rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: kryminal-szwedzki

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Śniło mi się dzisiaj, że z okazji zeszłorocznych obchodów dwudziestopięciolecia pierwszych wolnych wyborów w Polsce Kancelaria Prezydenta zorganizowała konkurs na drink o nazwie Gloria victis. Drink bardzo się przyjął i miał dobrą prasę jako niespiżowy przykład radosnej pamiątki ważnego wydarzenia, istotnego dla wszystkich obywateli. I umożliwiający jednocześnie gromadne obchodzenie kolejnych rocznic. A wszystko to okazało się dość ironiczne teraz, po roku, kiedy w powietrzy znów wisi strach przed Rosją i ekspansywnymi planami Putina.

A później przyśniła mi się Joanna Bator, która niespodziewanie okazała się moją sąsiadką z lewej strony w podróży jakimś metrem. Była bardzo miła i podpisała mi mój egzemplarz „Ciemno, prawie noc”, który jak się okazało właśnie miałam ze sobą i z zachwytem czytałam. Niestety, z tego wszystkiego tylko ten zachwyt książką jest prawdziwy…

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

Tomasz Konatkowski, Przystanek śmierć, WAB Warszawa 2007, ok. 300 stron

Karina Obara, Gracze, WAB Warszawa 2010, s. 314

Thomas Kanger, Mężczyzna, który przychodził w niedzielę, przekł. Marta Rey-Redlińska, Wydawnictwo Czarne 2009, s. 352

Marcin Wroński, Kino Wenus, wyd. II, WAB 2011, s. 345

Ben Aaronovitch, Rivers of London, Orion Group, London 2011, s. 391

Spośród nich zdecydowanie najlepszy był „Mężczyzna, który przychodził w niedzielę”, gdzie bohaterką jest komisarz policji Elina Wiik, która musi rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed dwudziestu pięciu lat. I to szybko, bo za niecały miesiąc ulegnie przedawnieniu. Zmaga się nie tylko z ludzką pamięcią czy też raczej niepamięcią, ale także z niechęcią we własnym miejscu pracy, układami, czasem… W książce prowadzony jest też równoległy wątek dwojga ludzi, którzy wyruszają w podróż w celu odkrycia zagadek przeszłości, a na koniec odnajdują coś więcej, niż tylko ich rozwiązanie, a te dwie równoległe opowieści na koniec łączą się w harmonijną całość. Ciekawa jest postać pani komisarz (czy też inspektor? nie pamiętam) – kobieta kompetentna, ale miejscami niepewna, wątpiąca, wściekła, głupio uparta, chyba z historią (która jednak nie została, o ile wiem, przełożona na polski), ale jej zły humor czy zwątpienie nie jest traktowane jako słabość i kobieca nieudolność, tylko jako coś ludzkiego, zwykły fakt, okoliczność postępowania. Wprawdzie, co pokazuje także przykład Cordelii Grey, postaci autorstwa PD James, można wykreować dobrą, myślącą postać kobiecą bez permanentnego jakby przepraszania za to że choć kobieta, to działa, myśli i udaje jej się coś zdziałać, ale to raczej rzadki wyjątek, niż  reguła. Przynajmniej poza literaturą skandynawską. Na rodzimym gruncie wystarczy przypomnieć główną bohaterkę Joanny Chmielewskiej, która choć fantastycznie dowcipna i inteligentna w towarzystwie mężczyzn była jednak głównie nieco trzpiotowatą kobietką rodem z Jamesów Bondów z lat 60. Ale to jest urok powieści Chmielewskiej, stanowiących jednocześnie świadectwo pewnej epoki. A siostry Mulgray na przykład wykreowały detektyw-kobietę, która chociaż jest niewiarygodnie pomysłowa i inteligentna też miejscami za główny sposób działań operacyjnych wybiera metodę na słodką idiotkę (o książkach tych krótko wspominałam tu: http://rosengarten.blog.pl/2011/08/01/49-farewell-my-lovely/).

