rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: postanowienie

Śniło mi się dzisiaj, że z okazji zeszłorocznych obchodów dwudziestopięciolecia pierwszych wolnych wyborów w Polsce Kancelaria Prezydenta zorganizowała konkurs na drink o nazwie Gloria victis. Drink bardzo się przyjął i miał dobrą prasę jako niespiżowy przykład radosnej pamiątki ważnego wydarzenia, istotnego dla wszystkich obywateli. I umożliwiający jednocześnie gromadne obchodzenie kolejnych rocznic. A wszystko to okazało się dość ironiczne teraz, po roku, kiedy w powietrzy znów wisi strach przed Rosją i ekspansywnymi planami Putina.

A później przyśniła mi się Joanna Bator, która niespodziewanie okazała się moją sąsiadką z lewej strony w podróży jakimś metrem. Była bardzo miła i podpisała mi mój egzemplarz „Ciemno, prawie noc”, który jak się okazało właśnie miałam ze sobą i z zachwytem czytałam. Niestety, z tego wszystkiego tylko ten zachwyt książką jest prawdziwy…

Bilans roku 2014: 39 książek. Bez szaleństwa…

Na otwarcie roku 2015:

1. Mikołaj Golachowski, Morux, Pupy, ogonki i kuperki, Babaryba 2014, s. 135 (z ilustracjami)

2. Pamela Druckerman, W Paryżu dzieci nie grymaszą, Wydawnictwo Literackie 2013, s. 350

1. Na początku stycznia moja koleżanka przesyła mi zawsze listę swoich lektur z zeszłego roku wraz z rekomendacjami i wprost przeciwnie. Tym razem zdążyła mi przesłać podsumowanie tymczasowe, bo dawno nie pisałyśmy, więc poczułam się zmobilizowana do uzupełnienia swojej i… z przerażeniem stwierdziłam, że nie pamiętam, co ja ostatnio czytałam. Po części dlatego, że nie czytam ostatnio jakoś wiele, po części zaś ponieważ sprzątnęłam zakurzoną w międzyczasie już z lekka kupkę, na którą odkładam przeczytane rzeczy, żeby nie kurzyła się dalej i nie blakła. Ale niech spiszę chociaż, co pamiętam…

2.Lista osobista:

Björn Süfke, Männerseelen, Goldmann, 3. Aufl. 2010, S. 280 – chyba to sprzedam, choć książka w sumie niezła. Ma niby że odkrywać tajniki męskiej duszy, pokazane z perspektywy psychoterapeuty od mężczyzn, opisującego typowe męskie problemy w opakowaniu „podróży”, zwiedzania terenów męskiej psyche jak wyprawy podróżniczej itepe. Dobra ta książka, ale jednak zwłaszcza jak ją czyta mężczyzna sam dla siebie, ewidentnie nie jestem targetem.

Edgar Noske, Der Fall Hildegard von Bingen, Emons Verlag 1999, S. 280 – bardzo przyjemny kryminał osadzony w czasach średniowiecznych, wokół Hildegard z Bingen. Trochę dla młodszego czytelnika, ale starszy ma również uciechę. Spora dawka humoru. Uwaga! Zawiera elementy typowego utworu niemieckiego, co oznacza, że pada przynajmniej jeden dowcip o trawieniu i jego efektach.

Marek Andrzejewski, Domy na piasku, Media Rodzina 2007, s. 207 – o realiach życia w polskim domu dziecka z perspektywy wychowawcy. Pozycja obowiązkowa, jeśli ktoś interesuje się tym, jak naprawdę wygląda przedstawiane jako cukierkowo-laurkowe życie sierotek, które wyglądają rodziców zastępczych, którzy dadzą im miłość.

Robert Galbraith, Cockoo’s Calling, Little, Brown Book Group 2013, pp. 449 – fantastyczny kryminał J.K. Rowling, wydany pod pseudonimem i uznany za bardzo dobry jeszcze zanim wyszła na jaw prawdziwa tożsamość autorki. Wątek kryminalny trochę do doszlifowaniai poprawienia, ale podobno będą kolejne powieści o Cormoranie Strike’u, więc jest pole do popisu i poprawy. Czyta się świetnie i porusza ważną tematykę.

Karolina Korwin-Piotrowska, Bomba, The Facto 2013, s. 323 – bardzo pouczająca książka, zwłaszcza dla osób takich jak my, którzy nie posiadamy telewizora i wiedzę o polskim szołbiznesie mamy pełną luk w najlepszym wypadku, przypadkiem jej nie mamy szans zdobyć z racji miejsca zamieszkania i raczej też na aktywne jej zdobywanie akurat w tym zakresie byśmy nie wpadli.

3. Ostatnim razem pisałam o tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Jak wielka więc była moja radość, gdy wygrała tegoroczną nagrodę NIKE! Należało jej się bardzo.

