rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: kobieta

1.

- Proszę pani, przepraszam,  czy to bliźniaki?
- Tak.
- Ojejku! Jak super! Gratulacje! To ma pani z głowy za jednym zamachem! A mieliście bliźniaki w rodzinie? Karmi pani piersią? Pewnie wcześniaki, co?

2.

(Wariant 1)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das ist ja schön! Und ein Junge und ein Mädchen, ist ja traumhaft! Da haben Sie aber ein schönes Projekt!
- Ja, wir freuen uns auch sehr!
- Toll haben Sie das gemacht. Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?

(Wariant 2)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das habt ihr aber gut gemacht!  Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?
- Ja…
-  Dafür ist es aber ein wirklich schönes Projekt!

3.

Brytyjsko:
- Oh, it’s twins! Splendid! Double trouble?

4.

(Kolega latynoski, widziany po raz pierwszy w życiu, rozmowa w jedynym wspólnym języku)
- Wow, you look really good! Not like if you just have had twins! Have you considered putting earrings in your doughter’s ears?

5.

- Ach, Zwillinge! Ich kann Sie so gut verstehen, bin selbst Vater und Opa von Zwillingen.
- Und? Wann wird es merklich leichter? So mit zwei, wird immer gerne behauptet?
- Naja, ich werde Sie nicht anlügen. Es fängt so mit fünfunddreißig an.

6.

- Dzień dobry! I jak?
- No, cóż będę kryć, jako matka bliźniaczek sama pani wie najlepiej, jak jest.  [W domyśle: nieprzespane noce, wstawanie na przemian to do jednego smoczka, to do drugiego, to jeść, to pokołysać...]
- Tak, wiem, wiem, dopóki nie zaczną chodzić jest cudownie…

 

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Śniło mi się dzisiaj, że z okazji zeszłorocznych obchodów dwudziestopięciolecia pierwszych wolnych wyborów w Polsce Kancelaria Prezydenta zorganizowała konkurs na drink o nazwie Gloria victis. Drink bardzo się przyjął i miał dobrą prasę jako niespiżowy przykład radosnej pamiątki ważnego wydarzenia, istotnego dla wszystkich obywateli. I umożliwiający jednocześnie gromadne obchodzenie kolejnych rocznic. A wszystko to okazało się dość ironiczne teraz, po roku, kiedy w powietrzy znów wisi strach przed Rosją i ekspansywnymi planami Putina.

A później przyśniła mi się Joanna Bator, która niespodziewanie okazała się moją sąsiadką z lewej strony w podróży jakimś metrem. Była bardzo miła i podpisała mi mój egzemplarz „Ciemno, prawie noc”, który jak się okazało właśnie miałam ze sobą i z zachwytem czytałam. Niestety, z tego wszystkiego tylko ten zachwyt książką jest prawdziwy…

Bilans roku 2014: 39 książek. Bez szaleństwa…

Na otwarcie roku 2015:

1. Mikołaj Golachowski, Morux, Pupy, ogonki i kuperki, Babaryba 2014, s. 135 (z ilustracjami)

2. Pamela Druckerman, W Paryżu dzieci nie grymaszą, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 350

Ostatnie lektury:

Martin Walser, Grand Cru, Diogenes 2010, s. 381
L.M. Montgomery, Emily of New Moon, Virago Classics 2013, s. 404
L.M. Montgomerz, Emily Climbs, Virago 2013, s. 371
L.M. Montgomery, Emily’s Quest, Virago 2013, s. 266
Jacek Dehnel, Balzakiana, WAB 2008, s. 410
Leena Lehtolainen, Alle singen im Chor, rowohlt 2011, s. 240
Günter de Bruyn, Preussens Luise. Vom Entstehen und Vergehen einer Legende, Siedler Verlag 2001, s. 142

Mariusz Urbanek, Brzechwa nie dla dzieci, Iskry 2013, s. 350

Joanna Bator, Piaskowa Góra, WAB 20??, s. ok. 350

Joanna Bator, Chmurdalia, WAB 20??, s. ok. 350

Djuna Barnes, Solange es Frauen gibt, wie sollte da etwas vor die Hunde gehen?, Wagenbach, Berlin, s. 93

