rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: milosc

Georgy Spiro, Mesjasze, WAB 2009, s. 800
Kazuo Ishiguro, Kiedy byliśmy sierotami, s. 350

Tak zupełnie przypadkiem wypadło, że obie te lektury traktują o różnych biegunach szaleństwa. Mesjasze to opowieść o polskiej emigracji po upadku powstania listopadowego, w której centrum wpada po pewnym czasie Mesjasz z Litwy i w ten krąg facetów na przeczekaniu, popychających godziny i toczących jałowe dyskusje i spory wynikające głównie z naturalnej dynamiki grupy i ograniczonej liczby możliwości niż z umiłowania nauki, politycznych ambicji czy realnych możliwości działania wprowadza SENS. Z aparycji, jak wynika z przekazów, raczej niepozorny, głowa niezbyt tęga, a jednak omamił ich wszystkich, oczarował i porwał rojeniami o swojej i ich wielkiej roli. Jak? Na pewno charyzmą. I tradycyjnymi mechamizmowi hierarchii, wygrywania jednych przeciw drugim, które Spiro rekonstruuje z jakiegoś pewnie miliona notatek i listów. Może Towiański swoich emigrantów nie zbawił, a na pewno ma na sumieniu zmarnowanie talentów Mickiewicza i Goszczyńskiego, ale na nudę i poczucie emigracyjnego bezsensu pomógł na pewno, wypełniając dni takimi zajęciami, jak spotkania, medytacje i rozmowy na zadane tematy, rywalizacje… Kogo konkretnie Towiański porwał, kto co w jego Kole Sprawy Bożej robił i jak jego życiorys na tle epoki wygląda – swobodnie, z dystansem, z ironią, z sympatią opisuje Spiro. Kwerenda do tej książki jest imponująca, ale i rozmach autor wziął niemały – bo w tle i dziewiętnastowieczna historia żydów w Niemczech, Jerozolimie, sefardyjczycy, aszkenazyjczycy, purycowie, chasydzi, i Irlandczycy równie zaczadzeni swoją wyjątkowością, co Polacy, i Wiosna Ludów, i papiestwo. W warstwie faktograficznej to jest tak, jakby ktoś w jednej książce zawarł ich z pięć. A i tak miejscami temat wydaje się jakby niedociągnięty do końca… Autor pisze we wstępie, że książkę tę pisał dwa razy, bo pod koniec pierwszej redakcji dotarł do źródeł, któe w pełni uwzględnił dopiero przy drugim pisaniu. Może przyjdzie kolejna redakcja, będzie więcej o Irlandczykach i wojnie z Osmanami… I może to jest uniwersalna recepta na tworzenie dobrych książek, każdą napisać przynajmniej dwa razy?

Szaleństwo w książce Ishiguro zamyka się w głowie pojedynczych osób – Christophera, Sary, Jennifer, tytułowych sierot, które muszą się skonfrontować z traumami definiującymi ich życie, polegającymi na utracie rodziców i wynikającej z niej samotności. To wymaga zdjęcia różnych masek, zrzucenia pancerza przybranych ról i póz. Głównym bohaterem jest Christopher Banks i to tropami jego poszukiwań podąża czytelnik. Narracja jest pierwszoosobowa, powolność akcji i perspektywa kojarzą mi się bardzo z Doylem i w ogóle z dziewiętnastowieczną prozą. Zasadnicza akcja powieści kończy się kilka lat przed wybuchem drugiej wojny, a wątkowi osobistych poszukiwań Christophera towarzyszy jego na poły bajkowe, oniryczne, nieuchwytne przkonanie, że powodzenie tych działań jest w stanie zapobiec czającej się już katastrofie, wybuchowi niewyobrażalnego zła. Nie ma happy endu, ale w końcu zagadka zostaje rozwiązana. Wszystkie puzzle trafiają na swoje miejsce i taki układ ma swój sens, bohaterowie zaś wydają się umieć z tym żyć.