I. Nie wiem, czemu tłumaczka z tęsknej, czułej "my Lovely" uczyniła protekcjonalną "laleczkę" w stylu macho lub protoplasty dresiarza. Mimo tej niezbyt wdzięcznej "laleczki" książka ma przejmującą wymowę. Może i jest głównie o odchodzeniu i o pozwalaniu kochanej osobie na odejście, o pożegnaniu i o akceptacji niełatwej prawdy, ale najbardziej ta książka stała się dla mnie książką o strachu. 

Kiedy zaczynałam czytać Żegnaj, laleczko akurat też zaczynałam pracę. Fantastyczną, interesującą, niepewną od samego początku i kiepsko płatną, ale bardzo rozwijającą i sprawiającą ogromną radość. Skończyłam tę książkę, choć krótką, dopiero w zeszłym tygodniu i tak się złożyło, że wypadło to dokładnie ostatniego dnia mojej pracy. Melancholijna książka i melancholijny nastrój. Marlowe w przedostatnim rozdziale książki musi skontaktować się z Myszką Malloyem aby rozwiązać sprawę, ale najpierw musi go odnaleźć. Myszka Malloy ukrywa się, ponieważ szuka go policja, a ukrywając korzysta z pomocy osób, które prowadzą nielegalne salony gry, hadlują nielegalnymi substancjami lub prowadzą inne działania wykraczające poza granice prawa, będąc przy tym chronione przez policję (skorumpowanie na jednym odcinku nie oznacza, że zaniechane zostaje ściganie na innych odcinkach – szczególnie, jeśli zależy na nim innym wpływowym osobom) oraz miejskich polityków, i dlatego naprawdę trudno i niebezpiecznie jest do nich dotrzeć. Myszka podobno ma być na statku z salonem gry.

"-Boję się – powiedziałem nagle. – Boję się jak cholera.

Czerwony zdławił silnik i łódź zaczęła ślizgać się po fali, jakby to woda pod spodem się poruszała, a ona stała w miejscu. Odwrócił twarz i spojrzał na mnie.

- Boję się śmierci i rozpaczy – mówiłem. – Czarnej wody i twarzy topielców, i czaszek z pustymi oczodołami. Boję się umierania i zapadania w nicość, boję się, że nie znajdę tego Brunette’a."

Potem Marlowe chce dopłacić wynajętemu Czerwonemu jeszcze trochę pieniędzy – mówi, że za zajęcie się jego ciałem jak własnym, gdyby jego powrót z tego statku okazał się pluśnięciem prosto do oceanu. Czerwony odmawia, wie, dlaczego Marlowe chce płacić, mówi: Chyba się boisz, szefie. 

To ta scena stanowi o tym, że "Żegnaj, laleczko" jest Chandlera najlepszą książką. Nigdzie indziej nie dochodzi do głosu w tak przejmujący i dosłowny sposób to, że Marlowe, mimo że działa jak ostatni sprawiedliwy w świecie podłości i brudnych interesów, tak zwyczajnie i po ludzku się boi. 

Ja dostałam z mojej pracy świetne referancje, które na rynku nie są specjalnie nic warte. I boję się wszystkiego, co teraz z pracą jest związane – że jej nie znajdę w ogóle, że ją znajdę, ale będzie nieinteresująca i nierozwojowa, że mi zabierze cały czas i nigdy nie skończę innych projektów, że tych innych projektów i tak nie mogę skończyć i może nie umiem, że nie wiem, czy chcę i czy mi są do czegoś potrzebne, że jestem z tym sama i nie widzę punktów orientacyjnych na horyzoncie, które normalnie zawsze stanowią wskazówkę, kiedy nie wiem co zrobić, że będę musiała konfrontować się z ludźmi, którzy uważają, że mi pomagają, a dla mnie to pomoc nie jest i wcale jej nie chcę, że nie będę się umiała odpowiednio zdystansować od zdania tylu ludzi, którzy uważają, że mają prawo uważać co ja powinnam robić i jaka być i mówić mi o tym.

Chętnie bym też komuś zapłaciła, żeby mi zabrał kawałek tego strachu, ale albo skończę biedniejsza, albo ktoś mi uczciwie powie, jak Czerwony Marlowowi: "Schowaj swoją forsę. Zapłaciłeś mi za drogę z powrotem. Mam wrażenie, że się boisz. – Wziął mnie za rękę. Jego ręka była silna, twarda, ciepła i trochę lepka. – Wiem, że się boisz – szepnął."

II. "Żegnaj, laleczko" wcale nie była ostatnią książką z pierwszej puli postanowienia noworocznego. O tym, jak bardzo się pomyliłam napisała czujna Baz. Pomyłka wynika stąd, że gdy numeruję kolejne notki to czytam tytuł ostatniej i jej numerek, a jeśli książek w notce było wspomnianych więcej, to ich nie pamiętam. Strasznie niewygodny system liczenia sobie zorganizowałam, w przyszłym roku po prostu wszystko ponumeruję po kolei i już. A skoro jedną część postanowienia mam za sobą, to reszę, czyli drugie 24 książki będę numerować po kolei.

