rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: podróże

Lektury z zeszłego miesiąca:
10. Patricia Cornwell, Das letzte Revier, 2004, Goldmann Verlag, s. 543 – myślę, że to moja ostatnia przygoda z Cornwell. Pisałam już kiedyś o tej autorce w notce Helikopter, wtedy jej inna książka także nie bardzo mi się spodobała. Ostatni rewir też jest długa i naładowana szczegółami, ale lepiej jakoś się to wszystko trzyma kupy. Zagadką niestety pozostaje, czym jest ten tytułowy ostatni rewir. Ma on znaczenie nie tylko jako tajna organizacja wymierzająca sprawiedliwość na własną rękę (czy tylko poszukującą prawdy? To nie jest do końca wyjaśnione), ale również jako ostatnia wskazówka ukochanego tytułowej bohaterki, który w poprzedniej części opisanej w notce Helikopter zginął był z rąk seryjnej morderczyni. Podobała mi się akcja, typowa, bardzo dobrze poprowadzona akcja kryminalna i sensacyjna właściwie też, naprawdę pełna napięcia i zwrotów oraz zaskoczeń. Cóż z tego, skoro niezależnie od zabiegów autorki zmierzających do ukazania bohaterki od strony tym razem prywatnej i bardzo osobistej, jako kobiety zranionej i znajdującej się w psychicznym dołku po stracie ukochanego, a ponadto po ataku przez aktualnie ściganego seryjnego mordercę pozostaje ona głównie niesympatyczna. Wykorzystuje zakochanego w niej beznadziejnie od lat policjanta Marino i jednocześnie przyjaciela, a oprócz tego czyni pod jego adresem masę niesympatycznych uwag dotyczących jego wyglądu i zachowania, jakby fakt, że się denerwująco zachowuje jakoś wnosił do rozwiązania zagadki albo czynił ją szlachetniejszą i bardziej godną sympatii. Nikt w tej książce nie jest po prostu zwyczajnie normalny, począwszy od głównej bohaterki dr Kay Scarpetty – prawniczki i lekarza sądowego, tylko musi być częścią wyimaginowanego freak party: przyjaciółka Kay, u której ta znajduje schronienie po zamachu oprócz tego, że również ma oczywiście tytuł doktora, jest psychiatrą, która prowadzi psychologiczne sesje terapeutyczne (?), a ponadto jest z pochodzenia Austriaczką. Podczas wojny siedemnastoletnia, w pałacu jej rodziców zaś stacjonowali wówczas esesmani  pilnujący obozu Mauthausem. Jeden z nich regularnie zakradał się nocą do jej pokoju i gwałcił ja, czyniąc ją w tej całej historii również ofiarą i do tego podwójną – jednocześnie spowodował bowiem, że w Stanach nie mogła się do tego przyznać (czy gdziekolwiek indziej zresztą też), ponieważ zostałaby napiętnowana jako ta, która w czasie wojny użyczyła schronienia nazistom. Marino z kolei ma syna, który prowadzi z nim osobistą wojnę i jest adwokatem mafii, a w ogóle to oboje pochodzą z barwnej włoskiej rodziny, która taką dychotomię przeżywa już po raz drugi, ojciec Marino również był tym dobrym policjantem, a jego wujek – złym mafiosem. Związek z zagadką główną tej historii jest, ale znów średni. Lucy, siostrzenica głównej bohaterki Kay Scarpetty, któa w ostatniej notce pilotowała helikopter w sposób brzemienny w skutki i trupy nie może być zwykłą dziewczyną, tylko też jest niezrozumianą przez świat bohaterką, byłą agentką FBI, byłą agentką specjalnej jednostki do walki z pożarami (zapomniałam nazwy), w obu przypadkach wyrzuconą z pracy, lesbijką po zerwaniu ze swoją ostatnią dziewczyną i u progu nowego związku, a do tego geniuszem komputerowym i dzięki temu milionerką. Więc całość jest przeładowana, a mimo tego, że rozrywkowo w porządku i trzyma w napięciu, to jednak dość męcząca. Zabawny szczegół: akcja dzieje się dosłownie u progu nowego tysiąclecia i wszyscy namiętnie używają pagerów :).

11. Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Ludzie przemocy, Amber, Warszawa 2008, s. 335 – że jestem fanką całej serii, pisałam niejednokrotnie, np. w na pół kulinarnej notce Polizei, Polizei, Kartoffelbrei. Ludzie przemocy są ostatnią częścią z serii o Martinie Becku i choćby z tego powodu jest to ważna książka, kończąca cały cykl. Pojawia się tu znów policjant znany Beckowi z Malmö (patrz notka Kartoffelbrei). Jak w całej serii, przewijają się w tej książce znów te same tematy: beznadziejności systemu, który właściwie czyni z ludzi przestępców, nieprzystawalności jednostek do tego systemu, mimo założeń i funkcji aparatu wymiaru sprawiedliwości dojmującego braku ochrony słabszych jednostek, nie tyle przed przestępstwami i przestępcami, ale przed samym państwem i jego środkami. Znów pojawia się temat terroryzmu i przemocy wymierzonej w ludzi o nieakceptowanych poglądach. Książka jest naprawdę bardzo dobra już konstrukcyjnie. Widać kilka aktów takiej przemocy i widać też, jak trudno jest przeoczyć czyjąś tragedię, jak różne mogą być motywacje popełnienia przestępstwa, a choć cała seria traktuje w zasadzie o zawodności systemu państwa, tak naprawdę autorzy pokazują ludzi, pojedynczych, którzy się na ten system składają. Mogą być sympatyczni albo nie, skuteczni, bardzo skuteczni albo nieludzko nieudolni. Pokazane jest nie jak jakiś aparat bezpieczeństwa troszczy się o bezpieczeństwo gościa zza granicy, ale jak ta odpowiedzialność spoczywa na kilku grupach ludzi, kierowanych przez konkretnych, znanych czytelnikowi również z poprzednich części bohaterów. Ma się trochę wrażenie przebywania w biurze policji, odczuwania sytuacji jak zza własnego biurka.

Sjöwall i Wahlöö nie można moim zdaniem czytać ciągiem, wszystkich części po kolei, bo wciąż piszą o tych samym problemach i to się bardzo zlewa. Ale taka lektura co jakiś czas poraża wręcz krytycyzmem, przenikliwośćią, ale uzasadnioną i bardzo ludzką w rzeczywistości. Krytyka systemu i jego opresyjności jest tyleż krytyką głupoty i nieudolności w wyborze właściwych osób na właściwe miejsce. Przez to jest też w jakimś tam stopniu krytyką ludzkich przywar i tak naprawdę też niemocy poradzenia sobie z nimi, czy to przez system, czy przez kolegów. Zawsze, jak czytam ten duet, poraża mnie trafność tej obserwacji i prostotę pomysłu, żeby takich ludzi po prostu pokazać jako składowe systemu państwowego, który nieludzki i opresyjny jest sam ze swojej natury, a także po prostu życia.

12. Agatha Christie, Autobiografia, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2010, S. 478 (ale na pewno są też inne wydania, wcześniejsze, bo już kiedyś tę książkę czytałam).

Ta książka sprawiła mi zdecydowanie najwięcej przyjemności. Wprawdzie z cielęcego zachwytu książkami Christie już wyrosłam (Boże, pomyśleć, że kiedyś byłam przekonana o tym, że kryminał równa się Christie i że nic na tym polu mnie już nigdy nie zachwyci), ale wciąż mam do niej jako autorki ogromny sentyment. Kierując się tą motywacją książkę nabyłam, a potem czytając przypomniałam sobie, jak cudowne są autobiografie i pamiętniki z czasów nieodległych, o których jeszcze wciąż dużo wiemy, które obejmujemy pamięcią lub znamy trochę poprzez pamięć naszych dziadków, a jednak wspomnienia te pełne są szczegółów zaskakujących, ciekawych, zapomnianych… Uderzyło mnie na przykład, jak wiele kiedyś podróżowano i jak bardzo niezgodne z dzisiejszą political correctness były relacje z nich. Rdzenni mieszkańcy są traktowani z góry, trochę z lekceważeniem, pobłażliwością, w najlepszym wypadku bez pogardy i to jest całkowicie normalne. To na pewno brało się także z tego, jak pisały gazety i w jakim tonie generalnie odbywała się publiczna narracja. Nawet Arabowie, dla któych podczas swoich pierwszych wykopalisk z mężem Maxem zorganizowali na zakończenie święto i zawody, pojawiają się w większości jako bezimienna masa, wieśniacy, którzy pomagali na wykopalisku. Dopiero w innym fragmencie Christie wspomina z sentymentem, że pamiętali ją i pozdrawiali na ulicy. Dzisiaj już pewnie takiego opisu się nie spotka: „Jak wspaniale mieć takich przyjaciół. Serdecznych, prostych, pełnych radości życia, zawsze skłonnych do śmiechu. Arabowie są niebywale pogodni, a do tego niebywale gościnni. Kiedy się idzie przez wioskę, znajomy robotnik natychmiast wybiega z domu, zaprasza na kubek zsiadłego mleka. Miejscy effendi w fioletowych garniturach bywają uciążliwi, lecz ludzie ziemi to dobrzy kompani, wspaniali przyjaciele. Jakże kochałam tę część świata. Nadal ją kocham, zawsze będę kochać.”

