rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: mężczyzna

Georgy Spiro, Mesjasze, WAB 2009, s. 800
Kazuo Ishiguro, Kiedy byliśmy sierotami, s. 350

Tak zupełnie przypadkiem wypadło, że obie te lektury traktują o różnych biegunach szaleństwa. Mesjasze to opowieść o polskiej emigracji po upadku powstania listopadowego, w której centrum wpada po pewnym czasie Mesjasz z Litwy i w ten krąg facetów na przeczekaniu, popychających godziny i toczących jałowe dyskusje i spory wynikające głównie z naturalnej dynamiki grupy i ograniczonej liczby możliwości niż z umiłowania nauki, politycznych ambicji czy realnych możliwości działania wprowadza SENS. Z aparycji, jak wynika z przekazów, raczej niepozorny, głowa niezbyt tęga, a jednak omamił ich wszystkich, oczarował i porwał rojeniami o swojej i ich wielkiej roli. Jak? Na pewno charyzmą. I tradycyjnymi mechamizmowi hierarchii, wygrywania jednych przeciw drugim, które Spiro rekonstruuje z jakiegoś pewnie miliona notatek i listów. Może Towiański swoich emigrantów nie zbawił, a na pewno ma na sumieniu zmarnowanie talentów Mickiewicza i Goszczyńskiego, ale na nudę i poczucie emigracyjnego bezsensu pomógł na pewno, wypełniając dni takimi zajęciami, jak spotkania, medytacje i rozmowy na zadane tematy, rywalizacje… Kogo konkretnie Towiański porwał, kto co w jego Kole Sprawy Bożej robił i jak jego życiorys na tle epoki wygląda – swobodnie, z dystansem, z ironią, z sympatią opisuje Spiro. Kwerenda do tej książki jest imponująca, ale i rozmach autor wziął niemały – bo w tle i dziewiętnastowieczna historia żydów w Niemczech, Jerozolimie, sefardyjczycy, aszkenazyjczycy, purycowie, chasydzi, i Irlandczycy równie zaczadzeni swoją wyjątkowością, co Polacy, i Wiosna Ludów, i papiestwo. W warstwie faktograficznej to jest tak, jakby ktoś w jednej książce zawarł ich z pięć. A i tak miejscami temat wydaje się jakby niedociągnięty do końca… Autor pisze we wstępie, że książkę tę pisał dwa razy, bo pod koniec pierwszej redakcji dotarł do źródeł, któe w pełni uwzględnił dopiero przy drugim pisaniu. Może przyjdzie kolejna redakcja, będzie więcej o Irlandczykach i wojnie z Osmanami… I może to jest uniwersalna recepta na tworzenie dobrych książek, każdą napisać przynajmniej dwa razy?

Szaleństwo w książce Ishiguro zamyka się w głowie pojedynczych osób – Christophera, Sary, Jennifer, tytułowych sierot, które muszą się skonfrontować z traumami definiującymi ich życie, polegającymi na utracie rodziców i wynikającej z niej samotności. To wymaga zdjęcia różnych masek, zrzucenia pancerza przybranych ról i póz. Głównym bohaterem jest Christopher Banks i to tropami jego poszukiwań podąża czytelnik. Narracja jest pierwszoosobowa, powolność akcji i perspektywa kojarzą mi się bardzo z Doylem i w ogóle z dziewiętnastowieczną prozą. Zasadnicza akcja powieści kończy się kilka lat przed wybuchem drugiej wojny, a wątkowi osobistych poszukiwań Christophera towarzyszy jego na poły bajkowe, oniryczne, nieuchwytne przkonanie, że powodzenie tych działań jest w stanie zapobiec czającej się już katastrofie, wybuchowi niewyobrażalnego zła. Nie ma happy endu, ale w końcu zagadka zostaje rozwiązana. Wszystkie puzzle trafiają na swoje miejsce i taki układ ma swój sens, bohaterowie zaś wydają się umieć z tym żyć.