Poza Chandlerem od ostatniej notki przeczytałam jeszcze obydwie wydane przez Bloomsbury Berlin książki sióstr Mulgray: Die Spur des Verdachts i  Die Teneriffa connection. Odpowiednio 2009 i 2010 r., obydwie około 370 str. A w ciągu ostatniego tygodnia Harry Potter and the Philosopher’s Stone. Czyli obecnie czytana przeze mnie Harry Potter and the Chamber of Secrets to czwarta książka. Dwadzieścia to go! A Baz czuwa :)

3. Patricia Cornwell, Point of Origin, Penguin 2001, s. ok. 300

Strasznie długa pogoń za seryjną morderczynią, która, złapana siedem lat wcześniej przez bohaterki, uciekła z zamkniętego zakładu psychiatrycznego i coś knuje. Pełna szczegółów, przytacza np. średnio istotnymi, słyszanymi  przypadkowo rozmowami osób siedzących przy stolikach obok bohaterki, męcząca. Przez tę kronikarską drobiazgowość całość jest niestety raczej przyciężka.

Był jeden zabawny dialog nt. kempingu i węży. Który jednak może kiedy indziej, bo najpierw musiałabym znaleźć książkę…

A w rolach głównych występują: po stronie zabójcy ogień, po stronie bohaterek helikopter. Stopień szczegółowości wyjaśnień dotyczących pilotowania takiego helikoptera skutecznie zastąpiłby część teoretyczną szkolenia na pilota.

5. Katarzyna Bonda, Sprawa Niny Frank, Katowice 2007, ok 300 stron, wyd. Videograf II

Wciągający kryminał, w któym powtarza się psychologicza analiza sprawcy znana z chronologocznie późniejszej książki "Zbrodnia niedoskonała", o któej pisałam niedawno. "Sprawa Niny Frank" stanowi takie rozwinięcie i pogłębienie jednego z rozdziałów o zabójscy seryjnym, z zaburzeniami psychicznymi. A fabuła przepleciona jest wątkiem osobistym z życia profilera, tłem społecznym i kolorytem lokalnym życia w małej podlaskiej wiosce oraz obrazem blichtru życia w środowisku medialym. Do tego jedną z osi stanowią wątki magiczne, runiczne znaki i przepowiednie. 

Nie chcę się czepiać niepotrzebnie, bo książka naprawdę świetna, ale te znaki runiczne i motywy magiczne to mi trochę za dużo było do kryminału. Już mieszanka wielkiej warszawki, świata mediów i małej prawosławej wioski stanowiła dość oszałamiający koktail, ale z drugiej strony: dzięki tym runom i metafizyce powieść bardziej staje się opowieścią o mechanizmach życia, które pozostają poza wpływem człowieka.

To z kolei stanowi ciekawą kontrtezę wobec założenia, że zbrodnie wynikają z jakiejś sekwencji ludzkich zachowań, skutków zatajania informacji, sekretów wychodzących na jaw, tłamszonych uczuć, krzywdzenia się nawzajem bez zadośćuczynienia. Bo w tym ujęciu zbrodnia to jest skutek działań ludzi – kiedyś – niesprawiedliwości, głupoty, okrucieństwa, żądzy władzy, demonów drzemiących w człowieku. Zbrodnia stanowi walkę z chaosem, próbę przywrócenia porządku. Tu u Bondy zbrodnia nie jest przykładem układania relacji po zaburzeniu ich działaniem człowieka, jest przedstawiona w rezultacie jako skutek działania demonów, fatum. Magii. Czy jest mistrzowski i na najwyższym literackim poziomie nie wiem, mam wątpliwości, ale mnie się podoba.

Artur Górski w artykule w "Uważam Rze" zwracał uwagę na odważny, świeży w Polsce język, którym autorka opanowała temat seksu bardzo silnie obecnego w powieści jako istotny element fabuły i budowania obrazu postaci. Zgadzam się z tym bardzo – język to jeden z ogromych atutów tej książki, bogaty i autentyczny, dopasowany do ról i pozaujący ucho, oko i społeczny pazur autorki. Często czytając kryminały – czy w ogóle powieści – ma się wrażenie sztuczności. To nie jest jeden z tych przypadków.

