rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: historia

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

Tak przedwojennego komisarza podsumował major Grabarz, ubek, który przesłuchiwał i katował go na lubelskim Zamku. Motyw przesłuchań i wspomnień z przesłuchań przewija się w ostatnich trzech powieściach Marcina Wrońskiego, z których ostatnia podobała mi się najmniej, ale też jest jak najbardziej warta przeczytania jako ponadprzeciętnie dobry kryminał – po prostu pierwsze trzy są znakomite, więc ostatnia trochę odstaje.

Marcin Wroński, A na imię jej będzie Aniela – Pod pretensjonalnym tytułem kryje się cudowna powieść o losach Maciejewskiego i jego ludzi w czasie okupacji w Lublinie. Muszę nieco ochłonąć z zachwytu, inaczej zaraz tu napiszę, że należy ją traktować jako epicką wręcz opowieść o losach Polski w najtrudniejszych momentach jej dziejów, o dobrych i złych ludziach, a przy okazji albo Niemcach, albo Polakach, albo Żydach. Co ciekawe, dobry Rosjanin (czy to krasnoarmiejec, czy to bolszewik) w powieściach Wrońskiego jeszcze nie pojawił się…

Marcin Wroński, Skrzydlata trumna, Warszawa – Ten kryminał jest o tym, jaki mocny etos i imidż posiadał lotnik przed wojną oraz o tym, jak niektóry byli tego etosu godni, a inni nie. Prawdziwie brawurowa powieść. Na Maciejewskiego przyszły ciężkie czasy, siedzi na Zamku i przesłuchuje go  bezpieka. Kto odetchnął z ulgą na „A na imię jej będzie Aniela”, bo nie było opisów katowania przez gestapo, jedynie groza i echa tych przesłuchań, ten musi się wykazać mocnymi nerwami podczas czytania „Skrzydlatej trumny”. Obok Anieli jest to zdecydowanie moja ulubiona powieść Wrońskiego.

Marcin Wroński, Pogrom w przyszły wtorek – Akurat ta część serii opowieści o Maciejewskim toczy się w porządku chronologicznym. Losy Maciejewskiego są mroczne, Lublin jest mroczny, historia tego czasu jest mroczna, a powieść olśniewająca i rewelacyjna. Jedyna rzecz, która mi zgrzytnęła, to w sumie marginalnie potraktowanie sprawców – spoiler – mordów na starszych kobietach. Wątek był trochę za krótki jak na tak istotny dla Grabarza, a z drugiej strony za długi jak na zwykły ozdobnik budujący klimat. Jakby miało z tego wyniknąć coś większego, a ostatecznie się okazało, że trzeba kończyć. Co konkretnie łączyło obydwu byłych więźniów? Jak doszło do tego, że zaczęli zabijać i jak to się stało, że motyw sadystyczny zacząć przeważać nad rabunkowym?

Marcin Wroński, Haiti – tu spodobał mi się krótki i treściwy tytuł, a z kolei nie zaprzyjaźniłam się z nową szatą graficzną z prominentnym nazwiskiem autora i numerem serii a malutkim tytułem, którego nie mogłam w pierwszej chwili znaleźć. A intryga wydała mi się trochę niedokończona. Nie wiadomo w końcu, po co – spoilery! – Dąb okradł kasę pancerną. Poza tym w powieściach Wrońskiego, zwłaszcza tych ostatnich, wątek kryminalny albo osobisty, dotyczących bohaterów oglądany jest zawsze z dwóch perspektyw czasowych, wcześniejszej i parę lat późniejszej. W ostatniej powieści wątek kryminalny dotyczy klaczy wyścigowej Haiti i śledztwa prowadzonego przez Maciejewskiego w sprawie sfingowanego wypadku z udziałem tej klaczy. W 1951 r. ponownie widzimy zarówno Haiti, jak i Maciejewskiego. Ale ta druga perspektywa jest dużo mniej rozbudowana i choć podaje jakieś informacje i klimat jest, to ta część w sumie wydaje mi się proporcjonalnie za krótka czy też za mało wnosząca w stosunku do całości oraz do pozostałych części. Jest to jednak bez wątpienia miła lektura i dobry polski kryminał z bardzo solidną kwerendą, nowa jest – choć nierozbudowana – obecność ziemiaństwa w sferze śledztwa Maciejewskiego, który do tej pory raczej pracował z żydami, klasą robotniczą i lumpenproletariatem, choć jeśli chodzi o terminologię to bardziej pasuje do czwartej i piątej części przygód Maciejewskiego. Klimatyczna to lektura, warto przeczytać – Wroński to solidna marka, ale z pewnością nie należy na Haiti poprzestać, żeby poznać jego możliwości jako autora.

