rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: kuchnia

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Śniło mi się dzisiaj, że z okazji zeszłorocznych obchodów dwudziestopięciolecia pierwszych wolnych wyborów w Polsce Kancelaria Prezydenta zorganizowała konkurs na drink o nazwie Gloria victis. Drink bardzo się przyjął i miał dobrą prasę jako niespiżowy przykład radosnej pamiątki ważnego wydarzenia, istotnego dla wszystkich obywateli. I umożliwiający jednocześnie gromadne obchodzenie kolejnych rocznic. A wszystko to okazało się dość ironiczne teraz, po roku, kiedy w powietrzy znów wisi strach przed Rosją i ekspansywnymi planami Putina.

A później przyśniła mi się Joanna Bator, która niespodziewanie okazała się moją sąsiadką z lewej strony w podróży jakimś metrem. Była bardzo miła i podpisała mi mój egzemplarz „Ciemno, prawie noc”, który jak się okazało właśnie miałam ze sobą i z zachwytem czytałam. Niestety, z tego wszystkiego tylko ten zachwyt książką jest prawdziwy…

Jakiś miesiąc temu napisałam minirecenzję The Silkworm autorstwa Roberta Galbraitha i wpis się skasował, a szkic nie zapisał. Naprawdę całkiem porządnie mnie to zdenerwowało, wpisu nie udało mi się odtworzyć, ale w międzyczasie trochę mi przeszło, ponadto trzeba spisać i pochować przeczytane książki.

Robert Galbraith, The Silkworm, sphere, London 2014, s. 455
Ursula K. Le Guin, Das Wunschtal (The Beginning Place), Wilhelm Heyne Verlag, München 2001, s. 206
Ursula K. Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu (A Wizard of Earthsea), przekł. Stanisław Barańczak (pierwsze pol. wydanie Wydawnictwo Literackie) w: Ziemiomorze, Proszyński i Sp. 2014, ebook
Ursula K. Le Guin, Grobowce Atuanu (The Tombs of Atuan), przekł. Piotr Cholewa (pierwsze pol. wydaniePhantom Press International) w: Ziemiomorze, Proszyński i Sp. 2014, ebook
Alan Bennett, Handauflegen, Wagenbach Berlin 2010, s. 91
Seppa Jokinen, Gefallene Engel, ars vivendi, Caldozburg 2014, s. 398
Joanna Bator, Piaskowa Gora, W.A.B., s. ok. 500

Georg Weidinger, Die Heilung der Mitte, Ennsthaler 2014, S. 432
Li Wu, TCM für jeden Tag, Mankau 2014, s. 180
Cornelia Böttcher, TCM für Einsteiger, BLV 2013, s. 112
Angela Drees, Typgerecht zum Wunschgewicht mit den fünf Elementen, TRIAS 2013, s. 144

1. Panama Geisha to odmiana kawy, która po stosownej obróbce smakuje lekko brzoskwinią, bergamotką i jaśminem. Najlepsza – przyrządzana z dripa, bo wtedy dzięki niezbyt gorącej wodzie i wolnym parzeniu  te cytrusowe nuty są najlepiej wyczuwalne. Naprawdę! Oryginalnie pochodzi z Etiopii, jednak jakimś dziwnym sposobem kilka krzaczków zawędrowało aż do Panamy i zostało odkryte na jednej z hacjend w 2004 r. Od tego czasu kawa ta zdobyła pierwsze miejsce w czternastu międzynarodowych konkursach produnktów. Na aukcji jest dostępna raz w roku. Jest pyszna, w Berlinie dostępna w kawiarni Stodoła, o tu. Ciekawostka: w berlińskim wszechobecnym zalewie bio-matek z dziećmi i w sposób dorozumiany masowo dzieciofriendly miejsc, The Barn deklaruje już na wstępie, że to jest miejsce relaksu przede wszystkim dla dorosłych, którzy chcą się oddać delektowaniu różnymi odmianami pysznej kawy. Dlatego rodzice, którzy mają zamiar przyjść z dziećmi powinni mieć to na uwadze i w spósób szczególny uważać na zachowanie swoich dzieci. A także nie puszczać dzieci luzem, ale zawsze trzymać je za rękę. To się okazuje bardzo zrozumiałe, kiedy się znajdzie w środku, zamiast stolików ustawione są stołeczki, siedzi się również na stołkach – całość sprawia wrażenie mocno chybotliwej i w tajfunie energii dziecięcej raczej jej nie wróżę wielkiej żywotności. Ponadto przy wejściu stoi słupek informujący, że prosimy wchodzić bez wózków. Specjalne reguły obowiązują jednak nie tylko rodziców, wszechobecne są też znaczki „No laptops” (obsługa jest raczej angielsko-, niż niemieckojęzyczna). Fokus jest zdecydowanie na kawę.

2. Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi, że Niemcy to kraj stojący informacją, bo i ludzie bardzo się interesują różnymi dziwnymi rzeczami. Biorą je na poważnie i nie żałują pieniędzy, czy to publicznych czy prywatnych, na jej zdobycie. Każda większa gazeta wysyła swoich korespondentów na wschodnie i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jak jest z mid-westem. W Polsce zazwyczaj korespondent jest jeden i chyba tylko telewizję publiczną stać na to, żeby go do Stanów wysłać. Mój M pyta mnie ostatnio: „Czytałaś coś w polskiej prasie o światowym turnieju szachowym?” Oczywiście nie czytałam. Natomiast Die Zeit wysłała do Indii, gdzie ten turniej się odbywa, specjalnego korespondenta-sprawozdawcę… Ech. Chciałabym, żeby tak i u nas można było tworzyć więcej oryginalnych i dobrych tekstów w publicystyce, w końcu Polska reportażem stoi. Tylko jakoś nie w masowych serwisach publicznych, w których pojawiają się artykuły tłumaczone z różnych skutkiem z zagranicznych portali…

3. Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 434 – dopisuję do listy lektur. Doskonałych, zostających w głowie i w duszy książek. Spośród tego rodzaju książek ostatnio czytałam „Korekty” Franzena. Oczywiście po Munro sięgnęłam, bo nie czytałam do tej pory żadnej jej książki, a po pierwsze Nobel, po drugie była mi już polecana przed dwie różne osoby, na których guście polegam. Nie wiem, czy do tej akurat książki wrócę, ale do Munro – z całą pewnośćią.

1. Środek mroźnego stycznia, a ja sobie wcinam coś najpyszniejszego i letniego na świecie: pomidorki koktajlowe, szczypiorek (koniecznie taki, co to ogonki ma białe, zalatując cebulką), porządnie polane sosem vinaigrette (w słoiczku mocno wstrząsnąć, aż się zbulwersują i połączą w aksamitny balsam: kilka obfitych łyżek oliwy z oliwek, octu ciemnego balsamico, łyżeczka musztardy). Do tego jakieś ulubione pieczywo z lekko solonym masłem. Jej, jakie to jest pyszne! Choć nie przepadamy za sobą, cebula i ja, to przecież jest to zaiste pyszne.

2. Tak sobie pogryzając moją sałatkę szczypiorczaną uświadomiłam sobie, że w różnych amerykańskich fanfikach czytanych na przestrzeni ostatnich paru miesięcy również często występuje kategoria świeżości. Przy czym chodzi tu o świeżość i atrakcyjność fizyczną bohaterów. Siłę zielonego szczypioreczku w przedstawieniu tego świata pbrazuje kolor śnieżnobiały. Jeśli dziewczyna chce być atrakcyjna zakłada np. białe obcisłe spodnie lub białą spódniczkę i do tego turkusową bluzeczkę w intensywnym, świeżym kolorze. Chłopak wybrałby np. dżinsy i biały swetr, noszony wprost na gołe ciało. Ach, jaki obraz zdrowia i świeżości. Aż chrupie (w czaszce i trochę w zębach)!

3. Przeczytane książeczki numer jeden i dwa. Jane Austen, Duma i uprzedzenie, tłumaczenie Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Josephine Tey, Tam gdzie piaski śpiewają, Iskry, Warszawa 1977, s. 233.