Tytuł w bardzo wolnym tłumaczeniu: Jak długo istnieją kobiety, tak długo nie ma prawa się nic spsuć. Cóż. Książka to zbiór przedwojennych wywiadów z kobietami ówcześnie w jakiś sposób ważnymi i zasłużonymi. Jest matka założycielka amerykańskich sufrażystek, walczących o prawo kobiet do głosowania, jest słynna aktorka, druga słynna aktorka, projektantka mody, modelka… Każda z nich swoim życiorysem wnosi głos do dyskusji na temat roli kobiety w życiu publicznym, każda rozmawia też z dziennikarką na temat tych możliwości, obecnie i w przewidywanej przeszłości. Diuna Barnes przeprowadzała te wywiady w latach 1913-1931, w międzyczasie przyszła jedna, a potem druga wojna światowa i pomiędzy pierwszym a ostatnim wywiadem jest przepaść, jeśli chodzi o sposób artykułowania tego, co kobietom wolno… Pierwszy wywiad jest śmiały wprawdzie, ale bardzo ostrożny, mówi o sposobach argumentowania w publicznych wystąpieniach nt prawa kobiet do głosowania, tego, czy jest ona w stanie myśleć odpowiedzialnie, jak mężczyzna. Drugi wywiad, co ciekawe, jest z kobietą, która prawa kobiet do głosowania wręcz nie popiera, ale sama aktywnie walczy o prawa robotników. Ostatni zaś z Coco Chanel jest wyraźnie inny, to Coco jest podmiotem bez przepraszania za to co robi kształtującym otoczenie i rzeczywistość, jest mocna, wpływowa, o zdecydowanych sądach…

Do tego jest to książka pięknie wydana, w czerwonym płótnie, w bardzo niecodziennym formacie, który widywałam tylko w tomikach wierszy, z bogatym materiałem zdjęciowym z lat wywiadom współczesnych. Sama Djuna Barnes, drugi Marcel Proust o podobno nawet piękniejszej od niego metaforze jest równorzędną bohaterką tego zbioru, chociaż ukrytą w cieniu jako dziennikarka. Jednak widać wyraźnie jej postać zwłaszcza w wywiadach z kobietami, które są trzpiotowane, same siebie nie traktujące dostatecznie poważnie – jej pytania czy komentarze są mało „przezroczyste” i daje odczuć, że właśnie tak postrzega swoją rozmówczynię. Dziś dziennikarze starają się zniknąć za stawianymi pytaniami, bohater jest zawsze na pierwszym planie.

Tomasz Konatkowski, Przystanek śmierć, WAB Warszawa 2007, ok. 300 stron

Karina Obara, Gracze, WAB Warszawa 2010, s. 314

Thomas Kanger, Mężczyzna, który przychodził w niedzielę, przekł. Marta Rey-Redlińska, Wydawnictwo Czarne 2009, s. 352

Marcin Wroński, Kino Wenus, wyd. II, WAB 2011, s. 345

Ben Aaronovitch, Rivers of London, Orion Group, London 2011, s. 391

Spośród nich zdecydowanie najlepszy był „Mężczyzna, który przychodził w niedzielę”, gdzie bohaterką jest komisarz policji Elina Wiik, która musi rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed dwudziestu pięciu lat. I to szybko, bo za niecały miesiąc ulegnie przedawnieniu. Zmaga się nie tylko z ludzką pamięcią czy też raczej niepamięcią, ale także z niechęcią we własnym miejscu pracy, układami, czasem… W książce prowadzony jest też równoległy wątek dwojga ludzi, którzy wyruszają w podróż w celu odkrycia zagadek przeszłości, a na koniec odnajdują coś więcej, niż tylko ich rozwiązanie, a te dwie równoległe opowieści na koniec łączą się w harmonijną całość. Ciekawa jest postać pani komisarz (czy też inspektor? nie pamiętam) – kobieta kompetentna, ale miejscami niepewna, wątpiąca, wściekła, głupio uparta, chyba z historią (która jednak nie została, o ile wiem, przełożona na polski), ale jej zły humor czy zwątpienie nie jest traktowane jako słabość i kobieca nieudolność, tylko jako coś ludzkiego, zwykły fakt, okoliczność postępowania. Wprawdzie, co pokazuje także przykład Cordelii Grey, postaci autorstwa PD James, można wykreować dobrą, myślącą postać kobiecą bez permanentnego jakby przepraszania za to że choć kobieta, to działa, myśli i udaje jej się coś zdziałać, ale to raczej rzadki wyjątek, niż  reguła. Przynajmniej poza literaturą skandynawską. Na rodzimym gruncie wystarczy przypomnieć główną bohaterkę Joanny Chmielewskiej, która choć fantastycznie dowcipna i inteligentna w towarzystwie mężczyzn była jednak głównie nieco trzpiotowatą kobietką rodem z Jamesów Bondów z lat 60. Ale to jest urok powieści Chmielewskiej, stanowiących jednocześnie świadectwo pewnej epoki. A siostry Mulgray na przykład wykreowały detektyw-kobietę, która chociaż jest niewiarygodnie pomysłowa i inteligentna też miejscami za główny sposób działań operacyjnych wybiera metodę na słodką idiotkę (o książkach tych krótko wspominałam tu: http://rosengarten.blog.pl/2011/08/01/49-farewell-my-lovely/).