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Dostałam na urodziny książkę „Das Dorf in deinem Kopf” Michaela Stöhrenbergera (Gollenstein 2013, s. 392). Przeczytałam i nie wiem sama, co o niej myśleć, jednocześnie denerwuje i podoba mi się. Generalnie zbudowana jest z naprzemiennie występujących reportaży autora, napisanych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych głównie w różnych wioskach świata i listów do jego dzieci napisanych współcześnie, w których zadaje im różne pytania i przedstawia swoje przemyślenia na różne tematy, głównie wokół cytowanych reportaży i koncentrujących się wokół tego, jak zachować i pielęgnować przejrzystość i siłę wzajemnych międzyludzkich kontaktów, które mają dla niego szczególne znaczenie.

Denerwuje mnie:
- że w gruncie rzeczy to po prostu ładnie opakowany pomysł na ponowne wykorzystanie i sprzedanie dawniej opublikowanych reportaży. Z drugiej strony jednak nie ma przecież nic złego w ponownym wykorzystywaniu utworu, tym bardziej, że inaczej pewnie nigdy bym tych reportaży nie przeczytała. Sposób tego „odgrzania” jest nowatorski, bardzo przemyślany i stanowi także wartość dodaną. Ale mimo woli zastanawiam się: tytułowa teza, że tak naprawdę ilość ludzi, emocji, stosunków międzyludzkich, którą mamy w głowie i która jest dla nas jako jednostki ważna, która nas określa nie przekracza niezależnie od tego, gdzie żyjemy, rozpiętości stosunków, które łączą ludzi w wiosce. Więc niezależnie od tego, gdzie żyjemy, świat myśli i uczuć w naszej głowie ciągle odzwierciedla wioskę. To czy ta teza szczerze zaprzątała autora? Chce mi naprawdę coś przekazać? Czy ta teza szczerze była motorem powstania tej książki czy raczej dodanym, koniecznym usprawiedliwieniem?
- że tak przebija w tym tekście duma z dzieci i przekonanie, że wyrosły na niezepsute i mądre i mają coś do powiedzenia czytelnikowi. Jego duma wypływa z tego, że choć autor jako ojciec nie przekazał im nie wiadomo jakiego majątku czy szczególnych… superpowers, bo żyli zawsze jedynie w wynajętym mieszkaniu i bez specjalnych przywilejów, a kasę wydawali na podróże, że chociaż chodzili do zwykłych publicznych szkół etc. to że udały się, mówiąc kolokwialnie, że ludziom do dobrego życia wystarczą wartości niematerialne. Prawda – ale jednak z drugiej strony w ramach tych wartości niematerialnych jego dzieci otrzymały jak najbardziej szczególne miejsce, z ojcem podróżnikiem, reporterem, zajmującym się ważnymi sprawami i wciągającym do tego dzieci. Autor pisze o tym, jak to nie zapewnia im nic szczególnego w sensie bogactwa, ale jednocześnie czyni je współautorami tego dialogu i książki, jakby to nie była szczególna pozycja? Zwłaszcza we Francji, hołubiącej poetów i szeroko pojętą sztukę? Które inne dzieci dwudziesto- czy dwudziestoparoletnie są współautorami dobrej (mimo wszystko) książki? Ale przecież i wcześniej zabierając dzieci na wyjazdy reporterskie musiał mieć świadomość, że zapewnia im możliwość zdobycia wiedzy o świecie, której większość ich rówieśników nigdy nie otrzyma, a oprócz tego pozwoli nauczyć się jezyków. Z trzeciej strony natomiast – mają dzieci szczęście mieć ogarniętego ojca, niech piszą z nim książki, żal im żałować, że korzystają…