„Jula” Pawła Goźlińskiego przeczytałam krótko po „Korektach”, czyli b. dawno temu. Nie robiłam sobie żadnych notatek, więc z perspektywy czasu mogę napisać tylko tyle, że jest niezwykle oryginalna i przynajmniej ja do tej pory się w polskiej literaturze ze zjawiskiem kryminału kostiumowego nie spotkałam. Kostiumowego, ale nie przebieranki – wszystko jest tak doskonale osadzone w czasach lat 40. dziewiętnastego wieku, że to naprawdę wyczyn, bynajmniej nie jest tak, że autor szafuje sobie kolorowym kostiumem li i jedynie po to, żeby było fajniej i barwniej, a historia tak naprawdę mogła się wydarzyć kiedykolwiek. Osadzenie powieści w czasach popowstaniowej, polskiej emigracji paryskiej ma głęboki sens i niezaprzeczalny urok, książkę się czyta płynnie i z napięciem, a przy okazji odkurzają się wiadomości z zapomnianych nieco lekcji języka polskiego. I pojawiają się pytania o szereg dramatów Słowackiego, o których mowa w powieści, i pojawia się także chęć, żeby się wreszcie z nimi zapoznać.

Na Wolnych Lekturach jeszcze Słowackiego mało:
http://nowoczesnapolska.org.pl/2012/09/04/slowacki-wielkim-poeta-byl/#more-5896

 

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam szczęście ostatnio do naprawdę dobrych książek:

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa  zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.”

Dlaczego w okolicy ginie coraz więcej zwierząt i czy to na pewno M. włamywał się do domu Alicji nie dowiadujemy się zresztą w ogóle – przynajmniej ja się tego nie domyślam – ale o czym wydawca w powyższej notce nie wspomina, a co wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan jest bohater zbiorowy tej książki: postać matki. Autorka kreśli portret matek bardzo przewrotny, bardzo idący w pięty i polemiczny, niezwykły, bardzo mocno osadzony w historii polskich ziem odzyskanych i daleki od obrazu Matki Polki, a jedyna Matka Polka w tym towarzystwie jest postacią równie straszną, jak pozostałe. Historie narodowe i indywidualne, rozbitki, niedobitki i etniczne poplątanie mniejszości, uciekinierów, bohaterów i bandytów mieszają się ze sobą, zazębiają i nakładają, w efekcie tworząc mozaikę smutną, straszną, ale tak jak autorka pisze w komentarzu na okładce: „Przeraził mnie mrok [tych opowieści]. Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens swojej wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka.”

Paweł Goźliński, „Jul”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 384. B. ładny jest też projekt okładki.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, W.A.B., Warszawa 2012, s. 528.

I.

