, dystans i klasa – pomyślałam sobie więc, że kupię tę powieść jednemu naszemu koledze, który od lat wyciera obcasami londyńskie bruki, gdyby go naszła melancholia albo inna hipochondria będzie miał od razu podręczną lekturę, ba, podręcznik nawet, jak ma urządzić taki relaksacyjny rejs i jak się podczas niego zachowywać. I znalazłam przy okazji bardzo interesująco wydaną serię klasyków Penguin Essentials, pod względem graficznym i edytorskim dopracowaną przez artystów z różnych stron świata. Okładka Panów w łódce wygląda tak: okładka.

Zgodnie z opisem seria ta łączy „incredible stories and breathtaking designs”. Coś w tym jest, design jest rzeczywiście bardzo udany, a przy doborze poszczególnych pozycji książkowych do tej serii redaktorzy kierują się następującymi motywami: „When they were first published they changed the way we thought about literature and about life. And they have remained vital reading ever since.” Czuję w kościach, że niejedną książkę u nich zamówię już choćby dla okładki…

Rak doczekał się biografii. Niczym żywa osoba. Jak słusznie podnoszą we wstępie, jest to choroba tak wszechobecna, złowroga, zagadkowa i niepokonana aż do dziś, że ponadpięciusetstronicowa jego historia to tak akurat w sam raz tytułem wstępu. Historia ta jest pasjonująca i dotyczy ponad czterech i pół tysiąca lat zmagań, bo rozpoznana została już przez Imhotepa z Egiptu, który zapisał, że wygląda tak i tak, a nie ma na nią lekarstwa. Później Klaudiusz Galen stwierdził, że za powstanie tej choroby odpowiedzialna jest czarna żółć, jeden z czterech płynów wydzielanych w organizmie człowieka i odpowiedzialnych za różne choroby. Następnie Wesaliusz z Bolonii stwierdził, że po narysowaniu całej anatomii człowieka nie znalazł żadnego organu czarną żółć wydzielającego i że za raka odpowiedzialne musi być coś innego. W XVIII w. nauczono się rozróżniać raka w fazie wczesnej i w fazie inwazyjnej – w tym drugim przypadku nic nie można było poradzić, w tym pierwszym przeprowadzano mastektomię (pomysł nienowy, już królowa Atossa w r. 250 pne miała przeprowadzony taki zabieg). W XIX w. Halsted opracował metodę daleko idącej mastektomii, która rozbuchała się następnie do niebotycznych rozmiarów, pociągając za sobą amputację mięśni, wszystkich węzłów, żeber, a często na darmo. Później przyszło odkrycie radu i stosowanie napromieniowania miejscowego jako sposobu leczenia, opracowane metodologicznie zwłaszcza w przypadku ziarnicy – raka węzłów chłonnych. Podczas wojny przypadkiem doszło do wybuchu statku z gazem musztardowym w Bari we Włoszech i tak doszło do odkrycia, że zabija on krwinki białe, a zatem zaczęto badania nad leczeniem za pomocą jego pochodnych białaczki. Dopiero w XX w. odkryto, na czym w ogóle polega ta choroba i gdzie się zaczyna – mianowicie w komórce i polega na mutacji jakiegoś onkogenu. Co oznacza, że każdy tę chorobę potencjalnie w sobie nosi, ale że niektóre kacnerogeny zewnętrzne, jak zwłaszcza dym papierosowy, ten onkogen mogą aktywować. Albo dochodzi do mutacji samoistnych, poprzez wadliwy podział komórki czy kopiowanie genu. To odkrycie otworzyło drzwi do dalszych badań – poszukiwania konkretnych genów odpowiedzialnych za konkretne rodzaje raka, a następnie ustalania mechanizmów – ścieżek – jak informacja z genu uruchamia w komórce proces niepohamowanego dzielenia się czy też blokuje mechanizm stopujący to dzielenie. W tę ścieżkę ingerowały naprawiając ją leki, kóre zostały stworzone od podstaw, niestety nie ma jeszcze (i raczej długo nie będzie) leku na każdy rodzaj raka. Być może zresztą nie jest możliwe stworzenie takich leków. Przynajmniej działając w części zwalczają mechanizm powstawania nowych mutacji ścieżek i nowotworzenia się komórek, podczas gdy chemioterapia np. uderza w nadtworzone krwinki białe i likwiduje sutek, również skutecznie, ponieważ pozwala komórkom macierzystym wrócić do swojej pierwotnej funkcji w szpiku i tworzyć zdrowe nowe komórki krwi. Jak widać książka niezwykle przystępnie pokazuje, że nie ma uniwersalnego lekarstwa na raka i że każdy rak trzeba zrozumieć na poziomie molekularnym, żeby znaleźć dla niego lek. Przy odrobinie szczęścia. Dodatkowo oczywiście oswaja z tym tematem i w przystępny sposób ładuje do głowy wiele medycznych i medyczno-społecznych informacji, porywa jak prawdziwa biografia. Nic dziwnego, że autor został odznaczony nagrodą Pulitzera i jeśli jest w tym całym pomyśle na opowieść coś dziwnego, to fakt, że w którymś momencie historia porywa autora tak, że mówi o „pięknie raka”, choć dodaje, że sam się boi tego, co pisze. Fascynująca lektura.
Dodatkowo trzeba dodać, że to wyjątkowo pięknie i starannie wydana książka, przepiękny projekt okładki i staranna edycja, dopatrzyłam się chyba trzech jedynie błędów na sześćset stron. Żeby każda edycja była taka…