10. Joanna Lamparska, Niezwykłe miejsca wokół Wrocławia. Tajemnice, skarby, pałace. Przewodnik inny niż wszystkie, kierunek południowy zachód, część 3, Asia Press, Wrocław 2006, s. 296

Pisałam już m.in. o tej książce tu. Skończyłam powyższą i dwie historie szczególnie mi się spodobały. Jedna dotyczy krzyża pokutnego w Psarach koło Brzegu (s. 271). Jest tam zespół dworski z XIX w., jest park, kościół sprzed 1375 r. i jest też właśnie krzyż pokutny. Krzyże pokutne są bardzo ciekawym zabytkiem dawnego prawa karnego – wywodzącego się z Eulenspiegel (Zwierciadło Saskie) i upowszechnionego podczas osadzania miejscowości na prawie niemieckim głownie na terenie Śląska, ale nie tylko. Przypomniało mi to różne dawne sankcje karne. Długi czas taką sankcją za zabójstwo była zemsta członków rodziny ofiary na rodzinie zabójcy (o ile był znany) albo ugoda (compositio), która ustanawiała sumę pogłównego i szereg róznych obowiązków względem rodziny ofiary, względem wspólnoty i względem Kościoła (które były związane z oczyszczeniem duszy zabitego). Wykonanie ugody oraz sam fakt dokonanego zabójstwa upamiętniany był postawieniem krzyża pokutnego. Potem prawo zaostrzono. Chciałam sobie więcej na ten temat poczytać, ale się okazało, że książkę w tym temacie pomocną chyba zostawiłam gdzieś u babci na strychu na przechowaniu… No trudno. Ale historia dawnego prawa karnego jest bardzo ciekawa. Niedawno sobie myślałam, czy wiele zbrodni dawniej było wykrywanych i jak, czy na jakich podstawach były wykrywane – skoro nie było policji i pionu śledczego to obowiązek ten spoczywał na członkach rodziny. Jakie zbrodnie były niewykrywane, jaki był statystyczny i instytucjonalny obraz działań śledczych? Jeśli np. ofiary  były niewykształcone i nawet znając zabójcę nie wiedziały do jakich instytucji się zwrócić z prośbą o pośrednictwo w zawarciu ugody to mieli pecha – i sprawca nie ponosił odpowiedzialności. Jak istotny wpływ na zawarcie korzystnej compositio miała pozycja społeczna ofiary? Czy jesli sprawca był znany, ale ofiara nie pozostawiała po sobie wdowy i dzieci, to odszkodowanie nie było wypłacane? Jak rozwiązywano problem braku działań z urzędu?

Jeszcze jeden szczegół szczególnie mi się spodobał. Pisząc o cudnych średniowiecznych polichromiach w kościółku w Małujowicach (s. 277 i n.)  autorka wspomina, że zawsze gdy tam jest jej uwagę przyciąga wymalowany wizerunek Mojżesza z rogami. I na dowód załącza zdjęcie, na którym Mojżesz rzeczywiście paraduje z rogami jak z obrazka o genetycznych modyfikacjach… Wytłumaczenie,
a ściśle rzecz biorąc jedno z tłumaczeń jest przeurocze: otóż przyprawianie Mojżeszowi rogów wywodzi się z błędnego tłumaczenia Biblii już z języka aramejskiego. Prawdopodobnie św. Hieronim przetłumaczył słowo „KRN”, które można odcyfrować jako „karan” – rogi, albo „kärän” – blask, jako „rogaty” i twarz Mojżesza zamiast promienną uczynił rogatą. Świetny przykład na to, jak łatwo jest zdekoncentrować się przy tłumaczeniu i zamiast głównie na sensie skupić się na tym, by ogarnąć tę wielką liczbę znaków czy stron pozostałą do końca…

9.Georges Simenon, Tajemnica komisarza Maigret, Iskry, Warszawa 1980, s. 143

Moja pierwsza książka Simenona. Chyba kiedyś usiłowałam przeczytać coś tego autora po niemiecku, ale się poddałam. Oryginał z 1961 r., a w stopce w wydaniu polskim nie ma znaku cenzora i jest to już druga po Chandlerze przetłumaczona pozycja, gdzie jej nie widzę. Ki diabeł? Czy tłumaczenia nie były cenzurowane, czy też cenzura odbywała się na wcześniejszym etapie – np. udzielania zezwolenia na druk czy kupna licencji (o ile coś takiego w ogóle miało miejsce) – nie wiem.