 

Marcin Wroński – po lekturze jego drugiego kryminału plasuje się u mnie mocno na pozycji jednego z ulubionych polskich autorów powieści kryminalnych. Z humorem, inteligencją i wdziękiem, a także bez sentymentów i bez pietyzmu rozprawia się z lubelską międzywojenną sceną kryminalną. Także i tutaj świetnie wyszła postać głównego bohatera. Komisarz Zygmunt Maciejewski jest na służbowym zesłaniu, faktycznie zdegradowany, wciśnięty w przepisowy, niewygodny mundur, przechodzi coś w rodzaju depresji i życiowego rozmemłania. Ożywia go dopiero sprawa z trupem i podejrzeniem handlu kobietami. I dodatkowo świetny melanż wątków polsko-żydowskich – zdecydowanie Wroński to ostatnio jeden z moich ulubionych polskich pisarzy kryminalnych. Poprzednia książka, Morderstwo pod cenzurą, było równie świetne w podobnym klimacie. Teraz muszę jakoś upolować ostatnią jego książkę.

Aaronowitsch to zupełnie inne rejony, bo urban fantasy. Moje pierwsze i raczej ostatnie, chociaż książka dobra. Młody policjant zaangażowany w sprawę morderstwa okazuje się czarodziejem i staje się czeladnikiem u pewnego wyżej postawionego komisarza, również czarodzieja. Jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z gatunkiem urban fantasy i nie mam porównania, ale na tyle, na ile umiem ocenić to pozycja jest na pewno interesująca, pełna humoru, z interesującą i miejscami barwną intrygą (Mother Thames jak orelańska Murzynka, mniodzio!). Ciekawe, że chyba nikt się nie zdecydować tłumaczyć na polski, nie ma jej nawet w zapowiedziach żadnych wydawnictw. Kolejne pozycje tego autora – opublikował w sumie 4 książki – podobno już nie są takie dobre, może to dlatego. Z drugiej strony w Niemczech wszystkie cztery stoją sobie prominentnie na wyeksponowanym miejscu, ale może niemiecki rynek pojemniejszy.

W sumie w 2013 roku przeczytałam zatem 36 książek.

Nie jestem pewna, czy wspomniałam o „Pismaku” Marka Harnego. Jeśli nie, to książek będzie 37. Pismak to kryminał z nietypowym, otwartym zakończeniem, który parę lat temu zgarnął Nagrodę Wielkiego Kalibru i bardzo zasłużenie. Dla mnie najciekawsza była akcja osadzona w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – tytułowy bohater to dziennikarz, który wraca z emigracji we Francji, żeby wyjaśnić śmierć swojej dawnej koleżanki i kochanki. Aktorzy tego dramatu to albo byli ubecy, albo konfidenci, albo nowobogaccy albo posłowie czy byli dziennikarze i wydawcy, którzy w odpowiednim momencie zawarli strategiczny sojusz ze stosowną stroną siły politycznej i albo pod nową władzą zażywają sukcesów i bogactwa, albo wprost przeciwnie.

I jako że na Boże Narodzenie zostałam obdarowana w sumie 11 książkami, 4 kolejne podarowała/pożyczyła mi bawiąca w odwiedzinach koleżanka, dwie mam zaległe z poprzedniego roku, a chcę przeczytać też trzy leżące na kupce u M nie  - otwieram nową listę na 2014. Na której  na razie znajdują się  przeczytane w styczniu:

1.-7. J.K. Rowling, Harry Potter komplet,  tłumaczenie polskie, wyd. Media Rodzina

8. Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, Warszawa, WAB 2013, str. 523.

