rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: książka dla dzieci/młodzieży

27. Anna Czerwińska-Rydel, Powiat szydlowiecki. Przewodnik dla dzieci, Powiat Szydłowiecki 2014, s. 55

28. Ferdinand von Schirach, Verbrechen, Piper 2015, wyd, 27, s. 206

29. Jean-Luc Bannalec, Bretonische Brandung, Kiepenheuer und Witsch 2013, wyd. 10, s. 352

30. Robert Galbraith, Career of Evil, sphere 2015, s. 490

 

Tempo pozostawia wiele do życzenia…

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

Tomasz Konatkowski, Przystanek śmierć, WAB Warszawa 2007, ok. 300 stron

Karina Obara, Gracze, WAB Warszawa 2010, s. 314

Thomas Kanger, Mężczyzna, który przychodził w niedzielę, przekł. Marta Rey-Redlińska, Wydawnictwo Czarne 2009, s. 352

Marcin Wroński, Kino Wenus, wyd. II, WAB 2011, s. 345

Ben Aaronovitch, Rivers of London, Orion Group, London 2011, s. 391

Spośród nich zdecydowanie najlepszy był „Mężczyzna, który przychodził w niedzielę”, gdzie bohaterką jest komisarz policji Elina Wiik, która musi rozwikłać zagadkę morderstwa sprzed dwudziestu pięciu lat. I to szybko, bo za niecały miesiąc ulegnie przedawnieniu. Zmaga się nie tylko z ludzką pamięcią czy też raczej niepamięcią, ale także z niechęcią we własnym miejscu pracy, układami, czasem… W książce prowadzony jest też równoległy wątek dwojga ludzi, którzy wyruszają w podróż w celu odkrycia zagadek przeszłości, a na koniec odnajdują coś więcej, niż tylko ich rozwiązanie, a te dwie równoległe opowieści na koniec łączą się w harmonijną całość. Ciekawa jest postać pani komisarz (czy też inspektor? nie pamiętam) – kobieta kompetentna, ale miejscami niepewna, wątpiąca, wściekła, głupio uparta, chyba z historią (która jednak nie została, o ile wiem, przełożona na polski), ale jej zły humor czy zwątpienie nie jest traktowane jako słabość i kobieca nieudolność, tylko jako coś ludzkiego, zwykły fakt, okoliczność postępowania. Wprawdzie, co pokazuje także przykład Cordelii Grey, postaci autorstwa PD James, można wykreować dobrą, myślącą postać kobiecą bez permanentnego jakby przepraszania za to że choć kobieta, to działa, myśli i udaje jej się coś zdziałać, ale to raczej rzadki wyjątek, niż  reguła. Przynajmniej poza literaturą skandynawską. Na rodzimym gruncie wystarczy przypomnieć główną bohaterkę Joanny Chmielewskiej, która choć fantastycznie dowcipna i inteligentna w towarzystwie mężczyzn była jednak głównie nieco trzpiotowatą kobietką rodem z Jamesów Bondów z lat 60. Ale to jest urok powieści Chmielewskiej, stanowiących jednocześnie świadectwo pewnej epoki. A siostry Mulgray na przykład wykreowały detektyw-kobietę, która chociaż jest niewiarygodnie pomysłowa i inteligentna też miejscami za główny sposób działań operacyjnych wybiera metodę na słodką idiotkę (o książkach tych krótko wspominałam tu: http://rosengarten.blog.pl/2011/08/01/49-farewell-my-lovely/).

 

Marcin Wroński – po lekturze jego drugiego kryminału plasuje się u mnie mocno na pozycji jednego z ulubionych polskich autorów powieści kryminalnych. Z humorem, inteligencją i wdziękiem, a także bez sentymentów i bez pietyzmu rozprawia się z lubelską międzywojenną sceną kryminalną. Także i tutaj świetnie wyszła postać głównego bohatera. Komisarz Zygmunt Maciejewski jest na służbowym zesłaniu, faktycznie zdegradowany, wciśnięty w przepisowy, niewygodny mundur, przechodzi coś w rodzaju depresji i życiowego rozmemłania. Ożywia go dopiero sprawa z trupem i podejrzeniem handlu kobietami. I dodatkowo świetny melanż wątków polsko-żydowskich – zdecydowanie Wroński to ostatnio jeden z moich ulubionych polskich pisarzy kryminalnych. Poprzednia książka, Morderstwo pod cenzurą, było równie świetne w podobnym klimacie. Teraz muszę jakoś upolować ostatnią jego książkę.

Aaronowitsch to zupełnie inne rejony, bo urban fantasy. Moje pierwsze i raczej ostatnie, chociaż książka dobra. Młody policjant zaangażowany w sprawę morderstwa okazuje się czarodziejem i staje się czeladnikiem u pewnego wyżej postawionego komisarza, również czarodzieja. Jak wspominałam, to moje pierwsze spotkanie z gatunkiem urban fantasy i nie mam porównania, ale na tyle, na ile umiem ocenić to pozycja jest na pewno interesująca, pełna humoru, z interesującą i miejscami barwną intrygą (Mother Thames jak orelańska Murzynka, mniodzio!). Ciekawe, że chyba nikt się nie zdecydować tłumaczyć na polski, nie ma jej nawet w zapowiedziach żadnych wydawnictw. Kolejne pozycje tego autora – opublikował w sumie 4 książki – podobno już nie są takie dobre, może to dlatego. Z drugiej strony w Niemczech wszystkie cztery stoją sobie prominentnie na wyeksponowanym miejscu, ale może niemiecki rynek pojemniejszy.

W sumie w 2013 roku przeczytałam zatem 36 książek.

Nie jestem pewna, czy wspomniałam o „Pismaku” Marka Harnego. Jeśli nie, to książek będzie 37. Pismak to kryminał z nietypowym, otwartym zakończeniem, który parę lat temu zgarnął Nagrodę Wielkiego Kalibru i bardzo zasłużenie. Dla mnie najciekawsza była akcja osadzona w Polsce w latach dziewięćdziesiątych – tytułowy bohater to dziennikarz, który wraca z emigracji we Francji, żeby wyjaśnić śmierć swojej dawnej koleżanki i kochanki. Aktorzy tego dramatu to albo byli ubecy, albo konfidenci, albo nowobogaccy albo posłowie czy byli dziennikarze i wydawcy, którzy w odpowiednim momencie zawarli strategiczny sojusz ze stosowną stroną siły politycznej i albo pod nową władzą zażywają sukcesów i bogactwa, albo wprost przeciwnie.

I jako że na Boże Narodzenie zostałam obdarowana w sumie 11 książkami, 4 kolejne podarowała/pożyczyła mi bawiąca w odwiedzinach koleżanka, dwie mam zaległe z poprzedniego roku, a chcę przeczytać też trzy leżące na kupce u M nie  - otwieram nową listę na 2014. Na której  na razie znajdują się  przeczytane w styczniu:

1.-7. J.K. Rowling, Harry Potter komplet,  tłumaczenie polskie, wyd. Media Rodzina

8. Henning Mankell, Powrót nauczyciela tańca, Warszawa, WAB 2013, str. 523.


  • RSS