rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Tomasz Konatkowski, Przystanek śmierć, WAB Warszawa 2007, ok. 300 stron

Karina Obara, Gracze, WAB Warszawa 2010, s. 314

Thomas Kanger, Mężczyzna, który przychodził w niedzielę, przekł. Marta Rey-Redlińska, Wydawnictwo Czarne 2009, s. 352

Marcin Wroński, Kino Wenus, wyd. II, WAB 2011, s. 345

Ben Aaronovitch, Rivers of London, Orion Group, London 2011, s. 391

Spośród nich zdecydowanie najlepszy był „Mężczyzna, który przychodził w niedzielę”, gdzie bohaterką jest komisarz policji Elina Wiik, która musi rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed dwudziestu pięciu lat. I to szybko, bo za niecały miesiąc ulegnie przedawnieniu. Zmaga się nie tylko z ludzką pamięcią czy też raczej niepamięcią, ale także z niechęcią we własnym miejscu pracy, układami, czasem… W książce prowadzony jest też równoległy wątek dwojga ludzi, którzy wyruszają w podróż w celu odkrycia zagadek przeszłości, a na koniec odnajdują coś więcej, niż tylko ich rozwiązanie, a te dwie równoległe opowieści na koniec łączą się w harmonijną całość. Ciekawa jest postać pani komisarz (czy też inspektor? nie pamiętam) – kobieta kompetentna, ale miejscami niepewna, wątpiąca, wściekła, głupio uparta, chyba z historią (która jednak nie została, o ile wiem, przełożona na polski), ale jej zły humor czy zwątpienie nie jest traktowane jako słabość i kobieca nieudolność, tylko jako coś ludzkiego, zwykły fakt, okoliczność postępowania. Wprawdzie, co pokazuje także przykład Cordelii Grey, postaci autorstwa PD James, można wykreować dobrą, myślącą postać kobiecą bez permanentnego jakby przepraszania za to że choć kobieta, to działa, myśli i udaje jej się coś zdziałać, ale to raczej rzadki wyjątek, niż  reguła. Przynajmniej poza literaturą skandynawską. Na rodzimym gruncie wystarczy przypomnieć główną bohaterkę Joanny Chmielewskiej, która choć fantastycznie dowcipna i inteligentna w towarzystwie mężczyzn była jednak głównie nieco trzpiotowatą kobietką rodem z Jamesów Bondów z lat 60. Ale to jest urok powieści Chmielewskiej, stanowiących jednocześnie świadectwo pewnej epoki. A siostry Mulgray na przykład wykreowały detektyw-kobietę, która chociaż jest niewiarygodnie pomysłowa i inteligentna też miejscami za główny sposób działań operacyjnych wybiera metodę na słodką idiotkę (o książkach tych krótko wspominałam tu: http://rosengarten.blog.pl/2011/08/01/49-farewell-my-lovely/).

 

Marcin Wroński – po lekturze jego drugiego kryminału plasuje się u mnie mocno na pozycji jednego z ulubionych polskich autorów powieści kryminalnych. Z humorem, inteligencją i wdziękiem, a także bez sentymentów i bez pietyzmu rozprawia się z lubelską międzywojenną sceną kryminalną. Także i tutaj świetnie wyszła postać głównego bohatera. Komisarz Zygmunt Maciejewski jest na służbowym zesłaniu, faktycznie zdegradowany, wciśnięty w przepisowy, niewygodny mundur, przechodzi coś w rodzaju depresji i życiowego rozmemłania. Ożywia go dopiero sprawa z trupem i podejrzeniem handlu kobietami. I dodatkowo świetny melanż wątków polsko-żydowskich – zdecydowanie Wroński to ostatnio jeden z moich ulubionych polskich pisarzy kryminalnych. Poprzednia książka, Morderstwo pod cenzurą, było równie świetne w podobnym klimacie. Teraz muszę jakoś upolować ostatnią jego książkę.

