rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: mundrosci

1.

- Proszę pani, przepraszam,  czy to bliźniaki?
- Tak.
- Ojejku! Jak super! Gratulacje! To ma pani z głowy za jednym zamachem! A mieliście bliźniaki w rodzinie? Karmi pani piersią? Pewnie wcześniaki, co?

2.

(Wariant 1)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das ist ja schön! Und ein Junge und ein Mädchen, ist ja traumhaft! Da haben Sie aber ein schönes Projekt!
- Ja, wir freuen uns auch sehr!
- Toll haben Sie das gemacht. Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?

(Wariant 2)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das habt ihr aber gut gemacht!  Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?
- Ja…
-  Dafür ist es aber ein wirklich schönes Projekt!

3.

Brytyjsko:
- Oh, it’s twins! Splendid! Double trouble?

4.

(Kolega latynoski, widziany po raz pierwszy w życiu, rozmowa w jedynym wspólnym języku)
- Wow, you look really good! Not like if you just have had twins! Have you considered putting earrings in your doughter’s ears?

5.

- Ach, Zwillinge! Ich kann Sie so gut verstehen, bin selbst Vater und Opa von Zwillingen.
- Und? Wann wird es merklich leichter? So mit zwei, wird immer gerne behauptet?
- Naja, ich werde Sie nicht anlügen. Es fängt so mit fünfunddreißig an.

6.

- Dzień dobry! I jak?
- No, cóż będę kryć, jako matka bliźniaczek sama pani wie najlepiej, jak jest.  [W domyśle: nieprzespane noce, wstawanie na przemian to do jednego smoczka, to do drugiego, to jeść, to pokołysać...]
- Tak, wiem, wiem, dopóki nie zaczną chodzić jest cudownie…

 

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

Bilans roku 2014: 39 książek. Bez szaleństwa…

Na otwarcie roku 2015:

1. Mikołaj Golachowski, Morux, Pupy, ogonki i kuperki, Babaryba 2014, s. 135 (z ilustracjami)

2. Pamela Druckerman, W Paryżu dzieci nie grymaszą, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 350

Jeszcze tylko dwanaście dni. I jedziemy, o tak:
Podróż po Wietnamie
Czy się cieszymy? Hmm, chyba nie bardzo myślimy o tym. Poza kwestiami „jeszcze jedna szczepionka” i „trzeba odebrać wizę” raczej nie. Większe emocje powodują jedynie takie sytuacje, gdy okazuje się, że konsulat czynny jest w każdy dzień POZA wtorkami i piątkami, a nie we wtorek i piątek, więc trzeba jeszcze raz jechać; albo gdy się okazuje, że za pobyt w jednej stancji można zapłacić zaliczkę wyłącznie poprzez paypala, który jest tak dobrze zabezpieczony, że nie można się na niego zalogować, bo zapomniałam odpowiedzi na pytania bezpieczeństwa zadawane, kiedy się zapomniało hasła… Albo wymyśliłam tak szczwane odpowiedzi, że przechytrzyłam sama siebie.

Właśnie czytam jedną książkę, w której ojciec do córki a córka do ojca piszą listy. Głównie o swoich podróżach i o tym, jak ich obserwacje i doświadczenia pokrywają się albo i nie. Zaraz chyba w pierwszym liście ten ojciec pisze tak: „Dwie rzeczy są w życiu najistotniejsze: dom i dobry powód, żeby z niego wyjechać”. A my chyba koncentrujemy się obecnie na tej pierwszej części. Oglądanie dalekiego kawałka świata wydaje się planem tak niedotyczącym naszej dwójki… W tej chwili zupełnie nie jestem sobie w stanie wyobrazić opuszczenia mojego fotela stojącego obok cieplutkiego kaloryfera. Ciekawość i energia gdzieś daleko uleciały. Może wrócą.

Marcin Wroński, Morderstwo bez cenzury, WAB 2010, s. 287 – dobry kryminał, akcja dzieje się w międzywojennym Lublinie. Wiarusi, komuniści, stylizowany język bohaterów i boks. Pierwsza część z cyklu o podkomisarzu Zygmuncie Maciejewskim, obiecująca.