Podoba mi się, że:
- dzięki połączeniu formy reportażu i listu tworzy się taki wielogłos z tej książki, efekt, jakiego nie spotkałam nigdzie indziej. Toczy się rozmowa między pokoleniami na temat teraźniejszości i przeszłości, która ich wiąże, ale którą pamiętają inaczej, a także na temat przeszłości, którą pamięta tylko ojciec – tzn. życia w wiosce, z której pochodzi, jego rodziców, na temat reportaży, które autor czyni częścią tej rozmowy wysyłając je dzieciom. A do tego swoim własnym głosem opowiadają zupełnie inną historię bohaterowie reportaży, częściowo znani dzieciom autora, w większości jednak nie. Ich życie na moment zazębiło się z życiem autora i wessało go do środka, a dedykowanie tych reportaży dzieciom łata dziurę, która powstała wówczas w ich wzajemnych stosunkach,
- dobre są reportaże, największe wrażenie zrobiły na mnie ten z Madagaskaru i z Salwadoru – za stosunek do śmierci, ten z Boliwii – pokazujący jak bardzo niespotykane mogą być skutki naszych działań… Reportażowa część w ogóle podobała mi się dużo bardziej niż epistolograficzna,
- ładnie wydana książka, gruby, śliski papier (bardzo rzadko spotykane ostatnio), ładny koncept okładki, ładne kolory, dużo ładnych zdjęć. I jak na takie wydanie to bardzo tania,
- fajną rzecz pisze najstarsza córka autora: Chcę ci tato uświadomić, że ja i moi przyjaciele kroczymy bez złudzeń i żadnych iluzji drogą prostych ludzi, wiemy, że żadnej wielkiej rewolucji nie zdziałamy, ale może za to kilka małych,
- w reportażu z Sahary północnej o plemieniu Tubu jeden z nich wyjaśnia: Tubu potrzebuje przede wszystkim piasku i kamienia. Piasku dla wygody, kamienia żeby się schować. – I już. Niesamowity minimalizm potrzeb,
- równie magiczny sposób – i uniwersalny – postępowania, jak się człowiek zgubi nocą na pustyni: „Jeśli się zgubisz, to jest na to prosta recepta. Zatrzymujesz się, zamykasz oczy, kręcisz się w kółko, a potem kładziesz się na ziemi. I kiedy wirowanie w twojej głowie ustaje otwierasz oczy. Patrzysz na gwiazdy. I od razu wiesz, gdzie jesteś”.
- syn autora w związku z tym reportażem przypomina sobie, jak ojciec pytał starca z Sahary, który oślepł na jedno oko od słońca, kiedy był samotnie w swojej najdłuższej podróży przez Saharę (wymieniał daktyle na inne produkty, w sumie 4000 km na wielbłądzie): O czym myślisz, kiedy tak miesiącami wędrujesz przez pustynię? – O niczym, to bardzo ważne. – Ale przecież o czymś zawsze się myśli. – To myśl tylko to, co widzisz! Tylko i wyłącznie to!”

Więc polecam jak najbardziej, ale na własną odpowiedzialność, książka może niektórych irytować.

Jerome K. Jerome, Drei Männer im Boot, ganz zu schweigen vom Hund (Three men in a boat, oryg. 1889), Piper 2003, s. 248.

Dostałam tę książkę w prezencie od koleżanki z okazji Bożego Narodzenia, opatrzoną komentarzem, że to jest jedna z jej ulubionych książek i że jest przezabawna. Była trochę zdziwiona, że zupełnie o niej nie słyszałam, bo to taki klasyk. To, że klasyk, trochę mnie zniechęciło, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale akurat potrzebowałam do torebki lektury przejrzystych rozmiarów i ciężaru (druga książka, którą aktualnie czytam powoduje u mnie wydatki, tak mnie ramię bolało, że (naprawdę!) musiałam iść na masaż) i przyszła jej kolej.