Aaronowitsch to zupełnie inne rejony, bo urban fantasy. Moje pierwsze i raczej ostatnie, chociaż książka dobra. Młody policjant zaangażowany w sprawę morderstwa okazuje się czarodziejem i staje się czeladnikiem u pewnego wyżej postawionego komisarza, również czarodzieja. Jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z gatunkiem urban fantasy i nie mam porównania, ale na tyle, na ile umiem ocenić to pozycja jest na pewno interesująca, pełna humoru, z interesującą i miejscami barwną intrygą (Mother Thames jak orelańska Murzynka, mniodzio!). Ciekawe, że chyba nikt się nie zdecydować tłumaczyć na polski, nie ma jej nawet w zapowiedziach żadnych wydawnictw. Kolejne pozycje tego autora – opublikował w sumie 4 książki – podobno już nie są takie dobre, może to dlatego. Z drugiej strony w Niemczech wszystkie cztery stoją sobie prominentnie na wyeksponowanym miejscu, ale może niemiecki rynek pojemniejszy.

W sumie w 2013 roku przeczytałam zatem 36 książek.

Nie jestem pewna, czy wspomniałam o „Pismaku” Marka Harnego. Jeśli nie, to książek będzie 37. Pismak to kryminał z nietypowym, otwartym zakończeniem, który parę lat temu zgarnął Nagrodę Wielkiego Kalibru i bardzo zasłużenie. Dla mnie najciekawsza była akcja osadzona w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – tytułowy bohater to dziennikarz, który wraca z emigracji we Francji, żeby wyjaśnić śmierć swojej dawnej koleżanki i kochanki. Aktorzy tego dramatu to albo byli ubecy, albo konfidenci, albo nowobogaccy albo posłowie czy byli dziennikarze i wydawcy, którzy w odpowiednim momencie zawarli strategiczny sojusz ze stosowną stroną siły politycznej i albo pod nową władzą zażywają sukcesów i bogactwa, albo wprost przeciwnie.

I jako że na Boże Narodzenie zostałam obdarowana w sumie 11 książkami, 4 kolejne podarowała/pożyczyła mi bawiąca w odwiedzinach koleżanka, dwie mam zaległe z poprzedniego roku, a chcę przeczytać też trzy leżące na kupce u M nie  - otwieram nową listę na 2014. Na której  na razie znajdują się  przeczytane w styczniu:

1.-7. J.K. Rowling, Harry Potter komplet,  tłumaczenie polskie, wyd. Media Rodzina

8. Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, Warszawa, WAB 2013, str. 523.

Marcin Wroński, Morderstwo bez cenzury, WAB 2010, s. 287 – dobry kryminał, akcja dzieje się w międzywojennym Lublinie. Wiarusi, komuniści, stylizowany język bohaterów i boks. Pierwsza część z cyklu o podkomisarzu Zygmuncie Maciejewskim, obiecująca.

Wojciech Chmielarz, Farma lalek, Wydawnictwo Czarne 2013, s. 372 / kryminał wręcz fantastyczny. Przede wszystkim ogromny i naturalnie, niestylizowanie wypadający język i realizm świata przedstawionego. Bohaterowie drą mordy, rzucają kurwami i to zarówno w sytuacjach ofijalnych, jak i prywatnych. Nie ma upiększania rzeczywistości na potrzebny książki, jest przaśność powszednia, meble z katalogu Black Red White, napoje energetyzujące z Żabki, stosunki rodzinne, w których głębszych uczuć trzeba się domyślać… Przypomina mi trochę Ciemność, prawie noc w wartstwie fabularnej – ale o ile Ciemność jest metafuzyczna, Farma lalek jest naturalistyczna wręcz. Bohaterowie balansują pomiędzy dobrem a złem, a w szarość ich uczynków często przeważają cienie lub brak jest odpowiedzi. Zdecydowanie jedna z lepszych książek ostatnich czasów.

Maria Bulikowska, Mała książka gwary warszawskiej, Babaryba 2013, s. 46 – książka również do kolorowania. Bardzo zabawne przygody myszy, która wyskakuje z pierwszego zdjęcia zrobionego w latach trzydziestych i wraz z królikiem występuje przez następne strony w różnych strojach i sytuacjach, ilustrując powiedzonka pochodzące z gwary warszawskiej. Strasznie zaraźliwe, po przeczytaniu nadużywałam „znakiem tego”, „pani ładna”, „płakać się chce z zachwytu”.