1. września byliśmy na weselu mojej niemieckiej koleżanki. Wesele jak wesele, miło, ładnie, młodzi szczęśliwi, rodziny również. Niemiecki zwyczaj jest taki, że przyjaciele i znajomi przygotowują w prezencie dla młodych oprawę artystyczną przyjęcia. Czasem są to naprawdę jakieś występy artystyczne, czasem komiczne, czasem konkurs, a czasem zabawa integrująca wszystkich obecnych. Również i na tym weselu po obiedzie a przed tańcami zaczęła się część rozrywkowa. Kolega z podstawówki panny młodej zaśpiewał im piosenkę do podkładu zapewnionego przez DJ’a. Piosenka ta w jego wykonaniu – coś z „five minutes of happiness” – bardzo się kiedyś spodobała pannie młodej na jakimś innym weselu, na którym wspólnie się bawili i stąd ten prezent.

Siedzimy więc naszą grupą młodych przy stole i szykujemy się na masę wzruszeń. Dobrze znaliśmy w zasadzie tylko jednego kolegę ze studiów, resztę tak mniej lub bardziej z widzenia. Ów kolega sam świetnie śpiewa i ma za sobą historię występów w zespole niemiecko-francuskim, w którym grał na gitarze i na basie, więc tak nam było na wyrost szkoda wykonawcy, gdyż jego występ zapowiadał się jak popowy kawałek, kiedy to słodki chłopiec śpiewa przysiadłszy z wdziękiem na umieszczonym na scenie barowym stołku, a publika się wzrusza jego słodkością, a nie jakością wykonania.

I taki ten występ też był. Spodziewałam się kilka krytycznych uwag pod adresem estetyki od tego muzykującego kolegi, ale krytyka przyszła z zupełnie innej strony. Bo otóż w ramach wstępu do tej swojej piosenki znajomy panny młodej zagaja tak:

- Dzień jest pamiętny, piękny i szczególny. Niech ta piosenka o pięciu minutach szczęścia będzie życzeniem, by całe wasze wspólne życie było wypełnione takimi pięciominutówkami szczęścia i radości i od dziś się kojarzy właśnie z tym. Pierwszy września – to taka data, z którą z pewnością każdy na tej sali ma związane jakieś wspomnienia. Jest to data tak ważna, tak szczególna, powiązana z wieloma osobistymi historiami. Te skojarzenia, które ta data wywołuje… I żeby dla was od dziś zawsze wiązała się z tymi szczęśliwymi wspomnieniami tego pierwszego września, w którym te pięć minut szczęścia…

Mniej więcej za czwartym tekstem o tych minutach szczęścia w ten szczególny dzień i skojarzeniach z tą datą związanych, pamiętnym pierwszych września itepe mój kolega powiedział do nas: – Co on, do diabła, bredzi? Czy on zwariował? Tak, wszyscy mamy szczególne skojarzenia związane z pierwszym września – wybuch drugiej wojny światowej! – A jego dziewczyna miała tak ironiczną, sarkastyczną minę (siedzieliśmy przy stoliku najbliżej parkietu),  że biedny chłopak się speszył, choć chyba nie do końca rozumiał, skąd ta mina się wzięła, nawet jeszcze nie zaczął śpiewać…

Ale dzięki tym słowom poczułam, jak się wewnętrznie rozluźniam. Bo sama się od dłuższego czasu zastanawiałam, czy to jest normalne, że od otrzymania zaproszenia gdzieś w tyle głowy kołatała mi się myśl, czy chciałabym, żeby data mojego ślubu przypadała na pierwszy września i kojarzyła mi się nie tylko z moim ślubem – jednym z ważniejszych dni mojej osobistej historii? A poza tym, choć poglądów rozrachunkowych jako żywo nie mam i okazji do wypominania nie szukam, to jednak się wkurzyłam podczas tego wstępu i myślałam: Ejże! Z przyzwoitości powinien albo zamilknąć albo, skoro już zabrnął tak daleko, coś powiedzieć i o innych skojarzeniach! Albo że się zagolopował. W końcu byłam na weselu przedstawicieli niemieckiej inteligencji, a to zobowiązuje i chciałabym mieć pewność, że z pewnych rzeczy zdają sobie sprawę. Dobrze, że na mądrych kolegów i ich dziewczyny można liczyć, odetchnęłam z ulgą, że białe wciąż jest białe, a czarne – czarne.