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Bilans roku 2014: 39 książek. Bez szaleństwa…

Na otwarcie roku 2015:

1. Mikołaj Golachowski, Morux, Pupy, ogonki i kuperki, Babaryba 2014, s. 135 (z ilustracjami)

2. Pamela Druckerman, W Paryżu dzieci nie grymaszą, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 350

1. Panama Geisha to odmiana kawy, która po stosownej obróbce smakuje lekko brzoskwinią, bergamotką i jaśminem. Najlepsza – przyrządzana z dripa, bo wtedy dzięki niezbyt gorącej wodzie i wolnym parzeniu  te cytrusowe nuty są najlepiej wyczuwalne. Naprawdę! Oryginalnie pochodzi z Etiopii, jednak jakimś dziwnym sposobem kilka krzaczków zawędrowało aż do Panamy i zostało odkryte na jednej z hacjend w 2004 r. Od tego czasu kawa ta zdobyła pierwsze miejsce w czternastu międzynarodowych konkursach produnktów. Na aukcji jest dostępna raz w roku. Jest pyszna, w Berlinie dostępna w kawiarni Stodoła, o tu. Ciekawostka: w berlińskim wszechobecnym zalewie bio-matek z dziećmi i w sposób dorozumiany masowo dzieciofriendly miejsc, The Barn deklaruje już na wstępie, że to jest miejsce relaksu przede wszystkim dla dorosłych, którzy chcą się oddać delektowaniu różnymi odmianami pysznej kawy. Dlatego rodzice, którzy mają zamiar przyjść z dziećmi powinni mieć to na uwadze i w spósób szczególny uważać na zachowanie swoich dzieci. A także nie puszczać dzieci luzem, ale zawsze trzymać je za rękę. To się okazuje bardzo zrozumiałe, kiedy się znajdzie w środku, zamiast stolików ustawione są stołeczki, siedzi się również na stołkach – całość sprawia wrażenie mocno chybotliwej i w tajfunie energii dziecięcej raczej jej nie wróżę wielkiej żywotności. Ponadto przy wejściu stoi słupek informujący, że prosimy wchodzić bez wózków. Specjalne reguły obowiązują jednak nie tylko rodziców, wszechobecne są też znaczki „No laptops” (obsługa jest raczej angielsko-, niż niemieckojęzyczna). Fokus jest zdecydowanie na kawę.

2. Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi, że Niemcy to kraj stojący informacją, bo i ludzie bardzo się interesują różnymi dziwnymi rzeczami. Biorą je na poważnie i nie żałują pieniędzy, czy to publicznych czy prywatnych, na jej zdobycie. Każda większa gazeta wysyła swoich korespondentów na wschodnie i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jak jest z mid-westem. W Polsce zazwyczaj korespondent jest jeden i chyba tylko telewizję publiczną stać na to, żeby go do Stanów wysłać. Mój M pyta mnie ostatnio: „Czytałaś coś w polskiej prasie o światowym turnieju szachowym?” Oczywiście nie czytałam. Natomiast Die Zeit wysłała do Indii, gdzie ten turniej się odbywa, specjalnego korespondenta-sprawozdawcę… Ech. Chciałabym, żeby tak i u nas można było tworzyć więcej oryginalnych i dobrych tekstów w publicystyce, w końcu Polska reportażem stoi. Tylko jakoś nie w masowych serwisach publicznych, w których pojawiają się artykuły tłumaczone z różnych skutkiem z zagranicznych portali…

3. Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 434 – dopisuję do listy lektur. Doskonałych, zostających w głowie i w duszy książek. Spośród tego rodzaju książek ostatnio czytałam „Korekty” Franzena. Oczywiście po Munro sięgnęłam, bo nie czytałam do tej pory żadnej jej książki, a po pierwsze Nobel, po drugie była mi już polecana przed dwie różne osoby, na których guście polegam. Nie wiem, czy do tej akurat książki wrócę, ale do Munro – z całą pewnośćią.

Przeczytane:

Moment! Die allerschnellsten Geschichten der Welt, Diogenes 2012, ok. 230 bardzo małych stron – świetna, malutka książeczka do torebki z historiami opowiedzianymi w najwyżej 5 zdaniach. Dla przykładu: Ziemia? Właśnie wczoraj skończyliśmy ją jeść (Yann Martel). Naga księżniczka? Niech pan nie opowiada bajek, powiedział krasnal (Wolf Wondratschek). Była sobie kiedyś kropla deszczu, która nie była podobna do żadnej innej (Roland Topor). Rewelacja!

Katarzyna Kotowska, Wieża z klocków, Media Rodzina 2010, s.125 – bardzo dobra opowieść w klimacie refleksyjno-poetyckim o adopcji, perspektywa rodziców.