Wojciech Chmielarz, Farma lalek, Wydawnictwo Czarne 2013, s. 372 / kryminał wręcz fantastyczny. Przede wszystkim ogromny i naturalnie, niestylizowanie wypadający język i realizm świata przedstawionego. Bohaterowie drą mordy, rzucają kurwami i to zarówno w sytuacjach ofijalnych, jak i prywatnych. Nie ma upiększania rzeczywistości na potrzebny książki, jest przaśność powszednia, meble z katalogu Black Red White, napoje energetyzujące z Żabki, stosunki rodzinne, w których głębszych uczuć trzeba się domyślać… Przypomina mi trochę Ciemność, prawie noc w wartstwie fabularnej – ale o ile Ciemność jest metafuzyczna, Farma lalek jest naturalistyczna wręcz. Bohaterowie balansują pomiędzy dobrem a złem, a w szarość ich uczynków często przeważają cienie lub brak jest odpowiedzi. Zdecydowanie jedna z lepszych książek ostatnich czasów.

Maria Bulikowska, Mała książka gwary warszawskiej, Babaryba 2013, s. 46 – książka również do kolorowania. Bardzo zabawne przygody myszy, która wyskakuje z pierwszego zdjęcia zrobionego w latach trzydziestych i wraz z królikiem występuje przez następne strony w różnych strojach i sytuacjach, ilustrując powiedzonka pochodzące z gwary warszawskiej. Strasznie zaraźliwe, po przeczytaniu nadużywałam „znakiem tego”, „pani ładna”, „płakać się chce z zachwytu”.

Umberto Eco, O bibliotece, Świat książki 2007, s. 48 – wszystko, co Eco postulował w swoim odczycie z okazji 25. rocznicy Biblioteki Miejskiej w Mediolanie w 1981 r., tzn. żeby biblioteki były otwarte, że musi się bardziej otworzyć na czytelnika i znaleźć rozsądną równowagę pomiędzy zachowaniem a udostępnieniem woluminów się stało i spełniło. Ciekawe, jak wyglądałby taki odczyt obecnie, czyli dobre trzydzieści lat później – jak oceniałby Eco diagnozowane już wtedy problemy z niszczeniem i kradzieżami książek ze strony czytelników z jednej strony, a z drugiej dwubiegunowość polityki wydawców, którzy z uwagi na opłacalność i rewolucję wywołaną fotokopiowaniem książek albo publikują je w dużych nakładach na kiepskim papierze, czyli tanio, skazując je na zapomnienie po 50 latach, kiedy to włóknina takiego złej jakości papieru się rozpadnie, albo w niskich nakładach na dobrym papierze do bibliotek po kilkadziesiąt czy kilkaset dolarów za egzemplarz, które to pozycje będą później nieskończoną ilość razy kopiowane.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011, s. 552 – pięć opowiadań o początkach pracy Wallandera i jego związku z Moną poprzez pierwsze awanse i przeprowadzkę do Ystad aż do sprawy bezpośrednio poprzedzającej „Mordercę bez twarzy”. Bardzo dobre historie kryminalne z wartością dodaną w postaci krótkich obrazków doświetlających postać komisarza-ojca, komisarza-męża, policjanta, syna, czyli to wszystko, co się składa na jego niepowtarzalny styl. I również w tych opowiadaniach pojawiają się przewijające się w twórczości Mankella konstatacje, że to już nie jest ta sama Szwecja, że coś się zmienia, że takich morderstw kiedyś nie było.

1. Kiedy my świętujemy Święto Niepodległości (a przynajmniej usiłujemy…), Niemcy zaczynają karnawał. Dnia 11.11. dokładnie o godzinie 11:11 rozpoczyna się czas karnawałowych pochodów, przebieranek i zabawy, różniące się od siebie w zależności od regionu, który zakończy się w Środę Popielcową. Jednym słowem Fasching, chyba najpiękniejszy, a może i najstarszy w Europie. Szczyt karnawału przypada na tydzień i weekend poprzedzające Popielecm, przy czym szczególne szaleństwo odbywa się w Kolonii. A dziś się tradycyjnie spożywa w dużych ilościach różnymi nadzieniami wypełnione pączki, a czasem psikus-niespodzianka: jeden czy drugi zamiast śliwką czy inną różą nadziany bywa musztardą, trocinami lub cebulą. Mniam. Czas karnawału pieszczotliwie nazywany też bywa Piątą Porą Roku, a gdzieniegdzie w sklepie można też utrafić 11% zniżki.