Umberto Eco, O bibliotece, Świat książki 2007, s. 48 – wszystko, co Eco postulował w swoim odczycie z okazji 25. rocznicy Biblioteki Miejskiej w Mediolanie w 1981 r., tzn. żeby biblioteki były otwarte, że musi się bardziej otworzyć na czytelnika i znaleźć rozsądną równowagę pomiędzy zachowaniem a udostępnieniem woluminów się stało i spełniło. Ciekawe, jak wyglądałby taki odczyt obecnie, czyli dobre trzydzieści lat później – jak oceniałby Eco diagnozowane już wtedy problemy z niszczeniem i kradzieżami książek ze strony czytelników z jednej strony, a z drugiej dwubiegunowość polityki wydawców, którzy z uwagi na opłacalność i rewolucję wywołaną fotokopiowaniem książek albo publikują je w dużych nakładach na kiepskim papierze, czyli tanio, skazując je na zapomnienie po 50 latach, kiedy to włóknina takiego złej jakości papieru się rozpadnie, albo w niskich nakładach na dobrym papierze do bibliotek po kilkadziesiąt czy kilkaset dolarów za egzemplarz, które to pozycje będą później nieskończoną ilość razy kopiowane.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011, s. 552 – pięć opowiadań o początkach pracy Wallandera i jego związku z Moną poprzez pierwsze awanse i przeprowadzkę do Ystad aż do sprawy bezpośrednio poprzedzającej „Mordercę bez twarzy”. Bardzo dobre historie kryminalne z wartością dodaną w postaci krótkich obrazków doświetlających postać komisarza-ojca, komisarza-męża, policjanta, syna, czyli to wszystko, co się składa na jego niepowtarzalny styl. I również w tych opowiadaniach pojawiają się przewijające się w twórczości Mankella konstatacje, że to już nie jest ta sama Szwecja, że coś się zmienia, że takich morderstw kiedyś nie było.

1. Kiedy my świętujemy Święto Niepodległości (a przynajmniej usiłujemy…), Niemcy zaczynają karnawał. Dnia 11.11. dokładnie o godzinie 11:11 rozpoczyna się czas karnawałowych pochodów, przebieranek i zabawy, różniące się od siebie w zależności od regionu, który zakończy się w Środę Popielcową. Jednym słowem Fasching, chyba najpiękniejszy, a może i najstarszy w Europie. Szczyt karnawału przypada na tydzień i weekend poprzedzające Popielecm, przy czym szczególne szaleństwo odbywa się w Kolonii. A dziś się tradycyjnie spożywa w dużych ilościach różnymi nadzieniami wypełnione pączki, a czasem psikus-niespodzianka: jeden czy drugi zamiast śliwką czy inną różą nadziany bywa musztardą, trocinami lub cebulą. Mniam. Czas karnawału pieszczotliwie nazywany też bywa Piątą Porą Roku, a gdzieniegdzie w sklepie można też utrafić 11% zniżki.

Pączek z musztardą

Stąd: http://mostrich.net/wp-content/uploads/Senf-Pfannkuchen.jpg

2. A w niedzielę przed pierwszą niedzielą adwentu, który swoją drogą jest obchodzony bardzo uroczyście, z tradycyjnym wieńcem, na którym co niedziela zapala się dodatkową świecę, i z kalendarzm adwentowym, i pewnie wieloma innymi tradycjami, któych nie znam, w Niemczech obchodzi się Niedzielę Zmarłych (Totensonntag). Chodzi się na groby i przyozdabia je wieńcami, świecami i tak dalej, już  w bożonarodzeniowej stylistyce. Święto wywodzi się z tradycji ewangelickiej, ale popularne jest chyba wszędzie, bo Wszystkich Świętych nie jest obchodzone tak, jak u nas i Totensonntag nieźle tę lukę pięlęgnowania pamięci o zmarłych wypełnia.