Anna Kamińska, Odnalezieni. Prawdziwe historie adoptowanych, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 322 – tematyka jak sama nazwa wskazuje. Bardzo ciekawe, chociaż kontrowersyjny moim zdaniem wywiad z panią psycholog na zakończenie.

Stieg Larsson, II tom Millenium, wersja niemiecka, Hanser 2012, s.ok 740 – zbyt wiele szczegółów.

„Jula” Pawła Goźlińskiego przeczytałam krótko po „Korektach”, czyli b. dawno temu. Nie robiłam sobie żadnych notatek, więc z perspektywy czasu mogę napisać tylko tyle, że jest niezwykle oryginalna i przynajmniej ja do tej pory się w polskiej literaturze ze zjawiskiem kryminału kostiumowego nie spotkałam. Kostiumowego, ale nie przebieranki – wszystko jest tak doskonale osadzone w czasach lat 40. dziewiętnastego wieku, że to naprawdę wyczyn, bynajmniej nie jest tak, że autor szafuje sobie kolorowym kostiumem li i jedynie po to, żeby było fajniej i barwniej, a historia tak naprawdę mogła się wydarzyć kiedykolwiek. Osadzenie powieści w czasach popowstaniowej, polskiej emigracji paryskiej ma głęboki sens i niezaprzeczalny urok, książkę się czyta płynnie i z napięciem, a przy okazji odkurzają się wiadomości z zapomnianych nieco lekcji języka polskiego. I pojawiają się pytania o szereg dramatów Słowackiego, o których mowa w powieści, i pojawia się także chęć, żeby się wreszcie z nimi zapoznać.

Na Wolnych Lekturach jeszcze Słowackiego mało:
http://nowoczesnapolska.org.pl/2012/09/04/slowacki-wielkim-poeta-byl/#more-5896

 

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam szczęście ostatnio do naprawdę dobrych książek:

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa  zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.”

Dlaczego w okolicy ginie coraz więcej zwierząt i czy to na pewno M. włamywał się do domu Alicji nie dowiadujemy się zresztą w ogóle – przynajmniej ja się tego nie domyślam – ale o czym wydawca w powyższej notce nie wspomina, a co wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan jest bohater zbiorowy tej książki: postać matki. Autorka kreśli portret matek bardzo przewrotny, bardzo idący w pięty i polemiczny, niezwykły, bardzo mocno osadzony w historii polskich ziem odzyskanych i daleki od obrazu Matki Polki, a jedyna Matka Polka w tym towarzystwie jest postacią równie straszną, jak pozostałe. Historie narodowe i indywidualne, rozbitki, niedobitki i etniczne poplątanie mniejszości, uciekinierów, bohaterów i bandytów mieszają się ze sobą, zazębiają i nakładają, w efekcie tworząc mozaikę smutną, straszną, ale tak jak autorka pisze w komentarzu na okładce: „Przeraził mnie mrok [tych opowieści]. Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens swojej wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka.”

Paweł Goźliński, „Jul”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 384. B. ładny jest też projekt okładki.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, W.A.B., Warszawa 2012, s. 528.

Jonathan Franzen, Korekty, wyd. Świat Książki 2004, tłum. Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek, s. 627 (wznowienie wyd. Sonia Draga)

„Po niemal pięćdziesięciu latach w roli żony i matki Enid Lambert chce wreszcie zaznać przyjemności życia. Na nieszczęście jej mąż, Alfred, zmaga się z postępującą demencją, a dzieci, w gruncie rzeczy trójka nieszczęśliwych, skłóconych z życiem ludzi, już dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Rozpaczliwie poszukując radości i prawdziwego szczęścia, Enid całym sercem pragnie zrealizować jedno marzenie: zebrać rodzinę w domu na ostatnie wspólne święta Bożego Narodzenia…”

Powieść jest absolutnie wybitna. Miałam taki moment, kiedy chciałam się poddać i po prostu jej nie doczytać, tak jest intensywna i wymagająca. Każdy z członków rodziny po kolei opowiada swoją historię, w zasadzie historię swojego życia, w którym ta ostania prośba matki dotycząca wspólnych świąt Bożego Narodzenia zajmuje centralne, organizujące wspomnienia i dalsze życie, miejsce. Jest punktem wyjścia prowadzącym do wprowadzenia tytułowych korekt. Każdy z bohaterów, choć całe życie uciekał od rodzinnego domu, musi powrócić do korzeni i zdać sobie sprawę z tego, ile z tego rodzinnego domu w nim tkwi, na ile się od niego oddalili i dlaczego, co rodzina, historia, pochodzenie, stosunek do tych specjalnych „figur”, jakimi w życiu każdego człowieka jest rodzic,  znaczy dla każdego z trójki dzieci, a także dla seniorów: Enid i Alfreda.