1. Panama Geisha to odmiana kawy, która po stosownej obróbce smakuje lekko brzoskwinią, bergamotką i jaśminem. Najlepsza – przyrządzana z dripa, bo wtedy dzięki niezbyt gorącej wodzie i wolnym parzeniu  te cytrusowe nuty są najlepiej wyczuwalne. Naprawdę! Oryginalnie pochodzi z Etiopii, jednak jakimś dziwnym sposobem kilka krzaczków zawędrowało aż do Panamy i zostało odkryte na jednej z hacjend w 2004 r. Od tego czasu kawa ta zdobyła pierwsze miejsce w czternastu międzynarodowych konkursach produnktów. Na aukcji jest dostępna raz w roku. Jest pyszna, w Berlinie dostępna w kawiarni Stodoła, o tu. Ciekawostka: w berlińskim wszechobecnym zalewie bio-matek z dziećmi i w sposób dorozumiany masowo dzieciofriendly miejsc, The Barn deklaruje już na wstępie, że to jest miejsce relaksu przede wszystkim dla dorosłych, którzy chcą się oddać delektowaniu różnymi odmianami pysznej kawy. Dlatego rodzice, którzy mają zamiar przyjść z dziećmi powinni mieć to na uwadze i w spósób szczególny uważać na zachowanie swoich dzieci. A także nie puszczać dzieci luzem, ale zawsze trzymać je za rękę. To się okazuje bardzo zrozumiałe, kiedy się znajdzie w środku, zamiast stolików ustawione są stołeczki, siedzi się również na stołkach – całość sprawia wrażenie mocno chybotliwej i w tajfunie energii dziecięcej raczej jej nie wróżę wielkiej żywotności. Ponadto przy wejściu stoi słupek informujący, że prosimy wchodzić bez wózków. Specjalne reguły obowiązują jednak nie tylko rodziców, wszechobecne są też znaczki „No laptops” (obsługa jest raczej angielsko-, niż niemieckojęzyczna). Fokus jest zdecydowanie na kawę.

2. Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi, że Niemcy to kraj stojący informacją, bo i ludzie bardzo się interesują różnymi dziwnymi rzeczami. Biorą je na poważnie i nie żałują pieniędzy, czy to publicznych czy prywatnych, na jej zdobycie. Każda większa gazeta wysyła swoich korespondentów na wschodnie i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jak jest z mid-westem. W Polsce zazwyczaj korespondent jest jeden i chyba tylko telewizję publiczną stać na to, żeby go do Stanów wysłać. Mój M pyta mnie ostatnio: „Czytałaś coś w polskiej prasie o światowym turnieju szachowym?” Oczywiście nie czytałam. Natomiast Die Zeit wysłała do Indii, gdzie ten turniej się odbywa, specjalnego korespondenta-sprawozdawcę… Ech. Chciałabym, żeby tak i u nas można było tworzyć więcej oryginalnych i dobrych tekstów w publicystyce, w końcu Polska reportażem stoi. Tylko jakoś nie w masowych serwisach publicznych, w których pojawiają się artykuły tłumaczone z różnych skutkiem z zagranicznych portali…

3. Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 434 – dopisuję do listy lektur. Doskonałych, zostających w głowie i w duszy książek. Spośród tego rodzaju książek ostatnio czytałam „Korekty” Franzena. Oczywiście po Munro sięgnęłam, bo nie czytałam do tej pory żadnej jej książki, a po pierwsze Nobel, po drugie była mi już polecana przed dwie różne osoby, na których guście polegam. Nie wiem, czy do tej akurat książki wrócę, ale do Munro – z całą pewnośćią.

„Jula” Pawła Goźlińskiego przeczytałam krótko po „Korektach”, czyli b. dawno temu. Nie robiłam sobie żadnych notatek, więc z perspektywy czasu mogę napisać tylko tyle, że jest niezwykle oryginalna i przynajmniej ja do tej pory się w polskiej literaturze ze zjawiskiem kryminału kostiumowego nie spotkałam. Kostiumowego, ale nie przebieranki – wszystko jest tak doskonale osadzone w czasach lat 40. dziewiętnastego wieku, że to naprawdę wyczyn, bynajmniej nie jest tak, że autor szafuje sobie kolorowym kostiumem li i jedynie po to, żeby było fajniej i barwniej, a historia tak naprawdę mogła się wydarzyć kiedykolwiek. Osadzenie powieści w czasach popowstaniowej, polskiej emigracji paryskiej ma głęboki sens i niezaprzeczalny urok, książkę się czyta płynnie i z napięciem, a przy okazji odkurzają się wiadomości z zapomnianych nieco lekcji języka polskiego. I pojawiają się pytania o szereg dramatów Słowackiego, o których mowa w powieści, i pojawia się także chęć, żeby się wreszcie z nimi zapoznać.

Na Wolnych Lekturach jeszcze Słowackiego mało:
http://nowoczesnapolska.org.pl/2012/09/04/slowacki-wielkim-poeta-byl/#more-5896

 

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam szczęście ostatnio do naprawdę dobrych książek:

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa  zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.”