1. Panama Geisha to odmiana kawy, która po stosownej obróbce smakuje lekko brzoskwinią, bergamotką i jaśminem. Najlepsza – przyrządzana z dripa, bo wtedy dzięki niezbyt gorącej wodzie i wolnym parzeniu  te cytrusowe nuty są najlepiej wyczuwalne. Naprawdę! Oryginalnie pochodzi z Etiopii, jednak jakimś dziwnym sposobem kilka krzaczków zawędrowało aż do Panamy i zostało odkryte na jednej z hacjend w 2004 r. Od tego czasu kawa ta zdobyła pierwsze miejsce w czternastu międzynarodowych konkursach produnktów. Na aukcji jest dostępna raz w roku. Jest pyszna, w Berlinie dostępna w kawiarni Stodoła, o tu. Ciekawostka: w berlińskim wszechobecnym zalewie bio-matek z dziećmi i w sposób dorozumiany masowo dzieciofriendly miejsc, The Barn deklaruje już na wstępie, że to jest miejsce relaksu przede wszystkim dla dorosłych, którzy chcą się oddać delektowaniu różnymi odmianami pysznej kawy. Dlatego rodzice, którzy mają zamiar przyjść z dziećmi powinni mieć to na uwadze i w spósób szczególny uważać na zachowanie swoich dzieci. A także nie puszczać dzieci luzem, ale zawsze trzymać je za rękę. To się okazuje bardzo zrozumiałe, kiedy się znajdzie w środku, zamiast stolików ustawione są stołeczki, siedzi się również na stołkach – całość sprawia wrażenie mocno chybotliwej i w tajfunie energii dziecięcej raczej jej nie wróżę wielkiej żywotności. Ponadto przy wejściu stoi słupek informujący, że prosimy wchodzić bez wózków. Specjalne reguły obowiązują jednak nie tylko rodziców, wszechobecne są też znaczki „No laptops” (obsługa jest raczej angielsko-, niż niemieckojęzyczna). Fokus jest zdecydowanie na kawę.

2. Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi, że Niemcy to kraj stojący informacją, bo i ludzie bardzo się interesują różnymi dziwnymi rzeczami. Biorą je na poważnie i nie żałują pieniędzy, czy to publicznych czy prywatnych, na jej zdobycie. Każda większa gazeta wysyła swoich korespondentów na wschodnie i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jak jest z mid-westem. W Polsce zazwyczaj korespondent jest jeden i chyba tylko telewizję publiczną stać na to, żeby go do Stanów wysłać. Mój M pyta mnie ostatnio: „Czytałaś coś w polskiej prasie o światowym turnieju szachowym?” Oczywiście nie czytałam. Natomiast Die Zeit wysłała do Indii, gdzie ten turniej się odbywa, specjalnego korespondenta-sprawozdawcę… Ech. Chciałabym, żeby tak i u nas można było tworzyć więcej oryginalnych i dobrych tekstów w publicystyce, w końcu Polska reportażem stoi. Tylko jakoś nie w masowych serwisach publicznych, w których pojawiają się artykuły tłumaczone z różnych skutkiem z zagranicznych portali…

3. Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 434 – dopisuję do listy lektur. Doskonałych, zostających w głowie i w duszy książek. Spośród tego rodzaju książek ostatnio czytałam „Korekty” Franzena. Oczywiście po Munro sięgnęłam, bo nie czytałam do tej pory żadnej jej książki, a po pierwsze Nobel, po drugie była mi już polecana przed dwie różne osoby, na których guście polegam. Nie wiem, czy do tej akurat książki wrócę, ale do Munro – z całą pewnośćią.

1. Na początku stycznia moja koleżanka przesyła mi zawsze listę swoich lektur z zeszłego roku wraz z rekomendacjami i wprost przeciwnie. Tym razem zdążyła mi przesłać podsumowanie tymczasowe, bo dawno nie pisałyśmy, więc poczułam się zmobilizowana do uzupełnienia swojej i… z przerażeniem stwierdziłam, że nie pamiętam, co ja ostatnio czytałam. Po części dlatego, że nie czytam ostatnio jakoś wiele, po części zaś ponieważ sprzątnęłam zakurzoną w międzyczasie już z lekka kupkę, na którą odkładam przeczytane rzeczy, żeby nie kurzyła się dalej i nie blakła. Ale niech spiszę chociaż, co pamiętam…

2.Lista osobista:

Björn Süfke, Männerseelen, Goldmann, 3. Aufl. 2010, S. 280 – chyba to sprzedam, choć książka w sumie niezła. Ma niby że odkrywać tajniki męskiej duszy, pokazane z perspektywy psychoterapeuty od mężczyzn, opisującego typowe męskie problemy w opakowaniu „podróży”, zwiedzania terenów męskiej psyche jak wyprawy podróżniczej itepe. Dobra ta książka, ale jednak zwłaszcza jak ją czyta mężczyzna sam dla siebie, ewidentnie nie jestem targetem.