I jest cudowna. Lekka, sarkastyczna, soczysta, celna, jeśli chodzi o obserwacje, bezczelna do tego też. Oczywiście wszystko w przystępnej dawce, stosownie stonowanej, w końcu to żartobliwa powieść dla pań i panów końca dziewiętnastego wieku. Narratorem jest jeden z tytułowych facetów, który przeczytawszy encyklopedię chorób czy podręczną ulotkę dotyczącą dbania o zdrowie dochodzi do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione w niej choroby poza jedną i wraz z dwoma kolegami i psem postanawiają dla podreperowania zdrowia, a także na wyraźne polecenie lekarza (nie, nie potrzebujesz żadnego leku, czego ci trzeba to trochę ruchu i porządny krwisty stek z piwem) udać się na dwutygodniowy rejs łódką po Tamizie. Po drodze robią z siebie idiotów przy niejednej okazji i zadziwiające jest, jak bardzo aktualne pozostały niektóre obserwacje, jak na przykład ta, że na rzece ludzie o zdawałoby się najłagodniejszych charakterach dostają wściekłych napadów szału i zupełnie nie mają cierpliwości, wyzywając bliźnich na prawo i lewo, i nawet dziewcząt delikatnych jak lilije przypadłość ta nie oszczędza.

Wdzięk, humor, dystans i klasa – pomyślałam sobie więc, że kupię tę powieść jednemu naszemu koledze, który od lat wyciera obcasami londyńskie bruki, gdyby go naszła melancholia albo inna hipochondria będzie miał od razu podręczną lekturę, ba, podręcznik nawet, jak ma urządzić taki relaksacyjny rejs i jak się podczas niego zachowywać. I znalazłam przy okazji bardzo interesująco wydaną serię klasyków Penguin Essentials, pod względem graficznym i edytorskim dopracowaną przez artystów z różnych stron świata. Okładka Panów w łódce wygląda tak: okładka.

Zgodnie z opisem seria ta łączy „incredible stories and breathtaking designs”. Coś w tym jest, design jest rzeczywiście bardzo udany, a przy doborze poszczególnych pozycji książkowych do tej serii redaktorzy kierują się następującymi motywami: „When they were first published they changed the way we thought about literature and about life. And they have remained vital reading ever since.” Czuję w kościach, że niejedną książkę u nich zamówię już choćby dla okładki…

1. Panama Geisha to odmiana kawy, która po stosownej obróbce smakuje lekko brzoskwinią, bergamotką i jaśminem. Najlepsza – przyrządzana z dripa, bo wtedy dzięki niezbyt gorącej wodzie i wolnym parzeniu  te cytrusowe nuty są najlepiej wyczuwalne. Naprawdę! Oryginalnie pochodzi z Etiopii, jednak jakimś dziwnym sposobem kilka krzaczków zawędrowało aż do Panamy i zostało odkryte na jednej z hacjend w 2004 r. Od tego czasu kawa ta zdobyła pierwsze miejsce w czternastu międzynarodowych konkursach produnktów. Na aukcji jest dostępna raz w roku. Jest pyszna, w Berlinie dostępna w kawiarni Stodoła, o tu. Ciekawostka: w berlińskim wszechobecnym zalewie bio-matek z dziećmi i w sposób dorozumiany masowo dzieciofriendly miejsc, The Barn deklaruje już na wstępie, że to jest miejsce relaksu przede wszystkim dla dorosłych, którzy chcą się oddać delektowaniu różnymi odmianami pysznej kawy. Dlatego rodzice, którzy mają zamiar przyjść z dziećmi powinni mieć to na uwadze i w spósób szczególny uważać na zachowanie swoich dzieci. A także nie puszczać dzieci luzem, ale zawsze trzymać je za rękę. To się okazuje bardzo zrozumiałe, kiedy się znajdzie w środku, zamiast stolików ustawione są stołeczki, siedzi się również na stołkach – całość sprawia wrażenie mocno chybotliwej i w tajfunie energii dziecięcej raczej jej nie wróżę wielkiej żywotności. Ponadto przy wejściu stoi słupek informujący, że prosimy wchodzić bez wózków. Specjalne reguły obowiązują jednak nie tylko rodziców, wszechobecne są też znaczki „No laptops” (obsługa jest raczej angielsko-, niż niemieckojęzyczna). Fokus jest zdecydowanie na kawę.

2. Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi, że Niemcy to kraj stojący informacją, bo i ludzie bardzo się interesują różnymi dziwnymi rzeczami. Biorą je na poważnie i nie żałują pieniędzy, czy to publicznych czy prywatnych, na jej zdobycie. Każda większa gazeta wysyła swoich korespondentów na wschodnie i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jak jest z mid-westem. W Polsce zazwyczaj korespondent jest jeden i chyba tylko telewizję publiczną stać na to, żeby go do Stanów wysłać. Mój M pyta mnie ostatnio: „Czytałaś coś w polskiej prasie o światowym turnieju szachowym?” Oczywiście nie czytałam. Natomiast Die Zeit wysłała do Indii, gdzie ten turniej się odbywa, specjalnego korespondenta-sprawozdawcę… Ech. Chciałabym, żeby tak i u nas można było tworzyć więcej oryginalnych i dobrych tekstów w publicystyce, w końcu Polska reportażem stoi. Tylko jakoś nie w masowych serwisach publicznych, w których pojawiają się artykuły tłumaczone z różnych skutkiem z zagranicznych portali…

3. Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 434 – dopisuję do listy lektur. Doskonałych, zostających w głowie i w duszy książek. Spośród tego rodzaju książek ostatnio czytałam „Korekty” Franzena. Oczywiście po Munro sięgnęłam, bo nie czytałam do tej pory żadnej jej książki, a po pierwsze Nobel, po drugie była mi już polecana przed dwie różne osoby, na których guście polegam. Nie wiem, czy do tej akurat książki wrócę, ale do Munro – z całą pewnośćią.

1. Na początku stycznia moja koleżanka przesyła mi zawsze listę swoich lektur z zeszłego roku wraz z rekomendacjami i wprost przeciwnie. Tym razem zdążyła mi przesłać podsumowanie tymczasowe, bo dawno nie pisałyśmy, więc poczułam się zmobilizowana do uzupełnienia swojej i… z przerażeniem stwierdziłam, że nie pamiętam, co ja ostatnio czytałam. Po części dlatego, że nie czytam ostatnio jakoś wiele, po części zaś ponieważ sprzątnęłam zakurzoną w międzyczasie już z lekka kupkę, na którą odkładam przeczytane rzeczy, żeby nie kurzyła się dalej i nie blakła. Ale niech spiszę chociaż, co pamiętam…

2.Lista osobista:

Björn Süfke, Männerseelen, Goldmann, 3. Aufl. 2010, S. 280 – chyba to sprzedam, choć książka w sumie niezła. Ma niby że odkrywać tajniki męskiej duszy, pokazane z perspektywy psychoterapeuty od mężczyzn, opisującego typowe męskie problemy w opakowaniu „podróży”, zwiedzania terenów męskiej psyche jak wyprawy podróżniczej itepe. Dobra ta książka, ale jednak zwłaszcza jak ją czyta mężczyzna sam dla siebie, ewidentnie nie jestem targetem.

Edgar Noske, Der Fall Hildegard von Bingen, Emons Verlag 1999, S. 280 – bardzo przyjemny kryminał osadzony w czasach średniowiecznych, wokół Hildegard z Bingen. Trochę dla młodszego czytelnika, ale starszy ma również uciechę. Spora dawka humoru. Uwaga! Zawiera elementy typowego utworu niemieckiego, co oznacza, że pada przynajmniej jeden dowcip o trawieniu i jego efektach.

Marek Andrzejewski, Domy na piasku, Media Rodzina 2007, s. 207 – o realiach życia w polskim domu dziecka z perspektywy wychowawcy. Pozycja obowiązkowa, jeśli ktoś interesuje się tym, jak naprawdę wygląda przedstawiane jako cukierkowo-laurkowe życie sierotek, które wyglądają rodziców zastępczych, którzy dadzą im miłość.

