rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: kryminał PRL

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

1. J.R.R. Tolkien, „Władca pierścieni”, tłum. M. Skibniewska, Wyd. Muza 2012, t. I-III

2. Max Mannheimer, „Spätes Tagebuch”, Piper 2010

3. J. Chmielewska, „Wszystko czerwone”, Phantom Press 1992

4. J. Chmielewska, „Wszyscy jesteśmy podejrzani”, Phantom Press 1994 (wydawnictwo nomen omen fantomowe, chyba już go nie ma?…)

5. Rolf Dobelli, Die Kunst des klaren Denkens, Hanser 2011, s. 240 (koleżanka zobaczyła u mnie tę książkę i pyta: No i co? Pomogło? :))

6. Terry Prachett, Mort, Prószyński i sp., 2012, s. 230 (dużo błędów w korekcie)

7. Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza, Fabryka słów 2011, s. 290

8. Paulo Coelho, Der Alchimist, Diogenes 1996, s. 171 – do tej pory myślałam, że Coelho to powieści dla nastolatek lub rozemocjonowanych artystek, ale Alchemik jest naprawdę ładną, poetycą bajką dla dorosłych

9. Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie, Muza SA 2013, s. 398 – bardzo dobry, poruszający reportaż i kolejna książka Bondy, którą kupiłam, bo lubię jej styl

10. Peter Mayle, A Year in Provence, Random House 1989, s. 207 – dawny hit wydawniczy, fantastyczna i przezabawna książka, z której fragment, który bardzo dobrze zapamięałam, był w mojej książce do angielskiego w liceum. Już bym dawno tę książkę przeczytała, gdybym sobie wtedy zapisała, co to za książka. Ten fragment postaram się znaleźć.

11. Olga Rudnicka, Drugi przekręt Natalii, 2013 (?) – druga część kryminału pomyślanego jako zabawne czytadło wybitnie babskie. Pięć kobiet, sióstr w dodatku, rozwiązuje kryminalną zagadkę przy okazji poznając mężczyzn swojego życia i przyprawiając otoczenie o podszyty sympatią ból głowy. Bardzo lekkie, pierwszej części nie przeczytam i generalnie nie wrócę do tej książki, ale ani lektury, ani pieniędzy nie żałuję.

12. Drops of God 01 – manga o winie, którą zaraził mnie M. Bardzo fajnie się czyta, pomysł jest niesamowicie oryginalny, ale czy można w ogóle mówić o tym, że się mangę czyta? Z pewnością się ogląda i przy tej konkretnej nabiera ochoty na picie dobrego wina, ze świadomością, że się tego dobrego i tak nie rozpozna i nie doceni…

1. Wpadłam w jakiś słowotok w tym miesiącu, ale z kronikarskiego obowiązku zapisuję jeszcze jedną książkę. Niezbyt dobra, szczerze mówiąc, ale na szczęście szybko się ją czytało: 

17. Zenon Borkowski, Rekiny i szczupaki, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1970, s. 138

Zajrzałam do wstępu i poczułam się zachęcona opisem, że narrator zamierza przekazać opowieści zasłyszane od kapitana Wierzbickiego, który w niczym nie przypomina slynnych detektywów typu Maigreta czy Holmesa, ale ma nad nimi tę przewagę, że wszystkie akcje, o których opowiedział swemu rozmówcy, były autentyczne. Wyniki jego pracy są do tego zasługą pracy całego sztabu specjalistów. W ramach podsumowania cytat z tegoż kapitana:

"Praca milicji nie powinna być otoczona anonimowością i obwarowana tajemnicą; społeczeństwo powinno wiedzieć, jak wygląda nasz dzień powszedni, czasem ciekawy i pożyteczny, czasem, mimo usilnych poszukiwań i starań pozbawiony wymiernych wyników. (…) Wiedza o formach działania przestępczego, o metodach walki z nim, jest wiedzą na pewno pożyteczną, sprzyjającą większemu zaufaniu do aparatu śledczego – co z kolei gwarantuje naszą sprawność i niezawodność."