Co do pierwszej, to co tu dużo mówić. Wspaniała jest i tyle. Nurtuje mnie wszakże jedna rzecz: czy Elisabeth zakochała się w Darcym z wdzięczności? Bo o tym, nawet bardzo dosłownie, jest mowa w książce… Czy też było np. tak: przekonuje się, że Darcy naprawdę ją kocha, czuje m. in. wdzięczność, która jako pozytywne uczucie nastawia ją trochę bardziej pozytywnie do jego osoby, a tym samym toruje drogę dalszym pozytywnym uczuciom. W końcu nic złego nie ma w tym, jeżeli panna między innymi podziwia swojego kawalera i nie czyni jej uczucia od razu jakimś brudnym i nieuczciwym, o ile nie jedynie na tym opiera się związek.

Co do drugiej, rzecz jest również w pewnym sensie klasykiem. The Singing Sands jest oczywiście kryminałem i została napisana w 1952 r. Autorka jest Szkotką i temat odrębności narodowej i kulturowej Szkotów przewija się w książce, ale jest potraktowany z dystansem i lekką ironią.

„- To bagatelizowanie faktu nagłej śmierci jest typowe dla szkockiej mentalności. Oni zawsze są okropnie dumni ze swoich skromnych dochodzeń. Wydaje mi się, że Szkocja musi być idealnycm miejscem do popełnienia morderstwa. Jeśli będę kiedyś miał takie zamiary, to zwabię moje ofiary na północ.”

„Londyn był mglistoszary z akcentami czerwieni i Grant patrzył na niego z miłością. (…) Połączenie gracji i siły, godności i dobroci pod pozorną obejętnością. Popatrzył na czerwone autobusy, które czyniły szary dzień piękniejszym, i pobłogosławił je. Jakże były wspaniałe. W Szkocji autobusy pomalowane były na najżałośniejszy z wszystkich kolorów: niebieski. Kolor tak smętny, że jest prawie synonimem depresji.”

„Siedzieliśmy razem w wiosennym słońcu, syci i zadowoleni. (…) Cullen zaś usiadł na skale i spoglądał w dół rzeki, w stronę zielonej, zamieszkałej doliny, gdzie kończyły się wrzosowiska, a zaczynały pola.
- Jaki to przyjemny kraj – powiedział. – Podoba mi się. Jeżeli kiedykolwiek zdecydujecie się walczyć o wyzwolenie, to weźcie mnie pod uwagę.
- O wyzwolenie? – powiedziała Zoe, otwierając szeroko oczy. – Wyzwolenie od kogo czy od czego?
- Od Anglii oczywiście.
Zoe miała bezradną minę, lecz Grant zaczął się śmiać.
- Pewnie miał okazję rozmawiać z małym czarnym człowiekiem w szkockim kilcie.
- Owszem, byl w kilcie, ale to nie był kolorowy – odrzekł Cullen.
- Nie, miałem na myśli: czarnowłosy. Pan rozmawiał z Archie Brownem.
- Kto to jest Archie Brown?
- To samozwańczy zbawiciel Celtów i nasz przyszły Monarcha, Komisarz, Prezydent czy kim tam będzie, gdy Szkocja wyzwoli się spod morderczego jarzma angielskiej niewoli.
- Ach, tak. To ten – powiedziała Zoe łągodnie, identyfikując w myślach Archiego. – Chyba jest trochę stuknięty, prawda? Czy on tu gdzieś mieszka?
(…)
- Otóż właśnie! – Cullen uśmiechnął się, nieco zbity z tropu. – Zastanawiałem się, czy on trochę nei przesadza. Znałem paru Szkotów i nie wydaje mi się, żeby mogli znosić traktowanie opisywane przez pana Browna. Pan wybaczy, panie Grant, moim zdaniem oni zawsze wyglądali na takich, którzy potrafią wygrać dla siebie to, co najlepsze.
- Czy słyszałaś kiedy lepszą definicję Unii? – zwrócił się Grant do Zoe.
- Nigdy nic nie wiedziałam o Unii – powiedziała Zoe bez skrępowania – poza tym, zę zawarto ją w 1707 roku.
- Była wtedy bitwa? – zapytał Cullen.
- Nie – powiedział Grant. – Szkocja z wdzęcznością przystąpiła do Unii z Anglią i przypadły jej w udziale wszystkie stąd płynące korzyści. Kolonie, Szekspir, mydło, wypłacalność i tak dalej.
- Mam nadzieję, że on nie jeździ z odczytami po Stanach – powiedziała Zoe sennie. (…) – Oni mają przedziwne poglądy. Gdy byliśmy tam z Dawidem (…) ciągle nas pytano, dlaczego nie przestaliśmy pobierać podatków od Kanady. Kiedy powiedzielismy, ze nigdy nie pobieraliśmy podatków od Kanady, patrzyli na nas tak, jakbyśmy kłamali. I to głupio kłamali.”