Dlaczego w okolicy ginie coraz więcej zwierząt i czy to na pewno M. włamywał się do domu Alicji nie dowiadujemy się zresztą w ogóle – przynajmniej ja się tego nie domyślam – ale o czym wydawca w powyższej notce nie wspomina, a co wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan jest bohater zbiorowy tej książki: postać matki. Autorka kreśli portret matek bardzo przewrotny, bardzo idący w pięty i polemiczny, niezwykły, bardzo mocno osadzony w historii polskich ziem odzyskanych i daleki od obrazu Matki Polki, a jedyna Matka Polka w tym towarzystwie jest postacią równie straszną, jak pozostałe. Historie narodowe i indywidualne, rozbitki, niedobitki i etniczne poplątanie mniejszości, uciekinierów, bohaterów i bandytów mieszają się ze sobą, zazębiają i nakładają, w efekcie tworząc mozaikę smutną, straszną, ale tak jak autorka pisze w komentarzu na okładce: „Przeraził mnie mrok [tych opowieści]. Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens swojej wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka.”

Paweł Goźliński, „Jul”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 384. B. ładny jest też projekt okładki.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, W.A.B., Warszawa 2012, s. 528.

Jonathan Franzen, Korekty, wyd. Świat Książki 2004, tłum. Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek, s. 627 (wznowienie wyd. Sonia Draga)

„Po niemal pięćdziesięciu latach w roli żony i matki Enid Lambert chce wreszcie zaznać przyjemności życia. Na nieszczęście jej mąż, Alfred, zmaga się z postępującą demencją, a dzieci, w gruncie rzeczy trójka nieszczęśliwych, skłóconych z życiem ludzi, już dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Rozpaczliwie poszukując radości i prawdziwego szczęścia, Enid całym sercem pragnie zrealizować jedno marzenie: zebrać rodzinę w domu na ostatnie wspólne święta Bożego Narodzenia…”

Powieść jest absolutnie wybitna. Miałam taki moment, kiedy chciałam się poddać i po prostu jej nie doczytać, tak jest intensywna i wymagająca. Każdy z członków rodziny po kolei opowiada swoją historię, w zasadzie historię swojego życia, w którym ta ostania prośba matki dotycząca wspólnych świąt Bożego Narodzenia zajmuje centralne, organizujące wspomnienia i dalsze życie, miejsce. Jest punktem wyjścia prowadzącym do wprowadzenia tytułowych korekt. Każdy z bohaterów, choć całe życie uciekał od rodzinnego domu, musi powrócić do korzeni i zdać sobie sprawę z tego, ile z tego rodzinnego domu w nim tkwi, na ile się od niego oddalili i dlaczego, co rodzina, historia, pochodzenie, stosunek do tych specjalnych „figur”, jakimi w życiu każdego człowieka jest rodzic,  znaczy dla każdego z trójki dzieci, a także dla seniorów: Enid i Alfreda.

„Korekty” to ten rodzaj literatury, który później musi dojrzeć w głowie. Bezwstydnie dobry, soczysty, z językiem wręcz dosadnym, bez wątpienia stanowiącym ogromnie wyzwanie dla tłumaczy, tak że człowiek się czuje po lekturze taki wyżęty i nasycony jednocześnie… Nie żałuję ani minuty poświęconej tej książce. Wyraziści bohaterowie, ich borykanie się z własną psychiką, rodzinna historią, wewnętrzne poplątanie – to tkwi potem i chodzi za człowiekiem długo po skończeniu książki. Powieść porusza także szereg innych wątków takich jak starość,  depresja, miłość, rodzina, obraz Ameryki lat dziewięćdziesiątych – jest autentyczną kopalnią motywów. Wielowarstwowa, wielowymiarowa, po prostu doskonała.

Ale najbardziej podobała mi się kompozycja – opowieści dzieci, krążące wokół historii rodziców niby elektrony wokół jądra atomu, taki miniwszechświat, połączony siecią zadrażnień, obowiązków, wzajemnych pretensji, zranień i wokół tego kompletny brak sentymentalizmu i ciepła, które zastępuje ironia. Pełna wiwisekcja rodziny, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam. No i wspaniała  kreacja bohaterów, każde z dzieci tak niesamowicie różni się od siebie, ale jest jakoś w szerszym planie podobne do rodziców i do siebie, z bardzo indywidualnymi cechami, ale całość mimo zupełnego niepodobieństwa pasuje do siebie jak wreszcie ułożone puzzle. Obrazek na nich, choć przedstawia wspólne święta, jest jednak zupełnie inny od tego, jakiego Enid oczekiwała.


  • RSS