 

Marcin Wroński – po lekturze jego drugiego kryminału plasuje się u mnie mocno na pozycji jednego z ulubionych polskich autorów powieści kryminalnych. Z humorem, inteligencją i wdziękiem, a także bez sentymentów i bez pietyzmu rozprawia się z lubelską międzywojenną sceną kryminalną. Także i tutaj świetnie wyszła postać głównego bohatera. Komisarz Zygmunt Maciejewski jest na służbowym zesłaniu, faktycznie zdegradowany, wciśnięty w przepisowy, niewygodny mundur, przechodzi coś w rodzaju depresji i życiowego rozmemłania. Ożywia go dopiero sprawa z trupem i podejrzeniem handlu kobietami. I dodatkowo świetny melanż wątków polsko-żydowskich – zdecydowanie Wroński to ostatnio jeden z moich ulubionych polskich pisarzy kryminalnych. Poprzednia książka, Morderstwo pod cenzurą, było równie świetne w podobnym klimacie. Teraz muszę jakoś upolować ostatnią jego książkę.

Aaronowitsch to zupełnie inne rejony, bo urban fantasy. Moje pierwsze i raczej ostatnie, chociaż książka dobra. Młody policjant zaangażowany w sprawę morderstwa okazuje się czarodziejem i staje się czeladnikiem u pewnego wyżej postawionego komisarza, również czarodzieja. Jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z gatunkiem urban fantasy i nie mam porównania, ale na tyle, na ile umiem ocenić to pozycja jest na pewno interesująca, pełna humoru, z interesującą i miejscami barwną intrygą (Mother Thames jak orelańska Murzynka, mniodzio!). Ciekawe, że chyba nikt się nie zdecydować tłumaczyć na polski, nie ma jej nawet w zapowiedziach żadnych wydawnictw. Kolejne pozycje tego autora – opublikował w sumie 4 książki – podobno już nie są takie dobre, może to dlatego. Z drugiej strony w Niemczech wszystkie cztery stoją sobie prominentnie na wyeksponowanym miejscu, ale może niemiecki rynek pojemniejszy.

W sumie w 2013 roku przeczytałam zatem 36 książek.

Nie jestem pewna, czy wspomniałam o „Pismaku” Marka Harnego. Jeśli nie, to książek będzie 37. Pismak to kryminał z nietypowym, otwartym zakończeniem, który parę lat temu zgarnął Nagrodę Wielkiego Kalibru i bardzo zasłużenie. Dla mnie najciekawsza była akcja osadzona w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – tytułowy bohater to dziennikarz, który wraca z emigracji we Francji, żeby wyjaśnić śmierć swojej dawnej koleżanki i kochanki. Aktorzy tego dramatu to albo byli ubecy, albo konfidenci, albo nowobogaccy albo posłowie czy byli dziennikarze i wydawcy, którzy w odpowiednim momencie zawarli strategiczny sojusz ze stosowną stroną siły politycznej i albo pod nową władzą zażywają sukcesów i bogactwa, albo wprost przeciwnie.

I jako że na Boże Narodzenie zostałam obdarowana w sumie 11 książkami, 4 kolejne podarowała/pożyczyła mi bawiąca w odwiedzinach koleżanka, dwie mam zaległe z poprzedniego roku, a chcę przeczytać też trzy leżące na kupce u M nie  - otwieram nową listę na 2014. Na której  na razie znajdują się  przeczytane w styczniu:

1.-7. J.K. Rowling, Harry Potter komplet,  tłumaczenie polskie, wyd. Media Rodzina

8. Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, Warszawa, WAB 2013, str. 523.

Marcin Wroński, Morderstwo bez cenzury, WAB 2010, s. 287 – dobry kryminał, akcja dzieje się w międzywojennym Lublinie. Wiarusi, komuniści, stylizowany język bohaterów i boks. Pierwsza część z cyklu o podkomisarzu Zygmuncie Maciejewskim, obiecująca.