To ostanie zdanie powinno było mnie było zaalarmować… Ale początek mimo paru nachalnych moralizatorskich wtrętów się dobrze czyta, więc nie poczułam się zaalarmowana, powieść nabyłam i teraz mam za swoje. Sądzę, że po przeczytaniu książki nikt nie poczuł się zachęcony do mentalnego wspierania starań milicji ani nie otoczył jej pracy kłębkiem pozytywnych i pogodnych myśli, gdyż większość opowiadań dotyczy przestępstw gospodarczych i pokazuje jak na dłoni, czego ludziom w czasach PRL brakowało.  

Milicjant Wierzbicki nie tylko jest przekonany o tym, że przestępstwa gospodarcze to w istocie wcielenie zła, któe trzeba ścigać z najwyższym zaangażowaniem, ale jeszcze ofiary przestępstw naciągacza i oszusta uważa w zasadzie za winnych samym sobie (opowiadanie pt. Ludwik). Nawet nie dlatego, że są ofiarami swojej głupoty, skoro pożyczyli czy zainwestowali w biznes "na gębę" 300 000 zł (a przecież nawet z tego nie bardzo można im poczynić zarzut, skoro innego wyjścia nie mieli…), tylko dlatego, że są ofiarami chciwości. Bo mieli pieniądze, a chcieli mieć więcej. Albo połasili się na obietnicę czarnego mercedesa D… No straszna zbrodnia po prostu, żeby będąc taksówkarzem chcieć kupić nowy samochód! Nie raz wynika z opowiadania przekonanie milicjanta, że jeśli ci naciągnięci ludzie już mieli taką sumę to zapewne też zdobyta była nie do końca uczciwie – milicjant nie raz z wyższością wzdycha, że ludzie zamiast zarobić uczciwie, ale mniej są tacy chciwi i na koniec kończą u niego na komisariacie. A on proszę – w okolicach pierwszego dał ostatnią stówę żonie, ale przynajmniej nie ma kłopotów.

W sumie bardzo smutna książka.

2. Tak mi się jeszcze skojarzyło z tytułem, że w Niemczech przed wyborami pojawia się multum plakatów przedstawiających FDP – partię z liberalnym programem gospodarczym – jako rekiny połykające małe rybki, w których obronie występuje zazwyczaj SPD. Te rybne metafory mają więc powodzenie niezależnie od języka w sferze symbolicznej walki politycznej. Górą retoryka, dołem zaś grafika – trzeba przyznać bowiem, że jeśli o projekt i wykonanie chodzi to ani okładka książki, ani plakaty nie porywają estetycznie. 

18. Jerzy Siewierski, Nie zabija się świętego Mikołaja, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1978, s. 206

Jest to właśnie powieść, która została wydana w 100 000 egzemplarzy (pisałam o tym wcześniej tu). Przeczytawszy ją stwierdzam, że przynajmniej ów co trzeci Polak, który powinien ją był zgodnie z zamysłem wydawcy kupić nie zmarnował pieniędzy. Książeczka mieści trzy opowiadania o bohaterskim milicjancie, Stanisławie Komorowskim. I jest bardzo zabawna. Że tematyka jest kryminalna składa się przez przypadek, gdyż bohater jest milicjantem, ale tak naprawdę są to po prostu opowiadania o małej społeczności wiejskiej, z jej odwiecznymi prawdami i obrazem układu sił w małej grupie ludzi, gdzie wszyscy znają wszystkich. A przy okazji jest to niezły kawałek historii społecznej:  

1.

"A pan sierżant nijak mi nie wierzy. A ja mówię prawdę. I wcale nie jestem pijany. Z Piotrkiem od Florczaków ćwiartkę zrobiliśmy. Tyle co nic, a pan sierżant w kółko, że ja zalany i zalany."  

"Tato –  powiedziała Halinka. – Mama mówiła, że tato obiecał zabić karpia, ale że tato nie zabił to ona nie będzie smażyła żywego. I że ma już tego zupełnie dosyć."