Pączek z musztardą

Stąd: http://mostrich.net/wp-content/uploads/Senf-Pfannkuchen.jpg

2. A w niedzielę przed pierwszą niedzielą adwentu, który swoją drogą jest obchodzony bardzo uroczyście, z tradycyjnym wieńcem, na którym co niedziela zapala się dodatkową świecę, i z kalendarzm adwentowym, i pewnie wieloma innymi tradycjami, któych nie znam, w Niemczech obchodzi się Niedzielę Zmarłych (Totensonntag). Chodzi się na groby i przyozdabia je wieńcami, świecami i tak dalej, już  w bożonarodzeniowej stylistyce. Święto wywodzi się z tradycji ewangelickiej, ale popularne jest chyba wszędzie, bo Wszystkich Świętych nie jest obchodzone tak, jak u nas i Totensonntag nieźle tę lukę pięlęgnowania pamięci o zmarłych wypełnia.

1. Panama Geisha to odmiana kawy, która po stosownej obróbce smakuje lekko brzoskwinią, bergamotką i jaśminem. Najlepsza – przyrządzana z dripa, bo wtedy dzięki niezbyt gorącej wodzie i wolnym parzeniu  te cytrusowe nuty są najlepiej wyczuwalne. Naprawdę! Oryginalnie pochodzi z Etiopii, jednak jakimś dziwnym sposobem kilka krzaczków zawędrowało aż do Panamy i zostało odkryte na jednej z hacjend w 2004 r. Od tego czasu kawa ta zdobyła pierwsze miejsce w czternastu międzynarodowych konkursach produnktów. Na aukcji jest dostępna raz w roku. Jest pyszna, w Berlinie dostępna w kawiarni Stodoła, o tu. Ciekawostka: w berlińskim wszechobecnym zalewie bio-matek z dziećmi i w sposób dorozumiany masowo dzieciofriendly miejsc, The Barn deklaruje już na wstępie, że to jest miejsce relaksu przede wszystkim dla dorosłych, którzy chcą się oddać delektowaniu różnymi odmianami pysznej kawy. Dlatego rodzice, którzy mają zamiar przyjść z dziećmi powinni mieć to na uwadze i w spósób szczególny uważać na zachowanie swoich dzieci. A także nie puszczać dzieci luzem, ale zawsze trzymać je za rękę. To się okazuje bardzo zrozumiałe, kiedy się znajdzie w środku, zamiast stolików ustawione są stołeczki, siedzi się również na stołkach – całość sprawia wrażenie mocno chybotliwej i w tajfunie energii dziecięcej raczej jej nie wróżę wielkiej żywotności. Ponadto przy wejściu stoi słupek informujący, że prosimy wchodzić bez wózków. Specjalne reguły obowiązują jednak nie tylko rodziców, wszechobecne są też znaczki „No laptops” (obsługa jest raczej angielsko-, niż niemieckojęzyczna). Fokus jest zdecydowanie na kawę.

2. Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi, że Niemcy to kraj stojący informacją, bo i ludzie bardzo się interesują różnymi dziwnymi rzeczami. Biorą je na poważnie i nie żałują pieniędzy, czy to publicznych czy prywatnych, na jej zdobycie. Każda większa gazeta wysyła swoich korespondentów na wschodnie i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nie wiem, jak jest z mid-westem. W Polsce zazwyczaj korespondent jest jeden i chyba tylko telewizję publiczną stać na to, żeby go do Stanów wysłać. Mój M pyta mnie ostatnio: „Czytałaś coś w polskiej prasie o światowym turnieju szachowym?” Oczywiście nie czytałam. Natomiast Die Zeit wysłała do Indii, gdzie ten turniej się odbywa, specjalnego korespondenta-sprawozdawcę… Ech. Chciałabym, żeby tak i u nas można było tworzyć więcej oryginalnych i dobrych tekstów w publicystyce, w końcu Polska reportażem stoi. Tylko jakoś nie w masowych serwisach publicznych, w których pojawiają się artykuły tłumaczone z różnych skutkiem z zagranicznych portali…

3. Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 434 – dopisuję do listy lektur. Doskonałych, zostających w głowie i w duszy książek. Spośród tego rodzaju książek ostatnio czytałam „Korekty” Franzena. Oczywiście po Munro sięgnęłam, bo nie czytałam do tej pory żadnej jej książki, a po pierwsze Nobel, po drugie była mi już polecana przed dwie różne osoby, na których guście polegam. Nie wiem, czy do tej akurat książki wrócę, ale do Munro – z całą pewnośćią.