Wojciech Chmielarz, Farma lalek, Wydawnictwo Czarne 2013, s. 372 / kryminał wręcz fantastyczny. Przede wszystkim ogromny i naturalnie, niestylizowanie wypadający język i realizm świata przedstawionego. Bohaterowie drą mordy, rzucają kurwami i to zarówno w sytuacjach ofijalnych, jak i prywatnych. Nie ma upiększania rzeczywistości na potrzebny książki, jest przaśność powszednia, meble z katalogu Black Red White, napoje energetyzujące z Żabki, stosunki rodzinne, w których głębszych uczuć trzeba się domyślać… Przypomina mi trochę Ciemność, prawie noc w wartstwie fabularnej – ale o ile Ciemność jest metafuzyczna, Farma lalek jest naturalistyczna wręcz. Bohaterowie balansują pomiędzy dobrem a złem, a w szarość ich uczynków często przeważają cienie lub brak jest odpowiedzi. Zdecydowanie jedna z lepszych książek ostatnich czasów.

Maria Bulikowska, Mała książka gwary warszawskiej, Babaryba 2013, s. 46 – książka również do kolorowania. Bardzo zabawne przygody myszy, która wyskakuje z pierwszego zdjęcia zrobionego w latach trzydziestych i wraz z królikiem występuje przez następne strony w różnych strojach i sytuacjach, ilustrując powiedzonka pochodzące z gwary warszawskiej. Strasznie zaraźliwe, po przeczytaniu nadużywałam „znakiem tego”, „pani ładna”, „płakać się chce z zachwytu”.

Umberto Eco, O bibliotece, Świat książki 2007, s. 48 – wszystko, co Eco postulował w swoim odczycie z okazji 25. rocznicy Biblioteki Miejskiej w Mediolanie w 1981 r., tzn. żeby biblioteki były otwarte, że musi się bardziej otworzyć na czytelnika i znaleźć rozsądną równowagę pomiędzy zachowaniem a udostępnieniem woluminów się stało i spełniło. Ciekawe, jak wyglądałby taki odczyt obecnie, czyli dobre trzydzieści lat później – jak oceniałby Eco diagnozowane już wtedy problemy z niszczeniem i kradzieżami książek ze strony czytelników z jednej strony, a z drugiej dwubiegunowość polityki wydawców, którzy z uwagi na opłacalność i rewolucję wywołaną fotokopiowaniem książek albo publikują je w dużych nakładach na kiepskim papierze, czyli tanio, skazując je na zapomnienie po 50 latach, kiedy to włóknina takiego złej jakości papieru się rozpadnie, albo w niskich nakładach na dobrym papierze do bibliotek po kilkadziesiąt czy kilkaset dolarów za egzemplarz, które to pozycje będą później nieskończoną ilość razy kopiowane.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011, s. 552 – pięć opowiadań o początkach pracy Wallandera i jego związku z Moną poprzez pierwsze awanse i przeprowadzkę do Ystad aż do sprawy bezpośrednio poprzedzającej „Mordercę bez twarzy”. Bardzo dobre historie kryminalne z wartością dodaną w postaci krótkich obrazków doświetlających postać komisarza-ojca, komisarza-męża, policjanta, syna, czyli to wszystko, co się składa na jego niepowtarzalny styl. I również w tych opowiadaniach pojawiają się przewijające się w twórczości Mankella konstatacje, że to już nie jest ta sama Szwecja, że coś się zmienia, że takich morderstw kiedyś nie było.

Przeczytane:

Moment! Die allerschnellsten Geschichten der Welt, Diogenes 2012, ok. 230 bardzo małych stron – świetna, malutka książeczka do torebki z historiami opowiedzianymi w najwyżej 5 zdaniach. Dla przykładu: Ziemia? Właśnie wczoraj skończyliśmy ją jeść (Yann Martel). Naga księżniczka? Niech pan nie opowiada bajek, powiedział krasnal (Wolf Wondratschek). Była sobie kiedyś kropla deszczu, która nie była podobna do żadnej innej (Roland Topor). Rewelacja!

Katarzyna Kotowska, Wieża z klocków, Media Rodzina 2010, s.125 – bardzo dobra opowieść w klimacie refleksyjno-poetyckim o adopcji, perspektywa rodziców.

Anna Kamińska, Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 322 – tematyka jak sama nazwa wskazuje. Bardzo ciekawe, chociaż kontrowersyjny moim zdaniem wywiad z panią psycholog na zakończenie.