II.

A faux pas zwyczajnie chodzą po ludziach… Zarówno po Niemcach, jak i Polakach. Zanim na to wesele pojechaliśmy, przyszedł do nas do domu kuzyn panny młodej – mieliśmy go ze sobą zabrać, bo jechaliśmy samochodem – wesele było za miastem. Czekaliśmy jeszcze na dwie osoby, więc na czas oczekiwania poczęstowaliśmy go soczkiem. Ponieważ półki w kuchni są u nas otwarte, do szklanki wpadła muszka, wtedy w okresie późnoletnim a wczesnojesiennym pełno ich latało. Przeprosiliśmy, muszkę wyłowiliśmy, a chłopak grzecznie soczek wypił i to nawet ten sam soczek z tej samej szklanki – bo innej nie było, wszystko było w zmywarce… I pojechaliśmy, tylko że niestety troszkę za bardzo zaufaliśmy googlowi i niemal się spóźniliśmy, wpadliśmy do kościoła równo z młodymi. Na szczęście nikt nam nie robił wyrzutów.

III.

Czyli wniosek z tego taki, że mili są nieproblematyczni goście.

Znów Czesi na scenia. I znów nietypowi.
6. Dan Vyleta, Der stumme Zwilling, Bloomsbury Berlin 2011, s. ok. 410 

Świetna książka, nie tyle kryminał, co powieść historyczna z elementami tajemnicy i kryminału. Rzecz dzieje się w październiku 1939 r. w Wiedniu. Są też i wady, ale nawet i z nimi książka jest ponadprzeciętna. 

Ciekawa jest też postać autora, któego rodzice, Czesi z pochodzenia, wyemigrowali do Niemiec z powodów politycznych w latach sześćdziesiątych. Dan Vyleta urodził się w Niemczech, studiował w Cambridge, Berlinie i Wiedniu, doktorat z historii obronił w Kings’ College i mieszka w Kanadzie. I pisze książki beletrystyczne z tłem historycznie tak doskonale dopracowanym, jak to ma miejsce u Krajewskiego, prozą długą jak u P.D. James, smakowicie i zmysłowo, jak chyba tylko Czesi potrafią. 

Siedzimy przy winku i wodzie: przyjaciółka, przyjaciółki niemiecki mąż i ja. My winko, mąż wodę. Rozmowa jest o ich ostatnim urlopie i gospodzie na zdjęciu w oglądanym przez nas folderze, której moja przyjaciółka zupełnie nie może sobie przypomnieć, ale jej mąż uparcie twierdzi, że byli tam.

- Spatz, doch, ich sag’s dir, wir sind dort gewesen! Ich kann’s nicht glauben, dass du es nicht wiedererkennst! Sieh doch mal, du must doch wissen, wo ist das gewesen?  

Ona patrzy wreszcie na zdjęcia i mówi: 

- O, ja, Tatsache, das ist XYZ! Dort haben wir doch gegessen! 

Po czym odwraca się do mnie i mówi:

- Oczywiście wcale tego nie rozpoznaję, ale przeczytałam w tekście, że to miejscowość XYZ.

Więc ja okrutnie demaskuję: 

- Den Namen hat sie doch gar nicht gewusst, sondern eben im Text gelesen! 

Na co wkurzona przyjaciółka:

- Ty piąta kolumno jedna!!!

A po chwili:

- A ciekawe, jak jest piąta kolumna po niemiecku… Fünfte Kolumne vielleicht, ganz einfach? Spatz, wie sagt man das auf Deutsch, kennt ihr das: die fünfte Kolumne?

Mąż namyśla się przez chwilę, po czym stwierdza:

- Nein, sowas haben wir nicht.


  • RSS