Czytałam sobie Campus – taki magazyn dla studentów wydawnictwa Zeit. W jednym z artykułów autorka wymienia pięć rodzajów pożegnań, z których trzy przykuły moją szczególną uwagę: typ polski, czeski i rosyjski.

Otóż wychodząc z imprezy po polsku (typ zwany w Anglii wyjściem po francusku, a we Francji wyjściem po angielsku) nie mówi się nic nikomu, zamyka za sobą drzwi, wyłącza telefon komórkowy, nie ogląda za siebie, a następnego dnia traktuje wszystkich i wszystko jak gdyby nigdy nic, bez żalów itepe. Typ czeski to odmiana typu polskiego, z tym że zanim się po cichu zniknie mówi się: To ja się jakoś potem będę zbierać! Typ rosyjski to upgrade typu polskiego: wychodzi się bez pożegnania i wraca za jakiś czas z butelką wódki. Autorka przetestowała i ten sposób, niestety kiedy wracała nikt nie usłyszał jej dzwonienia do drzwi, więc ostatecznie powrót jej nie wyszedł i niemal się rozpłakała nad przyniesioną butelką wina (wódki w sklepie nie było – dziwny kraj, ci Niemcy, u nas nocny sklep bez wódki upadłby po pół roku).

Z żalem stwierdzam, że sympatyczny czeski, ale też rosyjski sposób nie nadają się na pożegnanie starego roku. No bo z butelką wódki w 2012 wrócić się nie da, zapowiedzieć wyjścia – też nie bardzo, koniec nastąpi nieuchronnie tak czy owak i na to, kiedy to będzie wpływu nie mam. Wychodzi więc na to, że jedyny rozsądny sposób pożegnania starego roku, dający namiastkę wrażenia, że to ja panuję nad sytuacją, a nie ten perfidnie mijający czas, jest właśnie wyjście po polsku. Wkroczyć w 2013, nie oglądać się, a wódkę spożytkować w styczniu.

I.

1. września byliśmy na weselu mojej niemieckiej koleżanki. Wesele jak wesele, miło, ładnie, młodzi szczęśliwi, rodziny również. Niemiecki zwyczaj jest taki, że przyjaciele i znajomi przygotowują w prezencie dla młodych oprawę artystyczną przyjęcia. Czasem są to naprawdę jakieś występy artystyczne, czasem komiczne, czasem konkurs, a czasem zabawa integrująca wszystkich obecnych. Również i na tym weselu po obiedzie a przed tańcami zaczęła się część rozrywkowa. Kolega z podstawówki panny młodej zaśpiewał im piosenkę do podkładu zapewnionego przez DJ’a. Piosenka ta w jego wykonaniu – coś z „five minutes of happiness” – bardzo się kiedyś spodobała pannie młodej na jakimś innym weselu, na którym wspólnie się bawili i stąd ten prezent.

Siedzimy więc naszą grupą młodych przy stole i szykujemy się na masę wzruszeń. Dobrze znaliśmy w zasadzie tylko jednego kolegę ze studiów, resztę tak mniej lub bardziej z widzenia. Ów kolega sam świetnie śpiewa i ma za sobą historię występów w zespole niemiecko-francuskim, w którym grał na gitarze i na basie, więc tak nam było na wyrost szkoda wykonawcy, gdyż jego występ zapowiadał się jak popowy kawałek, kiedy to słodki chłopiec śpiewa przysiadłszy z wdziękiem na umieszczonym na scenie barowym stołku, a publika się wzrusza jego słodkością, a nie jakością wykonania.

I taki ten występ też był. Spodziewałam się kilka krytycznych uwag pod adresem estetyki od tego muzykującego kolegi, ale krytyka przyszła z zupełnie innej strony. Bo otóż w ramach wstępu do tej swojej piosenki znajomy panny młodej zagaja tak:

- Dzień jest pamiętny, piękny i szczególny. Niech ta piosenka o pięciu minutach szczęścia będzie życzeniem, by całe wasze wspólne życie było wypełnione takimi pięciominutówkami szczęścia i radości i od dziś się kojarzy właśnie z tym. Pierwszy września – to taka data, z którą z pewnością każdy na tej sali ma związane jakieś wspomnienia. Jest to data tak ważna, tak szczególna, powiązana z wieloma osobistymi historiami. Te skojarzenia, które ta data wywołuje… I żeby dla was od dziś zawsze wiązała się z tymi szczęśliwymi wspomnieniami tego pierwszego września, w którym te pięć minut szczęścia…