Jest też kilka fragmentów na temat kiltów i kolorów klanów. Jako kryminał książka również wciągająca, choć mocno staroświecka, ale głównie urocza ze względu na te szkockie klimaty.

4. L.M. Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda, Kraków 2011, Wydawnictwo Literackie, s. ok. 580

Rozkosz! Nostalgiczna lektura i prawdziwie rozbrajająca. Chyba dwadzieścia lat minęło, od kiedy przeczytałam pierwszą Anię. Wtedy sądziłam, że za dwadzieścia lat będę stara, trochę zgorzkniała z tego powodu i będę odliczać dni do końca… I że będę smutna i bardzo świadoma upływającego czasu, że będę kurczowo trzymać się wspomnień, nastrojów i wydarzeń z przeszłości, żeby nie pozwolić temu mijającemu czasowi zabrać wszystkiego i zatrzeć. Pamiętam, że wtedy czasem z paniką patrzyłam na zegarek i zupełnie nie mogłam pogodzić się z tym, że czas tak pędzi. A Ania ten strach i niezgodę na przemijanie oczywiście tylko podsycała, bo widać było wyraźnie, że sielski czas końcówki XIX wieku minął był i nawet śladu nie pozostawił. Więc szukałam takich kosmicznych natrojów jakie towarzyszyły Ani rozkoszującej się otaczającą ją przyrodą i nawet je odnajdywałam, i już wówczas szukałam jak Ania struktury w otoczeniu, która dawała oparcie, trochę bezpieczeństwa i jaką taką pewność mimo bezsilności wobec przemijania i nieustannych zmian, jakie niósł i niesie upływ czasu. I dzięki Ani z Wyspu Księcia Edwarda można wrócić do tych nastrojów, sama ta książka jest więc strukturą i oparciem. Cudowne uczucie.

I chyba czas zacząć wprost mówić o stosowanym przez LMM, a w rodzimej literaturze przez Musierowicz środku budującym atmosferę i obrazujacym stosunki między bohaterami. Czyli o kuchni, jedzeniu, posiłkach, w ogóle o funkcji, jaką w jej powieściach pełni pożywienie. Gdyż umiejętność gotowania/cenienia dobrego jedzenia ostatecznie świadczy o człowieku – żadna z bohaterek LMM nie jest tej umiejętności pozbawiona. O Ani mówi się, że oczywiście, że potrafi zrobić porządną herbatę – w końcu jest wychowanką Maryli. Jest to więc również dobre świadectwo o Maryli. Kiedy w książce „Historynka” (strasznie brzmi to przezwisko-tytuł po polsku, trochę za bardzo kojarzy mi się z histeryczką i hostoryczką, niestety…) dzieci zaskoczone są wizytą szacownej ciotki, gdy akurat nie ma w domu dorosłych, Felicja ratuje honor rodu, rach-ciach przygotowując pyszne ciasto. Choć nie jest lubiana przez inne dzieci jako osoba bez polotu, stara-maleńka o wyobraźni nie sięgającej poza kurnik i ilość znoszonych dziennie w gospodarstwie jajek, tego dnia jest bohaterką i znalezienie się w sytuacji przechyla szalę sympatii na jej korzyść pokazując poprzez właściwy stosunek do gospodarstwa domowego, że jest to w gruncie rzeczy porządna osoba. Kiedy Pat ze Srebrnego Gaju jest smutna Judysia oferuje jej ciasteczka na pociechę. Które wprawdzie nie uleczą złamanego serca, ale i tak zjedzone są w mig – były dokładnie tym, czego bohaterka w danym momencie potrzebuje. Sytuacje związane z jedzeniem wprowadzają więc też humor, przeciwstawiając sprawy przyziemne sprawom wzniosłym.