„Korekty” to ten rodzaj literatury, który później musi dojrzeć w głowie. Bezwstydnie dobry, soczysty, z językiem wręcz dosadnym, bez wątpienia stanowiącym ogromnie wyzwanie dla tłumaczy, tak że człowiek się czuje po lekturze taki wyżęty i nasycony jednocześnie… Nie żałuję ani minuty poświęconej tej książce. Wyraziści bohaterowie, ich borykanie się z własną psychiką, rodzinna historią, wewnętrzne poplątanie – to tkwi potem i chodzi za człowiekiem długo po skończeniu książki. Powieść porusza także szereg innych wątków takich jak starość,  depresja, miłość, rodzina, obraz Ameryki lat dziewięćdziesiątych – jest autentyczną kopalnią motywów. Wielowarstwowa, wielowymiarowa, po prostu doskonała.

Ale najbardziej podobała mi się kompozycja – opowieści dzieci, krążące wokół historii rodziców niby elektrony wokół jądra atomu, taki miniwszechświat, połączony siecią zadrażnień, obowiązków, wzajemnych pretensji, zranień i wokół tego kompletny brak sentymentalizmu i ciepła, które zastępuje ironia. Pełna wiwisekcja rodziny, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam. No i wspaniała  kreacja bohaterów, każde z dzieci tak niesamowicie różni się od siebie, ale jest jakoś w szerszym planie podobne do rodziców i do siebie, z bardzo indywidualnymi cechami, ale całość mimo zupełnego niepodobieństwa pasuje do siebie jak wreszcie ułożone puzzle. Obrazek na nich, choć przedstawia wspólne święta, jest jednak zupełnie inny od tego, jakiego Enid oczekiwała.

I.

1. września byliśmy na weselu mojej niemieckiej koleżanki. Wesele jak wesele, miło, ładnie, młodzi szczęśliwi, rodziny również. Niemiecki zwyczaj jest taki, że przyjaciele i znajomi przygotowują w prezencie dla młodych oprawę artystyczną przyjęcia. Czasem są to naprawdę jakieś występy artystyczne, czasem komiczne, czasem konkurs, a czasem zabawa integrująca wszystkich obecnych. Również i na tym weselu po obiedzie a przed tańcami zaczęła się część rozrywkowa. Kolega z podstawówki panny młodej zaśpiewał im piosenkę do podkładu zapewnionego przez DJ’a. Piosenka ta w jego wykonaniu – coś z „five minutes of happiness” – bardzo się kiedyś spodobała pannie młodej na jakimś innym weselu, na którym wspólnie się bawili i stąd ten prezent.

Siedzimy więc naszą grupą młodych przy stole i szykujemy się na masę wzruszeń. Dobrze znaliśmy w zasadzie tylko jednego kolegę ze studiów, resztę tak mniej lub bardziej z widzenia. Ów kolega sam świetnie śpiewa i ma za sobą historię występów w zespole niemiecko-francuskim, w którym grał na gitarze i na basie, więc tak nam było na wyrost szkoda wykonawcy, gdyż jego występ zapowiadał się jak popowy kawałek, kiedy to słodki chłopiec śpiewa przysiadłszy z wdziękiem na umieszczonym na scenie barowym stołku, a publika się wzrusza jego słodkością, a nie jakością wykonania.