Mniej więcej za czwartym tekstem o tych minutach szczęścia w ten szczególny dzień i skojarzeniach z tą datą związanych, pamiętnym pierwszych września itepe mój kolega powiedział do nas: – Co on, do diabła, bredzi? Czy on zwariował? Tak, wszyscy mamy szczególne skojarzenia związane z pierwszym września – wybuch drugiej wojny światowej! – A jego dziewczyna miała tak ironiczną, sarkastyczną minę (siedzieliśmy przy stoliku najbliżej parkietu),  że biedny chłopak się speszył, choć chyba nie do końca rozumiał, skąd ta mina się wzięła, nawet jeszcze nie zaczął śpiewać…

Ale dzięki tym słowom poczułam, jak się wewnętrznie rozluźniam. Bo sama się od dłuższego czasu zastanawiałam, czy to jest normalne, że od otrzymania zaproszenia gdzieś w tyle głowy kołatała mi się myśl, czy chciałabym, żeby data mojego ślubu przypadała na pierwszy września i kojarzyła mi się nie tylko z moim ślubem – jednym z ważniejszych dni mojej osobistej historii? A poza tym, choć poglądów rozrachunkowych jako żywo nie mam i okazji do wypominania nie szukam, to jednak się wkurzyłam podczas tego wstępu i myślałam: Ejże! Z przyzwoitości powinien albo zamilknąć albo, skoro już zabrnął tak daleko, coś powiedzieć i o innych skojarzeniach! Albo że się zagolopował. W końcu byłam na weselu przedstawicieli niemieckiej inteligencji, a to zobowiązuje i chciałabym mieć pewność, że z pewnych rzeczy zdają sobie sprawę. Dobrze, że na mądrych kolegów i ich dziewczyny można liczyć, odetchnęłam z ulgą, że białe wciąż jest białe, a czarne – czarne.

II.

A faux pas zwyczajnie chodzą po ludziach… Zarówno po Niemcach, jak i Polakach. Zanim na to wesele pojechaliśmy, przyszedł do nas do domu kuzyn panny młodej – mieliśmy go ze sobą zabrać, bo jechaliśmy samochodem – wesele było za miastem. Czekaliśmy jeszcze na dwie osoby, więc na czas oczekiwania poczęstowaliśmy go soczkiem. Ponieważ półki w kuchni są u nas otwarte, do szklanki wpadła muszka, wtedy w okresie późnoletnim a wczesnojesiennym pełno ich latało. Przeprosiliśmy, muszkę wyłowiliśmy, a chłopak grzecznie soczek wypił i to nawet ten sam soczek z tej samej szklanki – bo innej nie było, wszystko było w zmywarce… I pojechaliśmy, tylko że niestety troszkę za bardzo zaufaliśmy googlowi i niemal się spóźniliśmy, wpadliśmy do kościoła równo z młodymi. Na szczęście nikt nam nie robił wyrzutów.

III.

Czyli wniosek z tego taki, że mili są nieproblematyczni goście.

Nasza M. była opiekunem wycieczki. W zeszłą sobotę zabrała swoją grupę, w sumie może około 20 osób, na rejs przez lagunę niedaleko Acapulco. W pewnym miejscu laguna łączy się z Oceanem Pacyficznym – wąski przesmyk, ale bardzo ciekawy punkt wycieczkowy, wśród białych plaż i błękitnej, ciepłej jak zupa laguny taki widok na otwarty ocean.  Dwaj miejscowi, młodzi Meksykanie sterujący łodziami ostrzegali M., żeby uprzedziła turystów, że ocean jest dziś bardzo niespokojny, więc kąpiele w oceanie odpadają – program obejmuje podziwianie widoku ogromnych fal, robienie zdjęć na ich tle – ewentualnie  ze wspólnym, zschynchronizowanym podskokiem, pomoczenie stópek. I do domu.

Rzeczywiście, M. mówi, że fale były ogromne. Już gdy zdarzyło się, że liznęły stopy, czuło się ich wielką siłę.