Z natury rzeczy bardzo wyidealizowane są wspomnienia Christie z Torquay i jej domu rodzinnego w Ashley. Z tego wychowania, w którym powszechne było, jak Chrisite pisze, pozornegpodporządkowanie kobiety mężczyźnie jako głowie domu, bierze się specyficzne postrzeganie roli kobiety obecne również w jej książkach. Chyba jedyną naprawdę niezależną i wyemancypowaną kobietą nowego typu jest u Christie Henrietta Savernake, rzeźbiarka i malarka z Niedzieli na wsi. Pięknie Christie opisuje ten etap swojego życia, zwłaszcza czas wchodzenia w dorosłość, pierwsze zakochanie, bywanie na przyjęciach. Uroczy i dziewczyński jest np. opis jednego z jej ówczesnych strojów, jak pisze „sportowego”, tweedowego kostiumu w kratę i pięknego toczka w brązach. Pisała, że mimo iż podróżowała drugą klasą, uważana była za lady, kiedy go ubierała… Później Chrisite wspomina też swój czas pracy w szpitalu i w aptece. W czasie pierwszej wojny światowej wszystkie lekarstwa były mieszane ręcznie przez farmaceutę, kiedy człowiek sobie ten fakt uświadomi, to od razu pojawia się pytanie, ile lekarstw było wadliwych przez sam fakt omylności ludzkiej. Zresztą o jednym roztargnionym farmaceucie Chrisite nawet wprost pisze. Podczas drugiej wojny większość lekarstw była już produkowana fabrycznie, farmaceuci głównie je wydawali, a produkowali nieliczne.

Co ciekawe, w czasie pierwszej wojny farmaceutą mógł zostać może nie każdy, ale każdy kto miał ochotę i nie był totalnym niezdarą. Chrisite pisze, że podstaw pracy uczyła ją żona aptekarza. Najpierw mieszała wszystko pod jej nazdorem, jakieś proste rzeczy, później stopniowo sama, aż w końcu po wojnie zdała państwowy egzamin. Który z pewnością nie był prosty i musiała się do niego uczyć, ale jak się pomysli, ile dziś trzeba studiować farmację, ile egzaminów trzeba złożyć, zanim człowieka w ogóle dopuszczą do leków, to jednak myślę, że pewne zalety ten system przedwojenny miał, taki w któym trzeba było pokazać najpierw w praktyce, czy człowiek sobie z chemią radzi… A że nie było matur i ludzie mieli za sobą najróżniejsze ścieżki edukacyjne, dostęp do tego zawodu – jak byśmy pewnie powiedzieli dzisiaj – był bardziej otwarty.