I taki ten występ też był. Spodziewałam się kilka krytycznych uwag pod adresem estetyki od tego muzykującego kolegi, ale krytyka przyszła z zupełnie innej strony. Bo otóż w ramach wstępu do tej swojej piosenki znajomy panny młodej zagaja tak:

- Dzień jest pamiętny, piękny i szczególny. Niech ta piosenka o pięciu minutach szczęścia będzie życzeniem, by całe wasze wspólne życie było wypełnione takimi pięciominutówkami szczęścia i radości i od dziś się kojarzy właśnie z tym. Pierwszy września – to taka data, z którą z pewnością każdy na tej sali ma związane jakieś wspomnienia. Jest to data tak ważna, tak szczególna, powiązana z wieloma osobistymi historiami. Te skojarzenia, które ta data wywołuje… I żeby dla was od dziś zawsze wiązała się z tymi szczęśliwymi wspomnieniami tego pierwszego września, w którym te pięć minut szczęścia…

Mniej więcej za czwartym tekstem o tych minutach szczęścia w ten szczególny dzień i skojarzeniach z tą datą związanych, pamiętnym pierwszych września itepe mój kolega powiedział do nas: – Co on, do diabła, bredzi? Czy on zwariował? Tak, wszyscy mamy szczególne skojarzenia związane z pierwszym września – wybuch drugiej wojny światowej! – A jego dziewczyna miała tak ironiczną, sarkastyczną minę (siedzieliśmy przy stoliku najbliżej parkietu),  że biedny chłopak się speszył, choć chyba nie do końca rozumiał, skąd ta mina się wzięła, nawet jeszcze nie zaczął śpiewać…

Ale dzięki tym słowom poczułam, jak się wewnętrznie rozluźniam. Bo sama się od dłuższego czasu zastanawiałam, czy to jest normalne, że od otrzymania zaproszenia gdzieś w tyle głowy kołatała mi się myśl, czy chciałabym, żeby data mojego ślubu przypadała na pierwszy września i kojarzyła mi się nie tylko z moim ślubem – jednym z ważniejszych dni mojej osobistej historii? A poza tym, choć poglądów rozrachunkowych jako żywo nie mam i okazji do wypominania nie szukam, to jednak się wkurzyłam podczas tego wstępu i myślałam: Ejże! Z przyzwoitości powinien albo zamilknąć albo, skoro już zabrnął tak daleko, coś powiedzieć i o innych skojarzeniach! Albo że się zagolopował. W końcu byłam na weselu przedstawicieli niemieckiej inteligencji, a to zobowiązuje i chciałabym mieć pewność, że z pewnych rzeczy zdają sobie sprawę. Dobrze, że na mądrych kolegów i ich dziewczyny można liczyć, odetchnęłam z ulgą, że białe wciąż jest białe, a czarne – czarne.

II.

A faux pas zwyczajnie chodzą po ludziach… Zarówno po Niemcach, jak i Polakach. Zanim na to wesele pojechaliśmy, przyszedł do nas do domu kuzyn panny młodej – mieliśmy go ze sobą zabrać, bo jechaliśmy samochodem – wesele było za miastem. Czekaliśmy jeszcze na dwie osoby, więc na czas oczekiwania poczęstowaliśmy go soczkiem. Ponieważ półki w kuchni są u nas otwarte, do szklanki wpadła muszka, wtedy w okresie późnoletnim a wczesnojesiennym pełno ich latało. Przeprosiliśmy, muszkę wyłowiliśmy, a chłopak grzecznie soczek wypił i to nawet ten sam soczek z tej samej szklanki – bo innej nie było, wszystko było w zmywarce… I pojechaliśmy, tylko że niestety troszkę za bardzo zaufaliśmy googlowi i niemal się spóźniliśmy, wpadliśmy do kościoła równo z młodymi. Na szczęście nikt nam nie robił wyrzutów.

III.

Czyli wniosek z tego taki, że mili są nieproblematyczni goście.

Kiedyś w wywiadzie dla Wysokich Obcasów Wojciech Waglewski stwierdził: "Z wiekiem doszedłem do tego, że liczą się trzy tematy. Kosmos i Bóg. Śmierć i przemijanie. Miłość i lęk przed utratą miłości." Tak mi się przypomniało, jak się zastanawiałam dziś, że w gruncie rzeczy w kryminałach jednak nigdy nie chodzi o uniwersalne tematy sztuki wysokiej.

Zapisuję, zanim znowu zapomnę, gdzie to było. 

Cały wywiad tu:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,6364807,Kocham_Grazyne_W_.html?as=1&startsz=x



Jest jeszcze walka dobra ze złem, ale chyba faktycznie raczej nie w piosenkach…


  • RSS