Plan realizowany był w zasadzie całkiem sprawnie, gdy nagle jeden z turystów, niespodziewanie chyba sam dla siebie, a na pewno dla towarzyszącej mu żony i pozostałych uczestników, wszedł do oceanu po kostki, a potem po łydki, a potem po kolana… Kiedy M. to zobaczyła zaczęła krzyczeć, żeby natychmiast wracał, a także do jego żony, żeby go wołała, i tak krzyczały obie, a potem i reszta grupy – ale on jakby nie słyszał. W następnym momencie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał w wodzie po kolana przyszła fala i porwała go daleko od brzegu, w głąb oceanu…  Jeszcze go było widać, machał rękoma unosząc się na jej grzywie, za chwilę znikał, potem znów się wynurzał.

M. natychmiast zadzwoniła po pomoc. A ci młodzi meksykańscy chłopcy pilotujący łodzie, bez wyposażenia, ze świadomością, jak niebezpieczny jest tego dnia ocean, bez choćby kapoka rzucili się płynąć i ratować tonącego. Po chwili przybiegło jeszcze trzech ratowników ze straży przybrzeżnej. Dwóch z nich rzuciło się płynąć w kierunku turysty i tych dwóch chłopców, trzeci – razem z M. poszukali liny, którą zawiązali mu w pasie, i pustego baniaka po wodzie, który służył za koło ratunkowe i jednocześnie sygnalizator, żeby było widać, gdzie się teraz znajduje. Potem ten ratownik pobiegł do wody, a M. trzymała koniec liny. Fala była tak silna, że rzucała mężczyzną to w jedną, to w drugą stronę, a M. biegała z drugim końcem tej liny wzdłuż plaży w promieniu przynajmniej 50 metrów.

Mimo wysokiej fali znaleźli tego turystę, ale nie byli w stanie utrzymać jego głowy na powierzchni. Akcja trwała w sumie  z 15 minut. Kiedy piątka ratowników wyciągała turystę na brzeg byli tak słabi, że nie mogli go utrzymać albo podnieść. Więc ciągnęła go w sumie sama M., krzycząc do zebranych gapiów o pomoc, albo choćby zabranie spod jej bosych nóg popękanych plastikowych butelek, o przesunięcie się i zrobienie miejsca – wszystko na nic. To jest ten fragment opowieści o braku bohaterstwa, niestety. Gapie – w większości miejscowi zamieszkujący pobliską wioskę, stali i się gapili, nawet nie przesunęli się, żeby zrobić miejsce dla wyciągniętego z oceanu człowieka.

M. rzuciła się z masażem serca i sztucznym oddychaniem, wypompowywaniem z niego wody – niestety, wszystko na próżno. Był w wodzie zbyt długo. Prawdopodobnie nie żył już w chwili, kiedy przypłynęli do niego pierwsi ratownicy.

Gdy M. organizowała wszystkie dalsze czynności i starała się ogarnąć swoją grupę oraz świeżą wdowę, która została nią oglądając na własne oczy śmierć męża, trójka przyjezdnych ratowników szybciutko się ulotniła. Jeszcze niechętnie udzielają informacji, jak się nazywają i równie niechętnie obiecują, że tak, zostaną i poświadczą, że starała się ratować i zorganizowała pomoc, a już ich nie było, ledwo M. odwróciła się plecami.

Jest w ludziach irracjonalny lęk przed kłopotami, przed poświadczanie swoim nazwiskiem zdarzeń, przed wplątywaniem się w „nie swoje sprawy”. Być może w Meksyku, gdzie lepiej jest wiele rzeczy nie widzieć i nie wiedzieć, jeszcze większy niż gdzie indziej. Nawet w sprawach jak ta, gdzie ratownicy w nic się nie wplątują – naprawdę przybyli na czas i zrobili co mogli, a może nawet i więcej, choć wiedzieli, że tego człowieka nie da się już uratować i być może ryzykują życie jedynie po to, żeby wdowa mogła zabrać ze sobą i pochować jego ciało.

A dwaj chłopcy pilotujący łodzie zostali z M. aż do końca, aż do zabrania ciała turysty przez przysłany przez miejscowe prosektorium karawan. Pomogli, powiedzieli, że wszystko poświadczą, nawet przewieźli ją i ciało tego człowieka na drugą stronę laguny, bo karawan-quad nie był w stanie jechać po tamtym kawałku plaży. A potem, gdy M. i turyści już wyjechali dzwonili i pytali, czy wszystko załatwiła i czy u niej wszystko w porządku. Niestety, nawet nie znam ich imion, choć rzadko kiedy zdarza mi się tak kogoś podziwiać, jak ich.


  • RSS