Stieg Larsson, II tom Millenium, wersja niemiecka, Hanser 2012, s.ok 740 – zbyt wiele szczegółów.

Strasznie się przywiązuję do książek. Ale nie zmógłszy dwóch postanowiłam je sprzedać i poczułam wielką ulgę. Czasem bardzo miło jest coś wyrzucić.

Edward Pietkiewicz, Savoir vivre dla każdego, wyd. Świat Książki/Diogenes 1997, 238 s. Kupiłam ją, bo jako klasyka polecał ją Stanisław Krajewski na swoim blogu o savoir vivre, niestety, strasznie się rozczarowałam. Jest to zbiór niezbyt dobrze wyjaśnionych zasad, napisanych dziwnym stylem. Możliwe jednak, że się nie znam, gdyż zazwyczaj książka ta polecana jest jako pisana elegancką polszczyzną, zawierającą wszystko, co w temacie należy wiedzieć. Autor nie wyjaśnia, tylko streszcza, a komentarz wspomnianego wyżej polecającego, że niestety zbyt wiele spraw jest dla niego oczywistych mogę w całej rozciągłości potwierdzić.

Druga sprzedana książka: P.D. James, Ułomna ręka sprawiedliwości, Buchmann pocket 2012, ok. 500 s. tłum. Barbara Cendrowska. Pamiętam, że po przeczytaniu A certain justice stwierdziłam, że to jest jedna z lepszych książek P.D. James, która jako temat zadała sobie rozważania nad sprawiedliwością. Albo tak nie znam angielskiego, że zachwyciłam się zrozumiawszy może 40%, albo powieść traci w tłumaczeniu.

9. Jan Ekström, Taniec ognia, Czytelnik Warszawa 1984, s. 235 (seria z jamnikiem)

Choć to powieść kryminalna szwedzkiego autora, to powieść średnia. Dobrze się czyta, ale całokształt bez fajerwerków.

Ciekawostka: rola przypadku. Prawda wychodzi na jaw m.in. przez paplaninę małej dziewczynki, która widziała zachowanie członka rodziny, którego nie powinna była widzieć. Któemu to zachowaniu jednak nie przypisywała żadnego znaczenia i któego przebieg po prostu opowiedziała matce. Po drugie, morderca zacierając ślady zbrodni zapomniał o bardzo, bardzo ważnym jej elemencie, mianowicie narzędziu zbrodni. I wówczas pomysł na zatarcie tej zbrodni również stracił sens. 

Morderca-ciamajda rzadko pojawia się w kryminałach. Nudne i nieodkrywcze literacko, ale chyba bardzo życiowe.

Zupełnie niespodziewanie dla mnie, na początku września, kiedy tak naprawdę jeszcze dobrze jesień się nie zaczęła, już myślę o zimie. O mrozie, o krępujących ruchy warstwach odzieży, śliskich chodnikach, o parze dżinsów, które zniszczyłam ostatniej zimy poślizgnąwszy się na śniegowej brei i parze doskonałych rajstop, które podzieliły los dżinsów. I o ciągle zimnych dłoniach.

1. A wszystko dlatego, ze przeczytalam trzy książki: Jo Nesbo Wybawiciela i Pierwszy śnieg oraz Henninga Mankella Vor dem Frost. Po polsku podobnież książka nie ukazała się. Pierwszy śnieg przeczytałam najpierw – ten wielkich szkód mojej meteorologicznej wyobraźni nie wyrządził. Śnieg sypał, jasne, ale temperatura przejmowała do kości tylko bohaterów. Później przeczytałam Wybawiciela – i tu właśnie zaczęłam marznąc. Temperatura wynosi w Oslo w czasie, kiedy dzieje się akcja Wybawiciela cały czas waha się między -18 a -22°C. Zimno jest jak diabli. Powtarza się opis ludzi chodzących w puchowych kombinezonach i wypuszczających nosem i ustami kłęby pary. I co rusz ktoś poślizguje się albo boi się poślizgnąć. Co jest dla autora swoją drogą doskonałą okazją do "zagęszczania" akcji, bo kiedy chce skrócić dystans pomiędzy bohaterami i zbliżyć ich na odległość intymną – to każe im się złapać za rękę, żeby się podtrzymywać wzajemnie na śliskim. Czasem inicjatywa jest obopólna, czasem nie. Przy tym Harry wielokrotnie wyraża ufność, jeśli chodzi o jego własne bezpieczeństwo na śliskiej ulicy, co przypisuje kozakom Martens, które dzięki solidnej kauczukowej podeszwie nie tracą przyczepności, nawet jak trzeba się ganiać po śniegu. Zastanwia mnie, czy miał model z futerkiem? 