Edgar Noske, Der Fall Hildegard von Bingen, Emons Verlag 1999, S. 280 – bardzo przyjemny kryminał osadzony w czasach średniowiecznych, wokół Hildegard z Bingen. Trochę dla młodszego czytelnika, ale starszy ma również uciechę. Spora dawka humoru. Uwaga! Zawiera elementy typowego utworu niemieckiego, co oznacza, że pada przynajmniej jeden dowcip o trawieniu i jego efektach.

Marek Andrzejewski, Domy na piasku, Media Rodzina 2007, s. 207 – o realiach życia w polskim domu dziecka z perspektywy wychowawcy. Pozycja obowiązkowa, jeśli ktoś interesuje się tym, jak naprawdę wygląda przedstawiane jako cukierkowo-laurkowe życie sierotek, które wyglądają rodziców zastępczych, którzy dadzą im miłość.

Robert Galbraith, Cockoo’s Calling, Little, Brown Book Group 2013, pp. 449 – fantastyczny kryminał J.K. Rowling, wydany pod pseudonimem i uznany za bardzo dobry jeszcze zanim wyszła na jaw prawdziwa tożsamość autorki. Wątek kryminalny trochę do doszlifowaniai poprawienia, ale podobno będą kolejne powieści o Cormoranie Strike’u, więc jest pole do popisu i poprawy. Czyta się świetnie i porusza ważną tematykę.

Karolina Korwin-Piotrowska, Bomba, The Facto 2013, s. 323 – bardzo pouczająca książka, zwłaszcza dla osób takich jak my, którzy nie posiadamy telewizora i wiedzę o polskim szołbiznesie mamy pełną luk w najlepszym wypadku, przypadkiem jej nie mamy szans zdobyć z racji miejsca zamieszkania i raczej też na aktywne jej zdobywanie akurat w tym zakresie byśmy nie wpadli.

3. Ostatnim razem pisałam o tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Jak wielka więc była moja radość, gdy wygrała tegoroczną nagrodę NIKE! Należało jej się bardzo.

1. J.R.R. Tolkien, „Władca pierścieni”, tłum. M. Skibniewska, Wyd. Muza 2012, t. I-III

2. Max Mannheimer, „Spätes Tagebuch”, Piper 2010

3. J. Chmielewska, „Wszystko czerwone”, Phantom Press 1992

4. J. Chmielewska, „Wszyscy jesteśmy podejrzani”, Phantom Press 1994 (wydawnictwo nomen omen fantomowe, chyba już go nie ma?…)

5. Rolf Dobelli, Die Kunst des klaren Denkens, Hanser 2011, s. 240 (koleżanka zobaczyła u mnie tę książkę i pyta: No i co? Pomogło? :))

6. Terry Prachett, Mort, Prószyński i sp., 2012, s. 230 (dużo błędów w korekcie)

7. Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza, Fabryka słów 2011, s. 290

8. Paulo Coelho, Der Alchimist, Diogenes 1996, s. 171 – do tej pory myślałam, że Coelho to powieści dla nastolatek lub rozemocjonowanych artystek, ale Alchemik jest naprawdę ładną, poetycą bajką dla dorosłych

9. Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie, Muza SA 2013, s. 398 – bardzo dobry, poruszający reportaż i kolejna książka Bondy, którą kupiłam, bo lubię jej styl

10. Peter Mayle, A Year in Provence, Random House 1989, s. 207 – dawny hit wydawniczy, fantastyczna i przezabawna książka, z której fragment, który bardzo dobrze zapamięałam, był w mojej książce do angielskiego w liceum. Już bym dawno tę książkę przeczytała, gdybym sobie wtedy zapisała, co to za książka. Ten fragment postaram się znaleźć.