Tu nie zgadzam się z autorem posłowia do książki, który stwierdza, że LMM w swej twórczości pokazuje wielką walkę postawy romantycznej i praktycznej, że nie może zdecydować, która jest właściwa. Oczywiście, że potrafi – pokazuje właśnie, że dla osiągnięcia harmonii potrzebne jest jedno i drugie. Postawie romantycznej zawsze towarzyszy praktyczność. Niektóre bohaterki są bardziej, niektóre mniej uduchowione, ale każda przykłada wagę do cnót: pracy, czystości, gospodarności. 

Sama książka jest bardzo nierówna. Są opowiadania powtarzające dawne wątki i tematy, niezbyt udane i mało oryginalne. Stanowią wersję wciąż tej samej opowieści, tylko bohaterowie inaczej się nazywają. Ale są też opowiadania poruszające może nie tyle zupełnie nowe obszary tematyczne, ale w nowy sposób – np. przemoc, nienawiść, nieudane małżeństwo. Niezbyt się zgadzam z opinią, że to jest nowość w powieściach Montgomery, że nowa jakość, że nowe wątki nt. rodziny Blythe’ów. A gdzie tam nowe! Czego brakowało wówczas i brakuje dalej, to np. brak tematu emigrantów (choć jest temat Francuzów pomagających na farmach, chyba w Emilce, ale już np. zupełnie brak kolorowych i innowierców-tubylców – bo temat misji jest obecny), sądów, policji, biedy i nieszczęścia w wersji nieokrojonej, bardziej dla dorosłych. W Ani z Wyspy… jednak rzeczywiście wiele tematów jest po raz pierwszy nazwanych wprost: przemoc wobec kobiet (choć wspomniana też w przypadku Ewy Owen), niewykryte zabójstwo, seks (są nawiązania w Błękitnym Zamku, ale wprost mowa o tym w najciemniejszym z opowiadać nowej książki – o śmierci ciotki Annie). W komentarzach nt książki mowa też o odbrązowieniu Blythe’ów, ale mówiąć szczerze ja tej tendencji tam nie widzę. Widzę natomiast bardzo wiele poezji, zarówno autorstwa Ani jak i Waltera. Jest więc obraz rodziny radzącej sobie ze stratą.

1. Tytuł notki to także tytuł powieści milicyjnej Jerzego Edigeya, a 21 to i numer notki, i kolejny numer w odliczaniu przeczytanych książek. Taka podwójna podwójność, a co!

21. Jerzy Edigey, Elżbieta odchodzi, wyd. 2, Katowice 1973, s. 257

Mój M. twierdzi, że nie mogę sobie wpisać tej książki do realizacji postanowienia, bo za szybko ją przeczytałam i – helooł – jest mała formatowo, krótka i mało ambitna. No, jest krótka. Ale w postanowieniu nie napisałam przecież, że książki mają mieć jakąś określoną długość :).
Książka na pewno dostarcza bogatego materiału do rozważań na marginesie.

2. Po pierwsze: ma rewelacyjny tytuł!
Po drugie, taki dialog, jak ponieżej, raczej nie mógłby mieć dzisiaj miejsca: 

"- Panna Kaczmarek – ciągnął dalej Pałkowski – urodzona w Grudziądzu. Nazwisko bardzo popularne na Pomorzu. W samym Grudziądzu jest na pewno parę setek Kaczmarków. Tak jak Tomaszewskich w Płocku, Dobrzyńskich w Dobrzyniu i Łapińskich w Łapach. 
- A Dmowskich w Siedlcach – wtrącił pułkownik.
- Właśnie. Wszystko szlachta zaściankowa. (…)"

Taka wiedza w toku rozmowy prowadzonej przez dwóch milicjantów w ramach postępowania, po prostu jako wiedza powszechna?! Imponujące. Myślę, że dziś takie kojarzenie nazwisk z miejscowościami i rodami nie jest powszechna, większa jest też mobilność, rody dawniej skupione rozproszyły się jeszcze bardziej. I świadomość z jakiego rodu się pochodzi również jest dziś mniejsza. Oczywiście, miał ją jednak autor – jak podaje Wikipedia pochodzący ze szlacheckiej rodziny tatarksiej (http://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Edigey).

A dane dziś, czyli niemal 40 lat po napisaniu książki, też już się nie zgadzają – jedynie Łapińskich, prócz Warszawy, nadal najwięcej jest w okolicach Łap, o czym przekonać się można na www.moikrewni.pl/mapy.