2. Nie muszę dodawać, że przedstawienie nieśliskich butów budzi bardzo pozytywny odzew w ludziach, którzy stracili dżinsy i naskórek podczas zeszłozimowych przygód na oblodzonych kafelkach. I dobrze przypominam sobie niedawne spekulacje przy innym pogodowym ekstremum, kiedy to w lipcu zastanawialiśmu się, kiedy wreszcie będzie nieco chłodniej, czy może już w ten weekend, czy wreszcie kiedy? Więc też przemawiały do mnie przypuszczenia bohaterów, że od poniedziałku w Oslo temperatura ma wzrosnąć…

3. W ostatniej czytanej przeze mnie książce, Vor dem Frost, o zimie nic nie ma, ale nawiązuje do niej po pierwsze tytuł, po drugie przecież to wciąż Skandynawia, po trzecie, jak się tak zastanowić, to zawsze, kiedy nie ma jeszcze Frost, to jest vor dem Frost.   

4. I tym sposobem od kilku dni dumam nad zakupieniem Martensów. 

1. Jesień u nas w domu zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się sezon na śliwki. W tym roku już trzeci raz piekę śliwkowe ciasto z marcepanem Dorotus76 z bloga Moje wypieki. Tylko używam więcej śliwek, nie kładę ich, tylko stawiam na sztorc topiąc czubek w cieście, wtedy mieści się ich najwięcej i są apetycznie otoczone marcepanowym ciastem, ale pod nim nie toną. W ten sposób z połączenia śliwki i marcepana, czyli późnego lata i późnej zimy, powstaje idealny i przepyszny symbol jesieni.
Śliwkowe ciasto w piecu i nabiera rumieńców, a ja podczas mieszania jeszcze myślałam o Wybawicielu. I o wątku wojny bałkańskiej, uwiarygodniającym zabójcę, co do którego w poprzedniej notce zgłaszałam zastrzeżenia.  

2. Pisarzowi chyba zawsze trudno dostatecznie umotywować zabójcę. W tej historii szczególnie, nie wiem, jak inaczej udałoby się zrealizować wymyśloną – i to jak wymyśloną! – konstelację zdarzeń i zależności pomiędzy Jonem i Robertem – głównymi bohaterami. Jeśli chodziło o realizację pomysłu zlecenia zabójstwa – spoiler! – brata przez brata i zamknięcie kółka poprzez podszycie się jednego pod drugiego, to nie było innej możliwości, jak tylko, żeby zabójca był z zewnątrz. A skoro był z zewnątrz, to musiał być zabójcą na zlecenia. A skoro tak – to w jakiś sposób bohater musiał na niego trafić… Mógł to być jakiś "zwykły" zabójca na zlecenie, bezosobowy, albo robot łasy na pieniądze, albo członek organizacji terrorystycznej jak w Terroryści Sjöwall&Wahlöö, albo można było pokombinować ze skomplikowaną przeszłościa bohatera-zabójcy, gdzie ocena moralności jest niejednoznaczna, a w konsekwencji pokazać przez zestawienie: zło-dobro, zlecenie zabójstwa z niskich pobudek a zabjanie jako oczyszczenie z traumy. Ale autor wybrał rozwiązanie chyba najmniej skomplikowane w realizacji.

To właśnie w książkach Nesbø kocham, że jeśli chodzi o stronę wiarygodności psychologicznej bohaterów to – możliwe, że z niewiedzy i z wrodzonej naiwności – zazwyczaj nie mam do nich zastrzeżeń.


  • RSS