Powieść detektywistyczna. Mimo urzędowo-proceduralno-biurokratycznych przeszkód stawianych przez nowoczesny system organizacji pracy policyjnej komisarz Maigret chce wyjaśnić, kto zabił Honoré, którego zwłoki znalezione zostają w Lasku Bulońskim już na pierwszych stronach książki. Z uwagi jednak na te nowe porządki, które wymagają od policjantów przede wszystkim pisania tysiąca raportów zamiast dbałości o wyjaśnienie wszystkich przestępstw Maigret prowadzi swoje dochodzenie w tajemnicy przed biurem prokuratora i sędzią śledczym. Ponieważ nie zostaje bowiem wyznaczony do wyjaśnienia tego zabójstwa wskutek szykan nie ma prawa służbowo zajmować się sprawą. Zamiast tego ma rozwiązać sprawę napadów rabunkowych, które sędzia i biuro traktują priorytetowo, jako że są nagłośnione i ich sprawcy wciąż zagrażają mieniu prywatnemu i bankowemu. Maigret jest oburzony taką hierarchią – uważa, że skoro ktoś jest tak nieostrożny, żeby bez eskorty i żadnych środków bezpieczeństwa przewozić w walizce wypłatę dla całego przedsiębiorstwa to jest po trochu sam sobie winien. Jego bunt i dochodzenie w sprawie Honoré nie wynikają również z romantycznych i idealistycznych przekonań i stawiania wartości, jaką jest ludzkie życie, ponad wszystko. Wynikają raczej z tego, że Maigret przez 30 lat policyjnej pracy przyzwyczaił się do Honoré („-Kto to taki? – Mój stary znajomy. Niejaki Cuendet. – Prestępca? – Człowiek spokojny, nawet bardzo, najspokojniejszy ze wszystkich znanych mi włamywaczy.”) i go polubił. Zaś fakt jego śmierci przyjmowany jest między wierszami dość filozoficznie. Po prostu miał naprawdę niebezpieczny zawód. Przyczynił się do swojej śmierci tak, jak obrabowani swoją nieostrożnością do kradzieży. Mimo to Maigret chce znać prawdę, jednak kiedy ją już pozna wie, że nic nie uda się sprawcom udowodnić i o swoich odkryciach nawet nie zamelduje dalej.

Wprawdzie czytałam już powieści kryminalne, gdzie policjant był bezsilny wobec pewnego układu – czy to społecznego, czy politycznego. Np. policjanci Martina Becka z powieści Sjöwall/Wahlöö często odczuwają współczucie wobec sprawców i decyzję o popełnieniu przestępstwa rozumieją. Choć bywa, że mają wątpliwości, czy spełnione są wymogi społecznej sprawiedliwości, tę indywidualną wobec sprawcy egzekwują. W innych powieściach, głównie amerykańskich, jest tak, że policjant jest bezsilny z braku dowodów i nie doprowadza do aresztowania. Albo bywa samotnym bohaterem walczącym ze skorumpowanym systemem. Aby wymierzyć sprawiedliwośc musi najpierw rozbić szajkę policjantów powiązaną z wielkim kapitałem. Nigdy jednak sprawa nie sprowadzała się do tego, że policja jako instytucja w niektórych przypadkach nie jest zainterseowana wykryciem sprawcy, że punkt ciężkości przenosi z pracy nad zwalczaniem przestępczości na procesy i procedury w ramach instytucji, że tonie w biurokracji i za papierkami przestaje widzieć ulicę. Albo może tego po prostu nie pamiętam.

W każdym razie świetny materiał do dalszych rozważań na temat wyjaśniania i karania przestępstw jako walki z chaosem. Maigret wie, kto zabił i dlaczego, ale sprawcy nie zostają ukarani. Jednak porządek społeczny zostaje przywrócony. Szkoda ludzkiego życia, szkoda, że sprawca nie poniesie kary, ale zginął bądź co bądź kryminalista, który swoim działaniem przyczynił się do swojej śmierci – życie to nie bajka i każdy musi myśleć na własny rachunek. To raz. Ale Maigert dba o to, by bliscy Honoré nie zostali pozbawieni zabezpieczenia finansowego i by wszystko odbyło się z zamysłem zabitego, który na tę ewentualność przygotował zabezpieczenie przede wszystkim dla starej matki. Choć zgodnie z literą prawa pieniądze te powinno zostać skonfiskowane. To dwa. Tak więc choć prawo nie sięga swym długim ramieniem po zabójców, Maigret dba o to, by nie sięgało również po pieniądze, które ofiara zostawiła swojej matce. Z praktyczengo punktu widzenia bardzo pocieszające.

11. Mariusz Szczygieł, Gottlandia, Wydawnictwo Czarne 2006, s. około 200 (nie chce mi się iść sprawdzić)

Cud, miód i orzeszki! Przy czym miód jest z dziegciem, a na orzeszkach można zęby połamać. Zachwytem do tej książki zaraziłam już mojego M. (zostało mu jeszcze trochę do końca) i nie możemy się nadziwić, że zapamiętaliśmy poszczególne opowiadania praktycznie w całości. Szczególnie szokujący wydał się nam pomysł mobilnej windy Baty. Szokujące wydało się nam też, że tak strasznie mało wiemy o Czechach. Od lektury tej książki można też nabrać narodowej pokory, a już szczególnie po przeczytaniu wywiadu ze Szczygiełem, który przeprowadziła Agnieszka Wolny-Hamkało: 

"Kiedy przeczytałem „Gottland” przed drukiem, uzmysłowiłem sobie, że to jest książka, która opowiada o innym niż polski sposobie na przeżycie. Sposób czeski, a więc przebiegła uległość, a może uległa przebiegłość. Właśnie przechytrzenie przeciwnika, robienie swojego, żeby go przetrzymać. Hitler kiedyś powiedział, że Czech jest jak rowerzysta: pochyla głowę, ale pedałuje do przodu. Pomyślałem sobie: kurczę, ja jestem jakimś krypto-Czechem. Specjalnie napisałem książkę, która prawie w żadnym zdaniu nie ocenia, nie wartościuje."