Tytułowa Elżbieta okazuje się szpiegiem obcego wywiadu, a jej zadaniem jest wykradnięcie informacji o budowie pewnej maszyny od inżyniera, którego dla lepszego dostępu do informacji poślubia. Poniżej fragment rozmowy dwóch milicjantów:

"- (…) Chyba, że ich coś spłoszyło i muszą się likwidować równie szybko, jak to zrobiła rzekoma pani Wojciechowska. 
- No, nie rzekoma. Wzięli ślub.
- Tak, ale zachodzi tu klasyczny "error in persona", omyłka co do osoby. W każdym ustawodawstwie taki związek podlega unieważnieniu. (…)"

Jerzy Edigey, którego prawdziwe nazwisko to Korycki, był adwokatem i był członkiem ORA w Warszawie. A więc o zawiłościach strony prawnej przy zawarciu małżeństwa pod fałszywą tożsamością był świetnie poinformowany. Zarazem odbija się w tym dialogu pewnien fragment historii prawa – dzisiaj już w Kodeksie rodzinnym i opiekuńczym istnieje wprowadzona nowelizacją z 1998 r. regulacja (art. 15-1), która mówi o skutkach prawnych oddania oświadczenia woli o wejściu w związek małżeński obarczonych wadą – można się od nich uchylić w określonym terminie. Jednak dziś skutek unieważnienia następuje dopiero po wystąpieniu z odpowiednim powództwem. KRO pochodzi z 1964 r., ale artykuł ten – jak wskazuje numeracja – został dodany później.

Sprawa jest natomiast niezbyt jasno ujęta w powieści, której akcja toczy się jeszcze w stanie prawnym sprzed nowelizacji. Autor pisze, że "związek podlega unieważniu", czyli prawdopodobnie pod koniec lat 60. trzeba wystąpić z odpowiednim powództwem, aby tak się stało. Tymczasem jeden z milicjantów mówi o "rzekomej pani Wojciechowskiej". To jest uproszczenie, gdyż dopóki wyrok w sprawie nie zapadł, to pani Wojciechowska jest panią Wojciechowską. Zresztą, o przedwczesności takiego określenia można się przekonać doczytując powieść do końca.

Kolejna ciekawostka jest natury kulinarnej. Otóż aby uzyskać cenne informacje od świadka, pewnej kobiety, oficer milicji postanowił zabrać ją na lody do cukierni Hotelu Europejskiego. Hotel chyba już nie działa, ale może cukiernia?… Bo wybrany przez panią deser brzmi wspaniale.

" (…) Dziewczyna wolała lody. Major zrujnował się nawet na melbę. Gdy kelnerka przyniosła dla panny Anny wyszukaną piramidę z kunsztownie tkwiącym w jej szczycie jakimś przedziwnym obwarzankiem, a przed oficerem postawiła filiżankę czarnej kawy, ten zaczął (…)."

No właśnie, melba! Nie wiedziałam, że uchodziła wówczas za tak wyszukany i ekskluzywny deser. Tu przepis wraz z krótką historią: http://ugotuj.to/przepisy_kulinarne/1,87978,7650364,Lodowa_Melba.html

A tak wygląda: 

Melba

Źródło: http://ugotuj.to/przepisy_kulinarne/1,87978,7650364,Lodowa_Melba.html

W powieści pojawia się też sprawa wyrabiania dowodów osobistych. Dokładny cytat niestety zgubiłam. Ale wynikało z niego, że aby wyrobić sobie w tych czasach dowód osobisty trzeba było oddać do karty swoje odciski palców! Poza tym istniał obowiązek meldunkowy, a żeby go uzyskać w Warszawie trzeba się o to było dłuuuugo starać… Czyli w pewnym sensie istniały wówczas biometryczne dowody osobiste…

Dziś popełnię notkę za notką. Ale i okazja po temu znakomita: otóż przepisem karpiowym podzielił się ze mną tygodni już temu kilka Benakiba. Ponieważ komentarz dopiero odkryłam to nie zdążyłam skorzystać z przepisu – zachomikuję, że tak pozostanę przy zwierzęcych odniesieniach, na następny rok. Przyznam jednak, że nie jestem przekonana do udziału rodzynek w potrawie. Być może muszę dać się mocniej przekonać, lub poćwiczyć tę kompozycję w jakimś daniu na rozbieg. Nie odrzucam co do zasady połączenia smaku słodkiego z mięsnym. Np. polędwiczki wieprzowe ze śliwkami zjem, ale nie wprawiają mnie w zachwyt. Ananasa w sosie słodko-kwaśnym kocham, pizze hawajską toleruję. Traktuję rybę z akcentem słodkim jako wyzwanie :).