"-Ja w sprawie kradzieży.
Poczułem, że jest całkiem niedobrze. Baba wymyśliła coś zupełnie nowego i nie da się łatwo spławić.
- Co kto komu ukradł, obywatelko? – zapytałem, nie siadając. (…) 
- Bazylego ukradli, panie komendancie. Myślę, że to na pewno będzie Maciaszkowa. Ona od dawna na niego pomstowała… (…)
- Jak wam nie wstyd, obywatelko Biernacka? Wy mi kotem głowę zawracacie, a tu za ścianą świeży nieboszczyk leży. Człowieka zabili, a wy o kocie. (…)
- A wiem – odpowiedziała obojętnie Biernacka. – Opowiedzieli mi po drodze, że świętego Mikołaja zabili. Ale kot, panie komendancie, to też stworzenie boże. Jak Pan Bóg piątego dnia stworzył różne zwierzęta, to i koty stworzył. Po to, aby myszy łapały, a nie po to, żeby je Maciaszkowa topiła. (…) 
- Mówicie, że do obcego nie podejdzie? (…) To jak go wam Maciaszkowa mogła ukraść? Jak go zwabiła?
- A bo ja tam wiem? Ma swoje sposoby. Wiadomo, czarownica."

"- Jeśli dobrze zrozumiałem, obywatel porucznik chciałby sprawdzić, czy wczoraj wieczorem do naszej wsi nie przyjechał ktoś samochodem. To się raz-dwa da załatwić. Za jakąś małą godzinkę. 
- Uzyskacie tę informację ze źródeł konfidencjnalnych? – zainteresował się kapitan. (…) 
- Nie, po prostu Józek, to jest szeregowy Biedronek, przeleci się do gospody. (…) Kapral Duda mógłby przez ten czas wpaść do spółdzielni i przepytać kobiety. Ale to chyba nie będzie potrzebne, gospoda w zupełności wystarczy."

"Do izby wkroczył Biedronek. (…) Zmarszczyłem się z niezadowoleniem, gdyż od Józka troszeczkę zaleciało wódką. Zaraz go jednak w myślach rozgrzeszyłem. Prawdę mówiąc, jeżeli chciał się naprawdę wszystkiego wywiedzieć, musiał sobie w gospodzie z tym lub owym kropnąć choć po piwie. (…)
- Względem samochodów to jest tak – zaczął Józek. – Wczoraj przyjechały do Gwiazdowa dwa samochody. Demokratka do Szymańskich i dekawka do Sobiesiaków. Wiadomo, Sobiesiak kułak, to i z prywatną inicjatywą się zadaje… (…) Nadawali właśnie dziennik w głośniku, gdy obywatel Maciaszek zobaczył, że dekawka wjeżdża do obejścia Sobiesiaków.
- Który to był dziennik? (…)
- Ten o ósmej, później to Maciaszek dawno już śpi. (…)
- A co z elementem przestępczym, Biedronek? (…)
- A, znaczy się z elementem. Baniak spił się w południe w gospodzie i poszedł spać do domu, a Kowalski siedział w chałupie. (…)
- A ten Baniak, jak się wyspał, nie mógł wieczorem wstać i gdzieś wyjść?
- Za Boga by nie dał rady – zaśmiał się Biedronek – był schlany jak bela. Jak się uwalił, to musiał spać aż do rana – zapewnił – on już ma taką naturę. Jak sobie popije, to trochę porozrabia, a potem śpi do samego rana. Wszyscy o tym wiedzą."

"Trzeba Marcie przyznać, że choć jest kobietą ostrą i potrafi trzymać mnie krótko, to jednak w ważnych chwilach umie zachować się jak należy."

"W ręku dzierżył długi kij, na którym umieszczona była wielka gwiazda z patyczków, kolorowych bibułek i sreberek od czekolady. W samym środku gwiazdy zamocowana była półeczka, do której przylepiony był ogarek choinkowej świeczki. Świeczka oczywiście nie była zapalona. (…)
- Hej kolęda, kolęda! – Walendziak zawodził i kroczył chwiejnie, zmierzając prościutko do obejścia Biernackiej. (…)
- Biernacko! Biernacko! Otwórzcie! Hej kolęda, kolęda! (…) Biernacko! Biernacko! Hej! Otwórzcie, wpuśćcie zbłąkanego wędrowca! (…) Oj dolaż moja, dolo! Cóżem ja uczynił, że mnie Pan Bóg tak karze! Stara z chałupy mnie w samą Wigilę na mróz wygnała i na poniewierkę! Hej! Biernacko! Otwórzcie! (…)"