Christie ciekawie też pisze o zaopatrzeniu w czasie wojny. Ponieważ mięso i w ogóle wiele produktów było racjonowanych, przez trzy lata nie jadła np. pieczeni wołowej i po prostu porządnego kawałka mięsa. Po wojnie wraz z mężem przeprowadziła się do Londynu, gdzie prowadziła własne gospodarstwo domowe, co w tych czasach oznaczało, że miała kucharkę. Kiedyś ktoś przyniósł do domu kawałek pieczeni i kucharka stwierdziła, że wygląda nieciekawie. DLa Christie to był najciekawszy widok od trzech lat, czego nie omieszkała powiedzieć. Wówczas okazało się, jak w gruncie rzeczy cierpieli państwo z towarzystwa, zdani na służbę i nie zaopatrujący się we własnym zakresie. Służba wcale aż tak odcięta od dóbr racjonowanych nie była, ponieważ każdy miał gdzieś brata, szwagra albo kuzyna, który pracował przy tych dobrach i mógł coś dostać, a potem wymieniał a to na masło, a to na mleko itd. Pierwszeństwo miała zawsze rodzina, więc państwu się nic nie dostawało… Christie wspomina też, że podczas drugiej wojny w oblężonym Londynie było jeszcze bardziej niesprawiedliwie, bo w restauracjach te wszystkie racjonowane dobra były i ten, kto miał pieniądze mógł przez całą wojnę dobrze zjeść.

Na koniec jeszcze Agatha Christie o jej osobistym stosunku do tego, co przyniosło jej sławę:

„Historie kryminalne to nader wdzięczny typ literatury – choćby dlatego, że ma się do wyboru tyle rozmaitych odmian: lekką powieść sensacyjną, szczególnie przyjemną w pisaniu; skomplikowaną powieść detektywistyczną o zawiłej fabule – ta jest ciekawa z technicznego punktu widzenia, wymaga mnóstwo pracy, lecz zawsze daje satysfakcję; i wreszcie powieść detektywistyczna, któa wyraża swego rodzaju pasję – pasję ocalenia niewinności. To bowiem niewinność się liczy, a nie wina.

Mogę się wstrzymać z wydaniem sądu o mordercy, uważam jednak, że ktoś taki zagraża całej społeczności; wnosi wyłącznie nienawiść, odbiera zaś wszystko, co tylko zdoła. Chętnie uwierzę, że już się taki urodził, że to swoiste kalectwo, może nawet zasługujące na litość. Niemniej mordercy nie wolno oszczędzać, podobnie jak by się nie oszczędzało człowieka, któy w średniowieczu wymyka się z wioski idotkniętej zarazą i wkracza pomiędzy niewinne zdrowe dzieci w wiosce sąsiedniej. Niewinnych trzeba chronić; trzeba im zapewnić spokój i bezpoeczeństwo, niech żyją bez lęku w ludzkiej gromadzie. Przerażające, ale niewinni właściwie nikogo nie obchodzą.”

Nasza M. była opiekunem wycieczki. W zeszłą sobotę zabrała swoją grupę, w sumie może około 20 osób, na rejs przez lagunę niedaleko Acapulco. W pewnym miejscu laguna łączy się z Oceanem Pacyficznym – wąski przesmyk, ale bardzo ciekawy punkt wycieczkowy, wśród białych plaż i błękitnej, ciepłej jak zupa laguny taki widok na otwarty ocean.  Dwaj miejscowi, młodzi Meksykanie sterujący łodziami ostrzegali M., żeby uprzedziła turystów, że ocean jest dziś bardzo niespokojny, więc kąpiele w oceanie odpadają – program obejmuje podziwianie widoku ogromnych fal, robienie zdjęć na ich tle – ewentualnie  ze wspólnym, zschynchronizowanym podskokiem, pomoczenie stópek. I do domu.

Rzeczywiście, M. mówi, że fale były ogromne. Już gdy zdarzyło się, że liznęły stopy, czuło się ich wielką siłę.

Plan realizowany był w zasadzie całkiem sprawnie, gdy nagle jeden z turystów, niespodziewanie chyba sam dla siebie, a na pewno dla towarzyszącej mu żony i pozostałych uczestników, wszedł do oceanu po kostki, a potem po łydki, a potem po kolana… Kiedy M. to zobaczyła zaczęła krzyczeć, żeby natychmiast wracał, a także do jego żony, żeby go wołała, i tak krzyczały obie, a potem i reszta grupy – ale on jakby nie słyszał. W następnym momencie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał w wodzie po kolana przyszła fala i porwała go daleko od brzegu, w głąb oceanu…  Jeszcze go było widać, machał rękoma unosząc się na jej grzywie, za chwilę znikał, potem znów się wynurzał.