Mimo nieskorzystania z tego przepisu Benakiby miałam szczęście i jadłam w tym roku pysznego wigilijnego karpia. Zwykły był, smażony, ale wyjątkowo smaczny. Autorką była moja teściowa i otóż okazuje się, że tajemnicą przygotowania smacznego karpiowego mięsa jest wcześniejsze wymoczenie go w mleku! Ryba traci wówczas mulisty smak, jest delikatna i pyszna.   

 
1. Na wszystkich blogach, które mam w zakładkach i śledzę z różną intensywnością, pojawił się ostatnimi czasy tematyczny wpis poświęcony zimie. Głównie panuje refleksja nad śniegiem, po cichu zakrywającym cały świat, są impresje fotograficzne, jest zatrzymanie się w tym ciągłym biegu i zaduma, jak ten śnieg sobie obojętnie i zarazem pięknie pada, zupełnie nie zwracając uwagi na różne ludzkie przypadłości. Które były, są i będą. Mnie zima interesowała parę miesięcy temu, kiedy rozmyślałam nad kupnem Martensów, które nosi także Harry Hole. Nie wzrusza mnie za bardzo cicho padający śnieg ani bożonarodzeniowa atmosfera, raczej by mnie ten okołoświąteczny kicz złościł, ale na szczęście prezenty mam od dobrych kilku tygodni, więc nie muszę z żadnym kiczem wchodzić w kontakt.

Ale o jednej scence zimowej zaobserwowanej przez znajomą znajomego muszę opowiedzieć. Berlin. Spacer po parku, przykrytym wspomnianą wyżej piękną, grubą warstwą śniegu świeżo opadłego nocą. Ojciec pochyla się nad może trzyletnim synkiem i wkurzony mówi:
- Son! What did I tell you before??? Remember, do never! ever!!! eat! yellow snow!!!

2. Zima powoduje poza tym, że scenarzyści jadą na długie wakacje, podejrzewam, że na narty. Możliwe, że z wyjątkiem scenarzystów z Hollywood, który jadą surfować. Intensywność pojawiania się kolejnych odcinków seriali maleje począwszy od obowiązkowej przerwy w Thanks Giving, a oprócz tego pogarsza się ich jakość. Ostatnio oglądałam z M. trzy tragiczne odcinki pod rząd: Mentalist – seria 2, gdzie porywają Patricka, Private Practice – tu chyba urlop zimowy wzięli wszyscy scenarzyści, a aktorzy za to, że ich nie zabrano grają fatalnie z zemsty, i najgorszy z najgorszych – ostatni, czyli 9 odcinek 11 serii CSI LV. Na plus temu odcinkowi poczytuję jedynie, że nie wystąpił w nim Lawrence Fishburn – może ktoś się wreszcie zorientował, że jest drewnianą i beznadziejną postacią? Gdzie jest Gil Grissom???! 

3. Nastał czas używania słowa "pyszny" w następujących konstelacjach: wigilia u nas będzie jak zwykle składkowa, moja siostra przygotuje pyszną sałatkę, mama zrobi pyszny barszczyk z uszkami i pyszne pierogi, ciocia zrobi pyszne ryby, a kuzynka wprost przepyszny kompocik z suszonych moreli i śliwek. Hm. Większość z tych potraw rzeczywiście da się zjeść, chociaż od samych deklaracji, że są przepyszne, wcale się takie nie stają. A ilość nie idzie w jakość. Co więcej, stosunkowo rzadko trafia się jakieś mistrzowskie wykonanie. Do permanentnych grzechów należą: wodnisty, słodkawy w smaku barszcz, wykańczany suszonym grzybkiem – który do tej słodkawej nuty pasuje jak pięść do oka; smażone płaty taniego morszczuka z Biedronki z wilgotną panierką (jeśli te ryby się smaży na raz i potem odkłada, to panierka zawsze zwilgotnieje i częściowo odpadnie); w wersji super nieoptymistycznej stanowią one dopiero wstęp do głównego dania, jakim jest ryba po grecku. Jak żyję, nie jadłam smacznej ryby po grecku, z drugiej strony połączenie ryby z marchewką z definicji mnie odrzuca; pierogi z ciastem twardym i gliniastym w proporcji: głównie ciasto, bardzo mało farszu; sałatki a to cioci Frani, a to cioci Heli, a wszystkie z tych samych składników. Czyli jarzynowa polska albo… W zasadzie to tyle, jest tylko jarzynowa polska.