Tyle smaczków z opowiadania Nie zabija się świętego Mikołaja. Wprost idealnie się wpisuje w nurt opowiadań wigilijnych… Samo rozwiązanie zagadki kryminalnej absolutnie nie jest tu osią opowieści i jej celem, wchodzi sierżantowi w ręce niejako bez udziału skomplikowanych kombinacji myślowych z jego strony czy solidnej pracy wywiadowczej i analizy śladów. Ale i tak jest to opowieść o bohaterskim sierżancie – bohaterskim nie dlatego, że zmyślnie i jak nikt łapie tych przestępców, tylko że cieszy się poważaniem w swojej społeczności, że pilnuje w niej porządku. Czy to trzeba pogrozić Walendziakowi, żeby w końcu przestał dzisiaj chlać, czy powściągnąć pretensje Biernackiej, czy jakoś ogarnąć sprawę nieboszczyka, co się dał zadźgać akurat w Gwiazdowie Górnym.

2.
"Nagle zrozumiałem, że to wariat, czyli jak to się powinno właściwie mówić: chory psychicznie. Nigdy przedtem nie miałem do czynienia z wariatami. Nie znałem się na nich. Dowcipy różne słyszałem i takie rozmaite opowiastki, ale żadnego jeszcze, takiego prawdziwego, to nie widziałem. Czytałem tylko, że trzeba z nimi łagodnie. Nic na siłę, tylko takie rozmaite ciuciu-muciu i tak dalej." 

To z opowiadania Kwiat paproci

3. I jeszcze jeden fragment: 

"Zamknąłem drzwi od podwórza, bo już skostniałem w tej cieniutkiej piżamie, co mi ją Marta na imieniny kupiła, do pokojów jednak Maciaszków nie poprosiłem. W jednym spała Marta, w drugim dzieciaki. W kuchni bałagan. Maciaszkowa mogłaby Martę obgadać…"

To z opowiadania Tam, gdzie przychodzą umarli.

4. Skończywszy opowiadania zajrzałam do Wikipedii – autorowi poświęcona jest obszerna notka. Wynika z niej, że jeszcze dużo man nadzieję mniej lub bardziej kryminalnych opowieści przede mną, zajmę się nimi z przyjemnością. Choć recenzje jego powieści podkreslają nierówną narrację i niekiedy moralizatorstwo (a recenzentka Nie zabija się świętego Mikołaja w klubie MORD zupełnie nie była opowiadniami zachwycona) wszystkie zgodne są co do tego, że powieści te dobrze się czyta. Sama oprócz gładkiej w czytaniu lektury mam ogromną nadzieję na więcej przemyconych w opisach obrazów życia w PRL.

1. Tytuł notki to także tytuł powieści milicyjnej Jerzego Edigeya, a 21 to i numer notki, i kolejny numer w odliczaniu przeczytanych książek. Taka podwójna podwójność, a co!

21. Jerzy Edigey, Elżbieta odchodzi, wyd. 2, Katowice 1973, s. 257

Mój M. twierdzi, że nie mogę sobie wpisać tej książki do realizacji postanowienia, bo za szybko ją przeczytałam i – helooł – jest mała formatowo, krótka i mało ambitna. No, jest krótka. Ale w postanowieniu nie napisałam przecież, że książki mają mieć jakąś określoną długość :).
Książka na pewno dostarcza bogatego materiału do rozważań na marginesie.

2. Po pierwsze: ma rewelacyjny tytuł!
Po drugie, taki dialog, jak ponieżej, raczej nie mógłby mieć dzisiaj miejsca: 

"- Panna Kaczmarek – ciągnął dalej Pałkowski – urodzona w Grudziądzu. Nazwisko bardzo popularne na Pomorzu. W samym Grudziądzu jest na pewno parę setek Kaczmarków. Tak jak Tomaszewskich w Płocku, Dobrzyńskich w Dobrzyniu i Łapińskich w Łapach. 
- A Dmowskich w Siedlcach – wtrącił pułkownik.
- Właśnie. Wszystko szlachta zaściankowa. (…)"

Taka wiedza w toku rozmowy prowadzonej przez dwóch milicjantów w ramach postępowania, po prostu jako wiedza powszechna?! Imponujące. Myślę, że dziś takie kojarzenie nazwisk z miejscowościami i rodami nie jest powszechna, większa jest też mobilność, rody dawniej skupione rozproszyły się jeszcze bardziej. I świadomość z jakiego rodu się pochodzi również jest dziś mniejsza. Oczywiście, miał ją jednak autor – jak podaje Wikipedia pochodzący ze szlacheckiej rodziny tatarksiej (http://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Edigey).