Robert Galbraith, Cockoo’s Calling, Little, Brown Book Group 2013, pp. 449 – fantastyczny kryminał J.K. Rowling, wydany pod pseudonimem i uznany za bardzo dobry jeszcze zanim wyszła na jaw prawdziwa tożsamość autorki. Wątek kryminalny trochę do doszlifowaniai poprawienia, ale podobno będą kolejne powieści o Cormoranie Strike’u, więc jest pole do popisu i poprawy. Czyta się świetnie i porusza ważną tematykę.

Karolina Korwin-Piotrowska, Bomba, The Facto 2013, s. 323 – bardzo pouczająca książka, zwłaszcza dla osób takich jak my, którzy nie posiadamy telewizora i wiedzę o polskim szołbiznesie mamy pełną luk w najlepszym wypadku, przypadkiem jej nie mamy szans zdobyć z racji miejsca zamieszkania i raczej też na aktywne jej zdobywanie akurat w tym zakresie byśmy nie wpadli.

3. Ostatnim razem pisałam o tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Jak wielka więc była moja radość, gdy wygrała tegoroczną nagrodę NIKE! Należało jej się bardzo.

A jednak. Po jedynych dwudziestu dwóch miesiącach znalazłam pracę – przy czym osiem z nich spędziłam na praktykach i wolontariacie. Z jednej strony plan się udał – skoro w jednej branży brak odzewu popróbować w innej i podwyższyć kwalifikacje i szanse poprzez praktyki. Rzeczywiście przyniosło to skutek. Z drugiej – całość smakuje gorzko, zbyt dużo czasu ta praca kazała na siebie czekać. I nawet nie jest tak, że to jakieś spełnienie marzeń czy coś – po prostu praca. No dobra, trochę spełnienie marzeń to jest – ale mam podejrzenie, że tylko trochę i że możliwe, że ja się jednak zupełnie do tych marzeń nie nadaję. Czas pokaże.

Kto odczuwał wielkie współczucie dla M. po mojej ostatniej notce może w tej sekundzie przestać. Okazuje się, że M. ma wbudowane mechanizmy obronne przed sytuacjami typu Pantaleon bądź pokrewnymi i one wspaniale działają. Teraz szukamy mechanizmów ochronnych dla mnie, na wypadek gdy M. zastosuje swoje…

Moja praca oznacza również, że muszę iść na zakupy. Na sto procent nie mam butów, nie skombinuję też więcej niż dwóch zestawów przyzwoitego przyodziewku. Muszę też nabyć różne książki nt. moich nowych zadań. Jednak moja zaplanowana miesiące wcześniej podróż do Meksyku oznacza, że nie mam na te wszystkie zakupy pieniędzy. I nie mam też jeszcze pomysłu, jak ten problem rozwiązać. Szkoda, że pracodawcy takich sytuacji nie przewidują i nie mają ekstra funduszu wsparcia pracownika na wypadek, gdyby ten pracownik wypstrykał się z zaskórniaków na podróże…

Wśród ostatnio przeczytanych książek chyba największą niespodzianką była powtórka z „Nad Niemnem”. Dobrych kilka lat jej nie czytałam, choć na etapie liceum była to zdecydowanie moja ukochana książka. Konfrontacja tego, co pamiętam z dawnych czasów i obecnych wrażeń nie wypada wcale na niekorzyść naiwnego odbioru w wieku szczenięcym i to jest bardzo zadziwiający wniosek, bo strasznie tę książkę idealizowałam. Ale dużo się też zmieniło.