11. Olga Rudnicka, Drugi przekręt Natalii, 2013 (?) – druga część kryminału pomyślanego jako zabawne czytadło wybitnie babskie. Pięć kobiet, sióstr w dodatku, rozwiązuje kryminalną zagadkę przy okazji poznając mężczyzn swojego życia i przyprawiając otoczenie o podszyty sympatią ból głowy. Bardzo lekkie, pierwszej części nie przeczytam i generalnie nie wrócę do tej książki, ale ani lektury, ani pieniędzy nie żałuję.

12. Drops of God 01 – manga o winie, którą zaraził mnie M. Bardzo fajnie się czyta, pomysł jest niesamowicie oryginalny, ale czy można w ogóle mówić o tym, że się mangę czyta? Z pewnością się ogląda i przy tej konkretnej nabiera ochoty na picie dobrego wina, ze świadomością, że się tego dobrego i tak nie rozpozna i nie doceni…

Przeczytane:

Moment! Die allerschnellsten Geschichten der Welt, Diogenes 2012, ok. 230 bardzo małych stron – świetna, malutka książeczka do torebki z historiami opowiedzianymi w najwyżej 5 zdaniach. Dla przykładu: Ziemia? Właśnie wczoraj skończyliśmy ją jeść (Yann Martel). Naga księżniczka? Niech pan nie opowiada bajek, powiedział krasnal (Wolf Wondratschek). Była sobie kiedyś kropla deszczu, która nie była podobna do żadnej innej (Roland Topor). Rewelacja!

Katarzyna Kotowska, Wieża z klocków, Media Rodzina 2010, s.125 – bardzo dobra opowieść w klimacie refleksyjno-poetyckim o adopcji, perspektywa rodziców.

Anna Kamińska, Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 322 – tematyka jak sama nazwa wskazuje. Bardzo ciekawe, chociaż kontrowersyjny moim zdaniem wywiad z panią psycholog na zakończenie.

Stieg Larsson, II tom Millenium, wersja niemiecka, Hanser 2012, s.ok 740 – zbyt wiele szczegółów.

Strasznie się przywiązuję do książek. Ale nie zmógłszy dwóch postanowiłam je sprzedać i poczułam wielką ulgę. Czasem bardzo miło jest coś wyrzucić.

Edward Pietkiewicz, Savoir vivre dla każdego, wyd. Świat Książki/Diogenes 1997, 238 s. Kupiłam ją, bo jako klasyka polecał ją Stanisław Krajewski na swoim blogu o savoir vivre, niestety, strasznie się rozczarowałam. Jest to zbiór niezbyt dobrze wyjaśnionych zasad, napisanych dziwnym stylem. Możliwe jednak, że się nie znam, gdyż zazwyczaj książka ta polecana jest jako pisana elegancką polszczyzną, zawierającą wszystko, co w temacie należy wiedzieć. Autor nie wyjaśnia, tylko streszcza, a komentarz wspomnianego wyżej polecającego, że niestety zbyt wiele spraw jest dla niego oczywistych mogę w całej rozciągłości potwierdzić.

Druga sprzedana książka: P.D. James, Ułomna ręka sprawiedliwości, Buchmann pocket 2012, ok. 500 s. tłum. Barbara Cendrowska. Pamiętam, że po przeczytaniu A certain justice stwierdziłam, że to jest jedna z lepszych książek P.D. James, która jako temat zadała sobie rozważania nad sprawiedliwością. Albo tak nie znam angielskiego, że zachwyciłam się zrozumiawszy może 40%, albo powieść traci w tłumaczeniu.

Czytałam sobie Campus – taki magazyn dla studentów wydawnictwa Zeit. W jednym z artykułów autorka wymienia pięć rodzajów pożegnań, z których trzy przykuły moją szczególną uwagę: typ polski, czeski i rosyjski.