M. natychmiast zadzwoniła po pomoc. A ci młodzi meksykańscy chłopcy pilotujący łodzie, bez wyposażenia, ze świadomością, jak niebezpieczny jest tego dnia ocean, bez choćby kapoka rzucili się płynąć i ratować tonącego. Po chwili przybiegło jeszcze trzech ratowników ze straży przybrzeżnej. Dwóch z nich rzuciło się płynąć w kierunku turysty i tych dwóch chłopców, trzeci – razem z M. poszukali liny, którą zawiązali mu w pasie, i pustego baniaka po wodzie, który służył za koło ratunkowe i jednocześnie sygnalizator, żeby było widać, gdzie się teraz znajduje. Potem ten ratownik pobiegł do wody, a M. trzymała koniec liny. Fala była tak silna, że rzucała mężczyzną to w jedną, to w drugą stronę, a M. biegała z drugim końcem tej liny wzdłuż plaży w promieniu przynajmniej 50 metrów.

Mimo wysokiej fali znaleźli tego turystę, ale nie byli w stanie utrzymać jego głowy na powierzchni. Akcja trwała w sumie  z 15 minut. Kiedy piątka ratowników wyciągała turystę na brzeg byli tak słabi, że nie mogli go utrzymać albo podnieść. Więc ciągnęła go w sumie sama M., krzycząc do zebranych gapiów o pomoc, albo choćby zabranie spod jej bosych nóg popękanych plastikowych butelek, o przesunięcie się i zrobienie miejsca – wszystko na nic. To jest ten fragment opowieści o braku bohaterstwa, niestety. Gapie – w większości miejscowi zamieszkujący pobliską wioskę, stali i się gapili, nawet nie przesunęli się, żeby zrobić miejsce dla wyciągniętego z oceanu człowieka.

M. rzuciła się z masażem serca i sztucznym oddychaniem, wypompowywaniem z niego wody – niestety, wszystko na próżno. Był w wodzie zbyt długo. Prawdopodobnie nie żył już w chwili, kiedy przypłynęli do niego pierwsi ratownicy.

Gdy M. organizowała wszystkie dalsze czynności i starała się ogarnąć swoją grupę oraz świeżą wdowę, która została nią oglądając na własne oczy śmierć męża, trójka przyjezdnych ratowników szybciutko się ulotniła. Jeszcze niechętnie udzielają informacji, jak się nazywają i równie niechętnie obiecują, że tak, zostaną i poświadczą, że starała się ratować i zorganizowała pomoc, a już ich nie było, ledwo M. odwróciła się plecami.

Jest w ludziach irracjonalny lęk przed kłopotami, przed poświadczanie swoim nazwiskiem zdarzeń, przed wplątywaniem się w „nie swoje sprawy”. Być może w Meksyku, gdzie lepiej jest wiele rzeczy nie widzieć i nie wiedzieć, jeszcze większy niż gdzie indziej. Nawet w sprawach jak ta, gdzie ratownicy w nic się nie wplątują – naprawdę przybyli na czas i zrobili co mogli, a może nawet i więcej, choć wiedzieli, że tego człowieka nie da się już uratować i być może ryzykują życie jedynie po to, żeby wdowa mogła zabrać ze sobą i pochować jego ciało.

A dwaj chłopcy pilotujący łodzie zostali z M. aż do końca, aż do zabrania ciała turysty przez przysłany przez miejscowe prosektorium karawan. Pomogli, powiedzieli, że wszystko poświadczą, nawet przewieźli ją i ciało tego człowieka na drugą stronę laguny, bo karawan-quad nie był w stanie jechać po tamtym kawałku plaży. A potem, gdy M. i turyści już wyjechali dzwonili i pytali, czy wszystko załatwiła i czy u niej wszystko w porządku. Niestety, nawet nie znam ich imion, choć rzadko kiedy zdarza mi się tak kogoś podziwiać, jak ich.

Było sobie jezioro w Zachodniopomorskiem. Nad jeziorem dwie wioski na przeciwległych brzegach. Potem przyszła Unia i teraz jest tak: na jednym brzegu wypielęgnowane, długie, drewniane molo, ścieżka wzdłuż brzegu wyłożona granitową kostką w trzech kolorach, wzdłuż ścieżki tablice informacyjne o dinozaurach i innych wymarłych gatunkach, których ślady, tropy i pozostałości w okolicy bada niedaleki ośrodek, a nad jeziorem kilku ratowników, boje i wydzielone kąpieliska.