"Dłuższy czas nie znałem prawdziwych powodów swojego pisania o tym kraju. Z psychoterapeutą moim doszliśmy do prawdy – dlaczego te Czechy mi się tak podobają. Pisząc opowieści, reportaże, szkice o historii Czechosłowacji, o postaciach, które mnie tam jakoś zafrapowały – takich kafkowsko-orwellowskich typach – piszę cały czas o sobie. Szukam w tych historiach siebie i swoich reakcji.
Otóż jestem jedynakiem, a więc od dziecka byłem pozbawiony rywalizacji, walki z bratem i siostrą o cokolwiek. Typem, który unika konfrontacji, bo jej w ogóle się nie nauczył. Takim, który raczej by nie walczył z przeciwnikiem, ale starałby się go oszukać, zmylić. Kiedy tak zacząłem opisywać Czechów, doszedłem do wniosku, że tam przeważają właśnie typy takie antypolskie – w sensie anty-Polacy. Miałem wrażenie, że to jest kraj dla mnie. Myślę, że już się rozpoczyna proces korzystania z państw jak z towarów. Wybieram sobie to państwo, które daje mi najlepszą ofertę mentalną i egzystencjalną… Patriotyzmy są skazane na zaniknięcie."

Źródło (którego lekturę bardzo polecam!): Jestem krypto-Czechem – rozmowa Agnieszki Hamkało, październik 2006, link powyżej

(To tłumaczenie kojarzy mi się z odpowiedzią Jacka Dehnela w wywiadzie, którego udzielił w Bluszczu z lutego – jego książki są tak naładowane szczegółami, jak obrazy Matejki, w których kompozycję układali uczniowie, a on się poświęcał cyzelowaniu obrazów końskiej sierści, broni, chmurki. Zdaniem Dehnela to dlatego, że obaj są krótkowidzami. O ile tłumaczenie Szczygieła i powiązanie jedynactwa z zainteresowaniem pacyfistycznym sposobem przetrwania wydaje mi się przekonujący, o tyle tłumaczenie Dehnela zupełnie nie. Zainteresowanie szczegółem oznacza, że zgodnie z typologią MB Dehnel jest w typie odbierania rzeczywistości S. Niekrótkowidze też zwracają uwagę na szczegół… Ale bardzo dobrze, że D. tego być może nie wie, bo jeśli szukanie takich tłumaczeń i powiązań go interesuje – a mnie na przykłąd interesuje, więc może i jego – może napisze jeszcze wiele fantastycznych rzeczy. Lala była przecież wspaniała i zamierzam poczytać kolejne jego ksiązki.)

Naprawdę budujący przykład, że polska sztuka reportażu żyje, a zatem że polska literatura żyje, a zatem i polska sztuka żyje. Czasem mam takie wrażenie – choć nie czytam dużo, więc może błędne – że Polacy nie mają za dużo do powiedzenia na arenie literatury ogólnoświatowej, bo są strasznie skupieni na sobie. Europejska Nagroda Literacka dla Gottlandii udowadnia zarówno, że się staramy skupiać również na innych, jak też i to, że się staramy coś ciekawego na ich temat powiedzieć. Przecież i Hugo-Bader ciekawe rzeczy wydaje (też w Czarnym). Szczygiełowi się przy okazji udaje powiedzieć coś na temat komunizmu, i całe szczęście, bo jakoś temat wschodni jest – wyjąwszy Rosję – przynajmniej w Niemczech traktowany jako mało sexy. 

12. Patricia Cornwell, The Body Farm, Warner Books 1995, s. 387

Tak, temt body farm jest w literaturze kryminalnej strasznie eksloatowany. Ale :świetny kryminał i wspaniałe odkrycie, książek Cornwell jest bardzo dużo i wygląda na to, że mam nową serię do nadrobienia.

Najpierw minus i znów dotyczy tej nieszczęsnej body farm. Skąd ten tytuł? Owszem, ważną częścią postępowania jest eksperyment przeprowadzony na body farm, który wyjaśnia okoliczność prowadzonego śledztwa, ale sprawie body farm może w sumie ze trzy strony są poświęcone. Nie jest to też element fabularnie bardziej istotny od innych. 

Poza tym same plusy. Czytając ma się wrażenie, że czytelnik dosłownie towarzyszy detektyw, słyszy dźwięki, któe ona słyszy, rozmowy zbaczające na boczny tor są również odnotowywane, luki czasowe (brak połączenia, przestój w postępowaniu), dzień bohaterki łączy wątki istotne nie tylko dla jednego śledztwa, ale i innych. Ciekawy jest też motyw, ciekawa jest bohaterka, opis dnia codziennego mieszkańców, komunikacji w ramach stanu i pomiędzy stanami – można usiąść z mapą i prawie widzieć obrazy i tropy, którymi wędruje bohaterka. 