Mistrzostwa świata zdarzają się głównie jeśli chodzi o dania mięsne. Pieczenie soczyste, sosy pieczeniowe, aromatyczne, esencjonalne. Niektóre sałatki śledziowe – tu wiele zależy od śledzia. Jadłam też mistrzowskie pierogi – nikt takich nie robi, jak moja teściowa (za wyjątkiem ruskich,w tych specjalizuje się babcia).

Dziwi mnie, że co do ryb nie ma w narodzie podobnej umiejętności, jak przy mięsach. W końcu już lat temu sporo jesteśmy krajem z dostępem do morza i tradycją poszczenia w piątki. A w Wigilę jest albo błotnisty w smaku karp w galarecie (rzadko jem, nie cierpię ości), albo filet z morszczuka smażony, śledzie – rolmops lub sałatka. Mało…

4. Żeby zakończyć tradycyjnie i trendy, musiałabym napisać: a śnieg sobie pada i pada. Ale mi nijak to zakończenie nie pasuje do notki…

1. Jesień u nas w domu zaczyna się wtedy, kiedy zaczyna się sezon na śliwki. W tym roku już trzeci raz piekę śliwkowe ciasto z marcepanem Dorotus76 z bloga Moje wypieki. Tylko używam więcej śliwek, nie kładę ich, tylko stawiam na sztorc topiąc czubek w cieście, wtedy mieści się ich najwięcej i są apetycznie otoczone marcepanowym ciastem, ale pod nim nie toną. W ten sposób z połączenia śliwki i marcepana, czyli późnego lata i późnej zimy, powstaje idealny i przepyszny symbol jesieni.
Śliwkowe ciasto w piecu i nabiera rumieńców, a ja podczas mieszania jeszcze myślałam o Wybawicielu. I o wątku wojny bałkańskiej, uwiarygodniającym zabójcę, co do którego w poprzedniej notce zgłaszałam zastrzeżenia.  

2. Pisarzowi chyba zawsze trudno dostatecznie umotywować zabójcę. W tej historii szczególnie, nie wiem, jak inaczej udałoby się zrealizować wymyśloną – i to jak wymyśloną! – konstelację zdarzeń i zależności pomiędzy Jonem i Robertem – głównymi bohaterami. Jeśli chodziło o realizację pomysłu zlecenia zabójstwa – spoiler! – brata przez brata i zamknięcie kółka poprzez podszycie się jednego pod drugiego, to nie było innej możliwości, jak tylko, żeby zabójca był z zewnątrz. A skoro był z zewnątrz, to musiał być zabójcą na zlecenia. A skoro tak – to w jakiś sposób bohater musiał na niego trafić… Mógł to być jakiś "zwykły" zabójca na zlecenie, bezosobowy, albo robot łasy na pieniądze, albo członek organizacji terrorystycznej jak w Terroryści Sjöwall&Wahlöö, albo można było pokombinować ze skomplikowaną przeszłościa bohatera-zabójcy, gdzie ocena moralności jest niejednoznaczna, a w konsekwencji pokazać przez zestawienie: zło-dobro, zlecenie zabójstwa z niskich pobudek a zabjanie jako oczyszczenie z traumy. Ale autor wybrał rozwiązanie chyba najmniej skomplikowane w realizacji.

To właśnie w książkach Nesbø kocham, że jeśli chodzi o stronę wiarygodności psychologicznej bohaterów to – możliwe, że z niewiedzy i z wrodzonej naiwności – zazwyczaj nie mam do nich zastrzeżeń.


  • RSS