Siddartha Mukherjee, Cesarz wszech chorób. Biografia raka, Wyd. Czarne 2013, Wołowiec, s. 615, przekład Jan Dierzgowski, Agnieszka Pokorska.

Jeszcze tylko dwanaście dni. I jedziemy, o tak:
Podróż po Wietnamie
Czy się cieszymy? Hmm, chyba nie bardzo myślimy o tym. Poza kwestiami „jeszcze jedna szczepionka” i „trzeba odebrać wizę” raczej nie. Większe emocje powodują jedynie takie sytuacje, gdy okazuje się, że konsulat czynny jest w każdy dzień POZA wtorkami i piątkami, a nie we wtorek i piątek, więc trzeba jeszcze raz jechać; albo gdy się okazuje, że za pobyt w jednej stancji można zapłacić zaliczkę wyłącznie poprzez paypala, który jest tak dobrze zabezpieczony, że nie można się na niego zalogować, bo zapomniałam odpowiedzi na pytania bezpieczeństwa zadawane, kiedy się zapomniało hasła… Albo wymyśliłam tak szczwane odpowiedzi, że przechytrzyłam sama siebie.

Właśnie czytam jedną książkę, w której ojciec do córki a córka do ojca piszą listy. Głównie o swoich podróżach i o tym, jak ich obserwacje i doświadczenia pokrywają się albo i nie. Zaraz chyba w pierwszym liście ten ojciec pisze tak: „Dwie rzeczy są w życiu najistotniejsze: dom i dobry powód, żeby z niego wyjechać”. A my chyba koncentrujemy się obecnie na tej pierwszej części. Oglądanie dalekiego kawałka świata wydaje się planem tak niedotyczącym naszej dwójki… W tej chwili zupełnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić opuszczenia mojego fotela stojącego obok cieplutkiego kaloryfera. Ciekawość i energia gdzieś daleko uleciały. Może wrócą.

9. Deborah Gray, Adopcja i przywiązanie, Sopot 2010, s. 315 – trochę ciężko się czyta, bo tłumaczenie.

10. Robert McLiam Wilson, Ulica marzycieli, Książnica, Katowice 2006, s. 404 – jaka to cudowna książka! „W prozie Wilsona uderza nadzwyczaj szeroka gama uczuć. Tragizm, komedia, realizm, absurd, wnikliwość polityczna… Jestem pod wrażeniem tej skali” – napisał krytyk z Timesa. Ja też jestem pod wrażeniem. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że to opowiadanie o grupie prawie trzydziestolatków dryfujących sobie w codziennej beznadziei, bez celu, przez ulice skonfliktowanego Belfastu, starających się wypełnić jakoś godziny do jutra, do następnego spotkania przy piwie z kolegami. Na główny plan wysuwają się dwaj bohaterowie, Jake i Misiek. Misiek usiłuje z dnia na dzień stać się milionerem i ma wiele absurdalnych biznesowych pomysłów, jest przy tym kojąco prosty w swej konstrukcji psychicznej, mimo tego zdolny do podejmowania słusznych z perspektywy czasu decyzji, mimo tego zdolny pomieścić tyle odmian uczucia miłości, że jest to chyba największe zaskoczenie tej książki. Jake, główny narrator opowiadania i najlepszy kumpel Miśka, który akurat nie bardzo może znaleźć swoje miejsce w życiu, przyjmuje pozę wnikliwego komentatora poczynań kolegów, swoich własnych i życia tego skonfliktowanego miasta. Jest wulgarny, wrażliwy, inteligentny, twardy, kochliwy, w głębi serca wielki romantyk, szuka miłości, po drodze obija pyski i jest obijany i wciąż jakby cicho się dziwi swemu istnieniu, swemu wiekowi, otoczeniu, temu, jak ono wygląda i że w ogóle jest. A trzeci bohater to miasto, a może nawet Irlandia jako stan umysłu, obraz skonfliktowanych grup, choć bez ambicji przedstawienia istoty konfliktu i wyrokowania, kto ma rację.


  • RSS