Zabawny z dzisiejszej perspektywy jest opis badań nad nowym programem komputerowym. Lucy -informatyczka, jedna z głównych bohaterek – marudzi, że mają problem z tymi najnowocześniejszymi komputerami 486. A pracują nad programem, który działałby jak baza danych wszystkich odcisków palców i danych o przestępcach na całym świecie. Obawy wyrażane przez jej ciotkę: ludzie przestaną myśleć, jeśli komputer wszystko będzie robił za nich. Co ciekawe, dokładnie te same obawy mamy w instytucji, w której działam, jeśli chodzi o wprowadzenie bazy danych wzorów pewnego rodzaju pism. Jakże niezmienne są pewne dylematy :)

Nostalgicznie: 

Powieści autorki mają być zekranizowane, a bohaterkę podobno ma zagrać Angelina Jolie.

Jeśli o kolejne przeczytanie książki chodzi, tak monotonnie dość wyszło – kryminał, kryminał i opowiadania o pracy własnej autorstwa niemieckiego policjanta z wydziału zabójstw i profilera, pracującego w policji miasta Bremen. 

15. Maj Sjöwall/Per Wahlöö, Und die Großen lässt man laufen, Hamburg 2000, wyd. Rowohlt, wyd. oryg. 1970, s. 268

14. Raymond Chandler, Głęboki sen, KAW, Warszawa 1985, s. 249, wyd. oryg. 1939

13. Alex Petersen, Auf der Spur des Bösen – Ein Profiler berichter, Berlin 2010 Ullstein, s. 300

I. Wszystkie trzy książki bardzo dobre. Może stosunkowo najmniej Sjöwall/Wahlöö. Z drugiej strony, mogłam była się uprzedzić, gdyż wymowa książki aż nadto dosadnie wyłożona została już w tytule i jakoś nie miałam przez to do książki serca, jak przy pozostałych pozycjach w serii szwedzkich autorów. To jest jednak zarzut głównie względem tłumacza albo wydawnictwa, które zdecydowało się na taki wybór, gdyż w oryginale tytuł brzmiał: Polis, Polis, potatismos!, co oznacza, jak twierdzi tłumacz google: Policja, policja, tłuczone ziemniaki! A w wersji niemieckiej nawet się rymuje: Polizei, polizei, Kartoffelbrei! Polska tłumaczka Halina Thylwe zatytułowała powieść po prostu "Morderstow w Savoy". Jakoś bardziej wielopoziomowy i dopuszczający więcej niedosłownych interpretacji wydaje mi się tytuł szwedzki, chociaż ciężko wskazać, jaki jest dokładnie jego związek z treścią. Że policja łapie płotki zamiast grube ryby i dlatego jest głupia jak tłuczone ziemniaki?… Może. Kulinarny związek z policjantami w jednej ze scen jest szczególnie wyraźny. Dwóch arcygłupich policjantów, klasycznie i powtarzalnie w książkach duetu ilustrujących tezę o nieboskim lenistwie i bezdennej głupocie niektórych urzędników nie zatrzymuje autobusu, którym porusza się sprawca zabójstwa mimo dokładnego rysopisu i rozkazu, że mają akiego autobusu wyglądać, ponieważ pożywiają się kielbaską z kapustą w ulicznej budzie. Przeoczywszy grubą rybę znajdują jednak czas, by wdać się w kłótnię z ojcem wiozącym dziecko na bagażniku roweru, gdyż dziecko to krzyknęło do nich, że są głupi. Wszczynają więc intensywną dyskusję zmierzającą do zatrzymania ojca za znieważenie funkcjonariusza publicznego, nie można bowiem pozwolić, żeby szerzyła się przestępczość. Takich sytuacji w bezlitosny i dowcipny jednocześnie sposób obnażający opresyjność systemu państwa szwedzkiego jest w książkach Sjöwalll/Wahlöö sporo i stanowią jeden z ich głównych walorów. Wracając jednak do tytułu muszę powiedzieć, że żal mi tych tłuczonych kartofli oryginału. „Polizei, Polizei, Kartoffelbrei!…”, podobnie jak „Polis, polis, potatismos” jest tak cudownie absurdalne i do tego tak dźwięcznie i wdzięcznie zrymowane, że pewnie by się spodobało nawet Szymborskiej.

Sama intryga kryminalna jest dość mało wartka i miałam wrażenie deja vú czytając rozwiązanie zagadki. Nie pamiętam w której części przygód Becka, ale było już takie rozwiązanie – młody człowiek, którego życie prywatne zostało zniszczone przez pozbawienie go pracy, mieszkania i ogólnie prezentuje równię pochyłą likwiduje po kolei osoby winne jego zdaniem takiego obrotu sprawy. Oczywiście autorzy są znów po stronie zabójcy, nie ofiar, a sam motyw to kolejna egzemplifikacja opresyjności systemu.
 
