rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: powiesc

Śniło mi się dzisiaj, że z okazji zeszłorocznych obchodów dwudziestopięciolecia pierwszych wolnych wyborów w Polsce Kancelaria Prezydenta zorganizowała konkurs na drink o nazwie Gloria victis. Drink bardzo się przyjął i miał dobrą prasę jako niespiżowy przykład radosnej pamiątki ważnego wydarzenia, istotnego dla wszystkich obywateli. I umożliwiający jednocześnie gromadne obchodzenie kolejnych rocznic. A wszystko to okazało się dość ironiczne teraz, po roku, kiedy w powietrzy znów wisi strach przed Rosją i ekspansywnymi planami Putina.

A później przyśniła mi się Joanna Bator, która niespodziewanie okazała się moją sąsiadką z lewej strony w podróży jakimś metrem. Była bardzo miła i podpisała mi mój egzemplarz „Ciemno, prawie noc”, który jak się okazało właśnie miałam ze sobą i z zachwytem czytałam. Niestety, z tego wszystkiego tylko ten zachwyt książką jest prawdziwy…

Jerome K. Jerome, Drei Männer im Boot, ganz zu schweigen vom Hund (Three men in a boat, oryg. 1889), Piper 2003, s. 248.

Dostałam tę książkę w prezencie od koleżanki z okazji Bożego Narodzenia, opatrzoną komentarzem, że to jest jedna z jej ulubionych książek i że jest przezabawna. Była trochę zdziwiona, że zupełnie o niej nie słyszałam, bo to taki klasyk. To, że klasyk, trochę mnie zniechęciło, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale akurat potrzebowałam do torebki lektury przejrzystych rozmiarów i ciężaru (druga książka, którą aktualnie czytam powoduje u mnie wydatki, tak mnie ramię bolało, że (naprawdę!) musiałam iść na masaż) i przyszła jej kolej.

I jest cudowna. Lekka, sarkastyczna, soczysta, celna, jeśli chodzi o obserwacje, bezczelna do tego też. Oczywiście wszystko w przystępnej dawce, stosownie stonowanej, w końcu to żartobliwa powieść dla pań i panów końca dziewiętnastego wieku. Narratorem jest jeden z tytułowych facetów, który przeczytawszy encyklopedię chorób czy podręczną ulotkę dotyczącą dbania o zdrowie dochodzi do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione w niej choroby poza jedną i wraz z dwoma kolegami i psem postanawiają dla podreperowania zdrowia, a także na wyraźne polecenie lekarza (nie, nie potrzebujesz żadnego leku, czego ci trzeba to trochę ruchu i porządny krwisty stek z piwem) udać się na dwutygodniowy rejs łódką po Tamizie. Po drodze robią z siebie idiotów przy niejednej okazji i zadziwiające jest, jak bardzo aktualne pozostały niektóre obserwacje, jak na przykład ta, że na rzece ludzie o zdawałoby się najłagodniejszych charakterach dostają wściekłych napadów szału i zupełnie nie mają cierpliwości, wyzywając bliźnich na prawo i lewo, i nawet dziewcząt delikatnych jak lilije przypadłość ta nie oszczędza.

Wdzięk, humor, dystans i klasa – pomyślałam sobie więc, że kupię tę powieść jednemu naszemu koledze, który od lat wyciera obcasami londyńskie bruki, gdyby go naszła melancholia albo inna hipochondria będzie miał od razu podręczną lekturę, ba, podręcznik nawet, jak ma urządzić taki relaksacyjny rejs i jak się podczas niego zachowywać. I znalazłam przy okazji bardzo interesująco wydaną serię klasyków Penguin Essentials, pod względem graficznym i edytorskim dopracowaną przez artystów z różnych stron świata. Okładka Panów w łódce wygląda tak: okładka.

Zgodnie z opisem seria ta łączy „incredible stories and breathtaking designs”. Coś w tym jest, design jest rzeczywiście bardzo udany, a przy doborze poszczególnych pozycji książkowych do tej serii redaktorzy kierują się następującymi motywami: „When they were first published they changed the way we thought about literature and about life. And they have remained vital reading ever since.” Czuję w kościach, że niejedną książkę u nich zamówię już choćby dla okładki…

1. Na początku stycznia moja koleżanka przesyła mi zawsze listę swoich lektur z zeszłego roku wraz z rekomendacjami i wprost przeciwnie. Tym razem zdążyła mi przesłać podsumowanie tymczasowe, bo dawno nie pisałyśmy, więc poczułam się zmobilizowana do uzupełnienia swojej i… z przerażeniem stwierdziłam, że nie pamiętam, co ja ostatnio czytałam. Po części dlatego, że nie czytam ostatnio jakoś wiele, po części zaś ponieważ sprzątnęłam zakurzoną w międzyczasie już z lekka kupkę, na którą odkładam przeczytane rzeczy, żeby nie kurzyła się dalej i nie blakła. Ale niech spiszę chociaż, co pamiętam…

2.Lista osobista:

Björn Süfke, Männerseelen, Goldmann, 3. Aufl. 2010, S. 280 – chyba to sprzedam, choć książka w sumie niezła. Ma niby że odkrywać tajniki męskiej duszy, pokazane z perspektywy psychoterapeuty od mężczyzn, opisującego typowe męskie problemy w opakowaniu „podróży”, zwiedzania terenów męskiej psyche jak wyprawy podróżniczej itepe. Dobra ta książka, ale jednak zwłaszcza jak ją czyta mężczyzna sam dla siebie, ewidentnie nie jestem targetem.

