rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: książki

24. Jared Diamond, Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw, wzd. 2, Warszawa Prószyński i Ska 2012, s. ok 400 – wciągająca, pouczająca, fantastyczna
25. Bozidar Jezernik, Kawa, Wydawnictwo Czarne 2011, s. 248 – pod pretekstem opowieści o kawie podróz po Bliskim Wschodzie i Bałkanach. Perełka, do tego pięknie wydana, z rycinami i świetną szatą graficzną
26. P.D. James, Z nienaturalnych przyczyn, Prószyński i Ska, Warszawa 1995 s. 254 – kryminał niezły, tłumaczenie raczej kiepskie

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

23. Agatha Christie, Mord im Pfarrhaus, Berlin und Weimar 1979, s. 197

22. Jürgen Thorwald, Stulecie chirurgów, Kraków 2010, s. 532 (Znak)

1. Na marginesie muszę zaznaczyć historyczną ciekawostkę, któą znalazłam w pierwszej z tych książek. Jest to wydanie na licencji dla byłego NRD. Wydawnictwo na ostatniej stronie umieściło zapowiedzi wydawnicze i reklamę np. takich pozycji, jak:

Sergej Antonow, "Der zerrisene Rubel" – Witali Pastuchow pełen entuzjazmu przeprowadza się na wieś. Jednak z powodu niezrozumienia metod wychowawczych jego wynalazki i pomysły nie zostają wykorzystane przez kolektyw."

Michail Kolesnikow, "Das Recht der Wahl" – W tej znanej i nagradzanej książce młody brygadier staje przed wyborem, czy pracować w słynnym instytucie badawczym w Moskwie, czy też jako sekretarz partii na dużej budowie elektrowni atomowej na dalekiej północy.

Przeczuwam bestsellery!

Wydawnictwo: Aufbau-Verlag Berlin und Weimar.

2. Znajduję się pod wielkim urokiem drugiej wymienionej książki i planuję ją koniecznie przeczytać jeszcze raz. Najpierw jednak drugą część (którą najpierw muszę kupić) oraz Stulecie detektywów.

Pierwszą książkę z puli tegorocznego postanowienia zaliczyłam. Jeszcze 23 do przeczytania. 

24. M. Majewski/P. Reszka, Daleko od Wawelu, Warszawa 2010, 256 s., ISBN 65030974.

 
Książka super! Pewnie każdy, kto na bieżąco się wsłuchiwał w odgłosy Pałacu Prezydenckiego, przynajmniej połowę anegdotek oraz zarysowany obraz osoby byłej głowy państwa doskonale zna. Ale ja nie znałam i dlatego chętnie przeczytałam, dosłownie dałam się wciągnąć lekturze – bo najpierw wcale nie chciałam książki czytać, tylko pobieżnie przejrzeć. Zajrzałam na początek, potem na środek, na koniec – potem wróciłam na środek i doczytałam już do końca, a potem to nie miałam już wyjścia i musiałam doczytać i początek. Naprawdę świetny styl. Trochę mnie irytowały wielokropki, zbyt często stawiane na końcu zdań w ramach suspensu. Oraz drobne błędy korektorskie. Co do meritum, to polemizować z tezami nie mam jak, bo prezydenta Kaczyńskiego ani zakulisowych wydarzeń nie znałam. Ale obraz ogólny odpowiada raczej mojej ocenie, egzemplifikuje sprzeczności, które bardziej wyczuwałam niż obserwowałam i również wiele tłumaczy, trochę cechami charakteru prezydenta, trochę jego "strasznym dworem". Ciekawe, czy się doczekamy rozwinięcia, życzyłabym sobie na przykład takiej książki o modelach organizacji biura, czy to sekretariatu szkoły, organu państwa, korporacji czy banku. Takiej książki, która mówi o żelaznych punktach i zasadach każdego biura i o elementach, których kształt zależy od funkcji spełnianej przez biuro. Ale to chyba nie to wydawnictwo.
A może i taka książka już jest?

Takie postanowienia są dla mnie strasznie stresujące. Ale w tym roku postanawiam zdecydowanie więcej czytać.

1. Czas: do końca 2011 r. (czyli 31.12.2011 o 23.59)

2. Co: czytanie książek

3. Jakich: różnych. Mają być zróżnicowane tematycznie – nie tylko kryminały, ale też publicystyka, historia, polityka, pamętniki, literartura piękna, literatura popularna. 

4. Ile: Rok ma 12 mcy, 2 książki na miesiąc dają 24 sztuki do przeczytania. Mało. Więc tak: plan minimum to 24 książki w ciągu tego roku, plan maksimum to 48. 

5. Sposób sprawdzenia: Wpisywanie na bloga odliczając w dół. Zaczynam od 24. Potem licznik zeruję i zaczynam z drugimi 24.


  • RSS