Otóż wychodząc z imprezy po polsku (typ zwany w Anglii wyjściem po francusku, a we Francji wyjściem po angielsku) nie mówi się nic nikomu, zamyka za sobą drzwi, wyłącza telefon komórkowy, nie ogląda za siebie, a następnego dnia traktuje wszystkich i wszystko jak gdyby nigdy nic, bez żalów itepe. Typ czeski to odmiana typu polskiego, z tym że zanim się po cichu zniknie mówi się: To ja się jakoś potem będę zbierać! Typ rosyjski to upgrade typu polskiego: wychodzi się bez pożegnania i wraca za jakiś czas z butelką wódki. Autorka przetestowała i ten sposób, niestety kiedy wracała nikt nie usłyszał jej dzwonienia do drzwi, więc ostatecznie powrót jej nie wyszedł i niemal się rozpłakała nad przyniesioną butelką wina (wódki w sklepie nie było – dziwny kraj, ci Niemcy, u nas nocny sklep bez wódki upadłby po pół roku).

Z żalem stwierdzam, że sympatyczny czeski, ale też rosyjski sposób nie nadają się na pożegnanie starego roku. No bo z butelką wódki w 2012 wrócić się nie da, zapowiedzieć wyjścia – też nie bardzo, koniec nastąpi nieuchronnie tak czy owak i na to, kiedy to będzie wpływu nie mam. Wychodzi więc na to, że jedyny rozsądny sposób pożegnania starego roku, dający namiastkę wrażenia, że to ja panuję nad sytuacją, a nie ten perfidnie mijający czas, jest właśnie wyjście po polsku. Wkroczyć w 2013, nie oglądać się, a wódkę spożytkować w styczniu.

„Jula” Pawła Goźlińskiego przeczytałam krótko po „Korektach”, czyli b. dawno temu. Nie robiłam sobie żadnych notatek, więc z perspektywy czasu mogę napisać tylko tyle, że jest niezwykle oryginalna i przynajmniej ja do tej pory się w polskiej literaturze ze zjawiskiem kryminału kostiumowego nie spotkałam. Kostiumowego, ale nie przebieranki – wszystko jest tak doskonale osadzone w czasach lat 40. dziewiętnastego wieku, że to naprawdę wyczyn, bynajmniej nie jest tak, że autor szafuje sobie kolorowym kostiumem li i jedynie po to, żeby było fajniej i barwniej, a historia tak naprawdę mogła się wydarzyć kiedykolwiek. Osadzenie powieści w czasach popowstaniowej, polskiej emigracji paryskiej ma głęboki sens i niezaprzeczalny urok, książkę się czyta płynnie i z napięciem, a przy okazji odkurzają się wiadomości z zapomnianych nieco lekcji języka polskiego. I pojawiają się pytania o szereg dramatów Słowackiego, o których mowa w powieści, i pojawia się także chęć, żeby się wreszcie z nimi zapoznać.

Na Wolnych Lekturach jeszcze Słowackiego mało:
http://nowoczesnapolska.org.pl/2012/09/04/slowacki-wielkim-poeta-byl/#more-5896

 

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam szczęście ostatnio do naprawdę dobrych książek:

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa  zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.”

Dlaczego w okolicy ginie coraz więcej zwierząt i czy to na pewno M. włamywał się do domu Alicji nie dowiadujemy się zresztą w ogóle – przynajmniej ja się tego nie domyślam – ale o czym wydawca w powyższej notce nie wspomina, a co wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan jest bohater zbiorowy tej książki: postać matki. Autorka kreśli portret matek bardzo przewrotny, bardzo idący w pięty i polemiczny, niezwykły, bardzo mocno osadzony w historii polskich ziem odzyskanych i daleki od obrazu Matki Polki, a jedyna Matka Polka w tym towarzystwie jest postacią równie straszną, jak pozostałe. Historie narodowe i indywidualne, rozbitki, niedobitki i etniczne poplątanie mniejszości, uciekinierów, bohaterów i bandytów mieszają się ze sobą, zazębiają i nakładają, w efekcie tworząc mozaikę smutną, straszną, ale tak jak autorka pisze w komentarzu na okładce: „Przeraził mnie mrok [tych opowieści]. Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens swojej wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka.”

Paweł Goźliński, „Jul”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 384. B. ładny jest też projekt okładki.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, W.A.B., Warszawa 2012, s. 528.


  • RSS