Und die Großen lässt man laufen jest też istotna jako część serii – mają tu miejsce wydarzenia ważne dla biografii Martina Becka i wzmiankowany jest jego rozwód. Jest to także jedna z powieści, których akcja dzieje się nie w Sztokholmie, a w Malmö – czyli na obszarze działań Kurta Wallandera ok. 20-30 lat później.

Wywiad z Maj Sjöwall:
http://www.schwedenkrimi.de/per_vortrag2.htm

II. Raymond Chandler był świetny. Chociaż to zdecydowanie jest książka, którą lepiej jest czytać w oryginale, tłumaczenie nie oddaje jej stylistycznego, nastrojowego uroku. To właśnie w tej powieści (tytuł oryginału: The Big Sleep) miała miejsce następująca słynna wymiana zdań spowodowana tym, że Philip Marlowe w bójce uderzył kobietę, nie znając być może polskiego powiedzenia, że kobiety nie bije się nawet kwiatkiem: 

"Tym razem udzerzyłem Agnes w głowę nie starając się o zbytnią delikatność. Kopnąłem ją, by puściła moje nogi, i wstałem." (…) Uśmiechnąłem się do niej.
- Czy sprawiłem pani dużo bólu?
- Tyle, ile każdy mężczyzna, którego spotkałam."

Tutaj fantastyczny artykuł Marka Bieńczyka na temat Chandlera:
http://tygodnik.onet.pl/43,0,55106,artykul.html
.

III. Trzecia książka to, jak już wspomniałam, opowieść niemieckiego policjanta zajmującego się wykrywaniem zabójstw i profilera. Po pierwsze, ciekawe było dla mnie, że Niemcy mają taki wydział, który rzeczwyiście zajmuje się profilowaniem sprawców. O ile pamiętam z wywiadów z polskimi policjantami są i u nas w wydziałach policjanci, któzy zajmują się "stroną psychlogiczną" – chyba czytałam taki wywiad z kobietą, któa po ukończeniu psychologii pracowała w tym charakteerze na komendzie w Poznaniu? – i myślałam, że w Niemczech to działa strukturalnie podobnie, nie wiedziałam jednak, że są komendy, w których jest cały dział profilowania.

Opowieści jest pięć i poświęcone są kolejno: profilowi psychologicznemu sprawcy, który ćwiartuje zwłoki, mordercy seryjnemu, trudnościom przy zainscenizowanych miejscach zbrodni (rozróżnienie samobójstwo/zabójstwo), wykryciu sprawcy po latach dzięki udoskonaleniu metod badań (czyli takie archiwum X) i na koniec motywacji na tle związku – kiedy partner zabija parnerkę lub odwrotnie, a bezpośrednim motywem jest w rozstanie, chęć kontrolowania jednej strony przez drugą itd.

Bardzo ciekawa książka, utrzymana w tonie gawędziarskim, ale w której autor podaje również informacje ustrukturyzowane, z niewieloma – ale jednak – terminami fachowymi, w której nie chodzi o sam dreszcz i stronę, hm, rozrywkowo-medialną zabójstw, związaną z niezdrowym zainteresowaniem przemocą i tanią sensacją, ale gdzie przebija też metodologia i instrumenty pracy prawdziwego warsztatu policyjnego. Autor uzasadnia wprawdze swoją opowieść stwierdzeniem, że w jego pracy ludzie się dopartują kontaktu z prawdziym złem (tytuł to w wolnym tłumaczeniu "Na tropie zła") i  że on sam nie może stwierdzić, ze tak naprawdę wie co to jest, albo że praca pozwala mu uchwycić jego istotę. Posyła taki uśmiech w kierunku romantycznych, metafizycznych zapędów w kierunku poszukiwania zła – który może trochę nieodzownie ociera się o kicz, skoro nawiązuje to tematów wysokich – ale ostatecznie poprzestaje na twardych konkretach. Szczególnie podobało mi się, że autor przedstawia nie tylko etap samej swojej roli w  szukaniu sprawcy zbrodni, ale opowieść kończy na próbie wyjaśnienia motywów sprawcy, które nie są ukazane dostatecznie w trakcie tropienia i w trakcie procesu. To widać najdobitniej w rozdziale poświęconym mordercy seryjnemu. Autor z psychologiczną precyzją, jak gdyby badał atmosferyczne, mierzalne zjawiska, a nie nieuchwytne fantazje i uczucia sprawcy analizuje poszczególne etapy jego działań przy popełnianiu zbrodni i różnorodne motywy, które im towarzyszyły.

Książka jest kolejną w serii Ullsteina poświęconą zbrodni od strony popularnonaukowej. W listopadzie 2009 ukazała się książka berlińskiego anatomopatomorfologa Michaela Tsokosa, który jest profesorem i kierownikiem katedry patomorfologii na Charité, Dem Tod auf der Spur. Rok później ukazała się kolejna jego książka – Der Totenleser. Tej drugiej jeszcze nie czytałam. Tsokos, MSZ, jednak lepszy…


  • RSS