A dane dziś, czyli niemal 40 lat po napisaniu książki, też już się nie zgadzają – jedynie Łapińskich, prócz Warszawy, nadal najwięcej jest w okolicach Łap, o czym przekonać się można na www.moikrewni.pl/mapy.

Tytułowa Elżbieta okazuje się szpiegiem obcego wywiadu, a jej zadaniem jest wykradnięcie informacji o budowie pewnej maszyny od inżyniera, którego dla lepszego dostępu do informacji poślubia. Poniżej fragment rozmowy dwóch milicjantów:

"- (…) Chyba, że ich coś spłoszyło i muszą się likwidować równie szybko, jak to zrobiła rzekoma pani Wojciechowska. 
- No, nie rzekoma. Wzięli ślub.
- Tak, ale zachodzi tu klasyczny "error in persona", omyłka co do osoby. W każdym ustawodawstwie taki związek podlega unieważnieniu. (…)"

Jerzy Edigey, którego prawdziwe nazwisko to Korycki, był adwokatem i był członkiem ORA w Warszawie. A więc o zawiłościach strony prawnej przy zawarciu małżeństwa pod fałszywą tożsamością był świetnie poinformowany. Zarazem odbija się w tym dialogu pewnien fragment historii prawa – dzisiaj już w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym istnieje wprowadzona nowelizacją z 1998 r. regulacja (art. 15-1), która mówi o skutkach prawnych oddania oświadczenia woli o wejściu w związek małżeński obarczonych wadą – można się od nich uchylić w określonym terminie. Jednak dziś skutek unieważnienia następuje dopiero po wystąpieniu z odpowiednim powództwem. KRO pochodzi z 1964 r., ale artykuł ten – jak wskazuje numeracja – został dodany później.

Sprawa jest natomiast niezbyt jasno ujęta w powieści, której akcja toczy się jeszcze w stanie prawnym sprzed nowelizacji. Autor pisze, że "związek podlega unieważniu", czyli prawdopodobnie pod koniec lat 60. trzeba wystąpić z odpowiednim powództwem, aby tak się stało. Tymczasem jeden z milicjantów mówi o "rzekomej pani Wojciechowskiej". To jest uproszczenie, gdyż dopóki wyrok w sprawie nie zapadł, to pani Wojciechowska jest panią Wojciechowską. Zresztą, o przedwczesności takiego określenia można się przekonać doczytując powieść do końca.

Kolejna ciekawostka jest natury kulinarnej. Otóż aby uzyskać cenne informacje od świadka, pewnej kobiety, oficer milicji postanowił zabrać ją na lody do cukierni Hotelu Europejskiego. Hotel chyba już nie działa, ale może cukiernia?… Bo wybrany przez panią deser brzmi wspaniale.

" (…) Dziewczyna wolała lody. Major zrujnował się nawet na melbę. Gdy kelnerka przyniosła dla panny Anny wyszukaną piramidę z kunsztownie tkwiącym w jej szczycie jakimś przedziwnym obwarzankiem, a przed oficerem postawiła filiżankę czarnej kawy, ten zaczął (…)."

No właśnie, melba! Nie wiedziałam, że uchodziła wówczas za tak wyszukany i ekskluzywny deser. Tu przepis wraz z krótką historią: http://ugotuj.to/przepisy_kulinarne/1,87978,7650364,Lodowa_Melba.html

A tak wygląda: 

Melba

Źródło: http://ugotuj.to/przepisy_kulinarne/1,87978,7650364,Lodowa_Melba.html

W powieści pojawia się też sprawa wyrabiania dowodów osobistych. Dokładny cytat niestety zgubiłam. Ale wynikało z niego, że aby wyrobić sobie w tych czasach dowód osobisty trzeba było oddać do karty swoje odciski palców! Poza tym istniał obowiązek meldunkowy, a żeby go uzyskać w Warszawie trzeba się o to było dłuuuugo starać… Czyli w pewnym sensie istniały wówczas biometryczne dowody osobiste…


  • RSS