Po pierwsze, inaczej widzę małżeństwo Benedykta i Emilii Korczyńskich. Kiedyś wpółczułam Emilii, ale jednocześnie bardziej kibicowałam postawie Benedykta. Są czasy na poezje, są czasy na orkę w polu – myślałam. Emilia powinna była trochę ustąpić i wyjść naprzeciw Benedykta. Rozumieć, że jego praca ich trzyma w chwiejnej równowadzie i na powierzchni, zainteresować się trochę tym, co się dzieje wokół domu, ale np. dwa razy w roku zabierać na wyjazd do miasta, zmusić do pójścia do teatru, tłumacząc, że kultura jest takim samym dobrem, jak ziemia i też w niej należy brać udział, jeśli komu na sercu leży kultywowanie postawy patriotycznej. Dzisiaj myślę, że równie mocno za uszami ma Benedykt, jawnie lekceważąc niechby przesadnie egzaltowane potrzeby Emilii względem wspólnego czytania książek, spacerów i romantyzmu. Dzisiaj taka postawa nazywa się, że mąż przywdział kapcie i po pracy jest zmęczony, nie zależy mu już na zachwyceniu sobą żony. Na etapie, na którym ich obserwujemy konflikt i rozdział ich życia jest już bardzo dokonany, a podana jego geneza tak naprawdę genezą nie jest. Kiedy w tej retrospektywnej scenie Emilia tłumaczy Benedyktowi, że chciałaby z nim razem, że poezja życia, że uniesienie – tak naprawdę mogło chodzić o zwyczajną potrzebę wspólnego spędzania czasu, kilku godzin w skali tygodnia, na czytaniu i rozmowie nie na temat gospodarstwa. W chwili obecnej widać, że Emilia czyta głównie francuskie powieści albo wspomnienia z podróży, zamknięta w saloniku, uciekając ob otaczającego ją świata nawet w lekturze. Dobrze to widać w scenie, kiedy Emilia każe zamknąć okna, bo dobiegają ją głośne śpiewy z wesela w Bohatyrowiczach. Ma to być kontrast wypadający na niekorzyść Emilii. Ale przecież to, że jeśli o poezję chodzi woli francuską, a nie ludową, że woli czytać, niż być na weselu – to nic złego. Źle, że i Benedykta na tym weselu nie ma. Ale Benedykt się zmienia, a Emilia jest chyba od początku skazana na pozostanie w zasłoniętym pokoju, nikt do niej ręki nie wyciąga, żeby pomóc zrozumieć i żyć lepiej w tym otoczeniu.

Mimo, że ojczyzna nie upada, bardzo na czasie brzmi też zestawienie Janka Bohatyrowicza z Zygmuntem Korczyńskim. Emigracja, wyższość okazywana zaściankowości a brak buty, brak nieprzyjazności zględem Korczyna – ówczesnego wspólnego wroga chłopów. Pozycja z góry kontra pozycja otwarta. To jest bardzo udany kontrast między dwoma konkurentami do ręki Justyny. Dwie postacie, które dzisiaj zachowują atrakcyjność, które można rozważać jako dobrze zarysowanych bohaterów męskich polskiej literatury, przykłady amantów w pozytywywnym znaczeniu tego słowa. I choć zdezaktualizowała się główna linia opozycji między nimi: „panicz” a „chłop”, choć różnice stanowe nie mają dziś znaczenia dla tego, który z nich jest lepszy są to są to postacie tak bogate i przez nawiązanie do tematu emigracji aktualne, że i dziś można sobie snuć rozważania, dlaczego Janek jest milszym facetem niż Zygmunt.

Dlatego choć to, co w zamierzeniu Orzeszkowej miało być białe i czarne, a jest w rzeczywistości szare i niezmiennie bardzo razi, jeśli jest tak nachalnie wykładane jak kawa na ławę, można tę książkę mimo wszystko czytać jako aktualną opowieść o ludziach, którzy trochę za bardzo się uparli i okopali na swoich pozycjach. I że niektórzy mimo wszystko ruszą naprzód, a inni w ogóle.

I jeszcze jedna rzecz. „Nad Niemnem” nic nie traci ze swego blasku dzięki fantastycznym dialogom. Słuch Orzeszkowej do zwrotów, powiedzonek, różnicowania charakterów za pomocą używanego języka jest wprost fantastyczny. „Niech się Fabian ogarnie i do witania gotuje!”, „Maleńki, ale mileńki on!”, „Emilka dostała globusa!”, „Prawem miłości pragnę twej duszy, Justyno!”, „Znaczy, prosto upija się?…” Podobny słuch Fredro miał… I Boy-Żeleński.


  • RSS