Po drugiej stronie dzika plaża z zaniedbanym, popeerelowskim ośrodkiem z wczasowymi domkami z dykty i polem namiotowym. Wypożyczalnia kajaków i rowerów wodnych, prowadzi ją lekko podpity, ale bardzo miły pan, który udostępnia sprzęt za niewielką opłatą, o paragonach nikt nie wspomina. Pan na koniec informuje: – Wiecie państwo, tam po drugiej stronie jest taki ośrodek, za unijne pieniądze wybudowany. Ale u nas na plaży można bardziej tak, no,  swobodnie, a tam to tylko po wyznaczonych ścieżkach…  Wszystko tak oficjalnie… Dlatego wszyscy siedzą tu.

Przymierzałam się do napisania notki na temat tego, jak to moje miejsce zamieszkania różni się bardzo wyglądem i mentalnością od mojego miejsca pracy. Kto widział, ten wie: Berlin (niegdyś) wschodni i zachodni nawet po dwudziestu latach od zjednoczenia dzieli przepaść w stylu bycia i wyglądzie ludzi na ulicy. I w języku chyba też. Ale dzisiaj poszłam na wspólny obiad z nowymi współpracownikami i okazało się, że różnic żadnych nie ma. Ludzie w moim nowym miejscu pracy jest tak samo przaśni i bezpośredni, jak ludzie po drugiej stronie dawnego muru. Ten sam rodzaj humoru, tak jak to Niemcy tylko potrafią.

Rozmowa toczy się na temat dyscypliny w domu i jakie są nastolatki – dzieci współpracowników – w wydaniu domowym. Usłuchane czy nie? W dobrotliwej krytyce i żartach pobrzmiewa oczywiście rodzicielska duma, jakie te dzieci są w gruncie rzeczy fajne. ( Na marginesie. Nie mogłabym być nauczycielką – nie dałabym sobie rady z rozmaślonymi na tle własnych pociech rodzicami, tkwiącymi w błędnym przekonaniu, że są obiektywni i zdrowo krytyczni. Jak tu przekazać konieczność wpłynięcia na pociechę, bo coś robi źle? Oberwie nauczyciel…) Nieuchronnie schodzi na tematy seksu nastolatków. Pan K. chwali się: – Z moim synem odbyłem dwie męskie rozmowy. Podczas pierwszej syn mi powiedział: „Tato, od trzech tygodni mam dziewczynę. Pewnie Ci kamień spadł z serca, że nie jestem gejem?” Podczas drugiej podszedł do mnie i mówi: „Tato, chcesz zostać dziadkiem?” No to ja mówię, że oczywiście, że nie. Na to mój syn wyciąga rękę i mówi: „To daj mi kasę na kondomy”.

Do rozmowy wtrąca się pani P.
- No, takie sprawy z mężczyznami załatwia się łatwiej i konkretniej. Ja też nie rozmawiałam z córką, tylko wzięłam jej chłopaka na bok i powiedziałam mu, że E. może i owszem zażywać pigułkę, ale ty i tak masz używać kondomów. No, bo ona zapomina czasem, a poza tym kondom chroni nie tylko przed ciążą, jeśli wiecie co mam na myśli…

No brawo. Ogólna radość. Teraz nie wiem, czy to stopień bezpośredniości pozostawił we mnie pewien niesmak, czy ta ukryta duma rodziców z tego, że są tacy luźni i tak sobie młodzieżowo i bezpośrednio o seksie mogą z dziećmi pogadać, nawet pożartować, dobrotliwie, nie tracąc autorytetu na siłę udając kogoś, kogo kim nie są.

Na szczęście przerwa obiadowa trwa tylko 45 minut. Ale teraz muszę czekać na jakieś nowe wydarzenia, żeby móc napisać notkę o różnicach między wschodnim i zachodnim Berlinem. Bo na dzień dzisiejszy raczej jestem przekonana, że różni się tylko architekturą i wyglądem ulic, w tym ludzi na tychże ulicach. Może powinnam zrobić fotonotkę.


  • RSS