Edgar Noske, Der Fall Hildegard von Bingen, Emons Verlag 1999, S. 280 – bardzo przyjemny kryminał osadzony w czasach średniowiecznych, wokół Hildegard z Bingen. Trochę dla młodszego czytelnika, ale starszy ma również uciechę. Spora dawka humoru. Uwaga! Zawiera elementy typowego utworu niemieckiego, co oznacza, że pada przynajmniej jeden dowcip o trawieniu i jego efektach.

Marek Andrzejewski, Domy na piasku, Media Rodzina 2007, s. 207 – o realiach życia w polskim domu dziecka z perspektywy wychowawcy. Pozycja obowiązkowa, jeśli ktoś interesuje się tym, jak naprawdę wygląda przedstawiane jako cukierkowo-laurkowe życie sierotek, które wyglądają rodziców zastępczych, którzy dadzą im miłość.

Robert Galbraith, Cockoo’s Calling, Little, Brown Book Group 2013, pp. 449 – fantastyczny kryminał J.K. Rowling, wydany pod pseudonimem i uznany za bardzo dobry jeszcze zanim wyszła na jaw prawdziwa tożsamość autorki. Wątek kryminalny trochę do doszlifowaniai poprawienia, ale podobno będą kolejne powieści o Cormoranie Strike’u, więc jest pole do popisu i poprawy. Czyta się świetnie i porusza ważną tematykę.

Karolina Korwin-Piotrowska, Bomba, The Facto 2013, s. 323 – bardzo pouczająca książka, zwłaszcza dla osób takich jak my, którzy nie posiadamy telewizora i wiedzę o polskim szołbiznesie mamy pełną luk w najlepszym wypadku, przypadkiem jej nie mamy szans zdobyć z racji miejsca zamieszkania i raczej też na aktywne jej zdobywanie akurat w tym zakresie byśmy nie wpadli.

3. Ostatnim razem pisałam o tym, jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Jak wielka więc była moja radość, gdy wygrała tegoroczną nagrodę NIKE! Należało jej się bardzo.

„Jula” Pawła Goźlińskiego przeczytałam krótko po „Korektach”, czyli b. dawno temu. Nie robiłam sobie żadnych notatek, więc z perspektywy czasu mogę napisać tylko tyle, że jest niezwykle oryginalna i przynajmniej ja do tej pory się w polskiej literaturze ze zjawiskiem kryminału kostiumowego nie spotkałam. Kostiumowego, ale nie przebieranki – wszystko jest tak doskonale osadzone w czasach lat 40. dziewiętnastego wieku, że to naprawdę wyczyn, bynajmniej nie jest tak, że autor szafuje sobie kolorowym kostiumem li i jedynie po to, żeby było fajniej i barwniej, a historia tak naprawdę mogła się wydarzyć kiedykolwiek. Osadzenie powieści w czasach popowstaniowej, polskiej emigracji paryskiej ma głęboki sens i niezaprzeczalny urok, książkę się czyta płynnie i z napięciem, a przy okazji odkurzają się wiadomości z zapomnianych nieco lekcji języka polskiego. I pojawiają się pytania o szereg dramatów Słowackiego, o których mowa w powieści, i pojawia się także chęć, żeby się wreszcie z nimi zapoznać.

Na Wolnych Lekturach jeszcze Słowackiego mało:
http://nowoczesnapolska.org.pl/2012/09/04/slowacki-wielkim-poeta-byl/#more-5896

 

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam szczęście ostatnio do naprawdę dobrych książek:

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa  zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.”

Dlaczego w okolicy ginie coraz więcej zwierząt i czy to na pewno M. włamywał się do domu Alicji nie dowiadujemy się zresztą w ogóle – przynajmniej ja się tego nie domyślam – ale o czym wydawca w powyższej notce nie wspomina, a co wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan jest bohater zbiorowy tej książki: postać matki. Autorka kreśli portret matek bardzo przewrotny, bardzo idący w pięty i polemiczny, niezwykły, bardzo mocno osadzony w historii polskich ziem odzyskanych i daleki od obrazu Matki Polki, a jedyna Matka Polka w tym towarzystwie jest postacią równie straszną, jak pozostałe. Historie narodowe i indywidualne, rozbitki, niedobitki i etniczne poplątanie mniejszości, uciekinierów, bohaterów i bandytów mieszają się ze sobą, zazębiają i nakładają, w efekcie tworząc mozaikę smutną, straszną, ale tak jak autorka pisze w komentarzu na okładce: „Przeraził mnie mrok [tych opowieści]. Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens swojej wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka.”

Paweł Goźliński, „Jul”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 384. B. ładny jest też projekt okładki.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, W.A.B., Warszawa 2012, s. 528.

Jonathan Franzen, Korekty, wyd. Świat Książki 2004, tłum. Arkadiusz Nakoniecznik, Joanna Grabarek, s. 627 (wznowienie wyd. Sonia Draga)

„Po niemal pięćdziesięciu latach w roli żony i matki Enid Lambert chce wreszcie zaznać przyjemności życia. Na nieszczęście jej mąż, Alfred, zmaga się z postępującą demencją, a dzieci, w gruncie rzeczy trójka nieszczęśliwych, skłóconych z życiem ludzi, już dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Rozpaczliwie poszukując radości i prawdziwego szczęścia, Enid całym sercem pragnie zrealizować jedno marzenie: zebrać rodzinę w domu na ostatnie wspólne święta Bożego Narodzenia…”

Powieść jest absolutnie wybitna. Miałam taki moment, kiedy chciałam się poddać i po prostu jej nie doczytać, tak jest intensywna i wymagająca. Każdy z członków rodziny po kolei opowiada swoją historię, w zasadzie historię swojego życia, w którym ta ostania prośba matki dotycząca wspólnych świąt Bożego Narodzenia zajmuje centralne, organizujące wspomnienia i dalsze życie, miejsce. Jest punktem wyjścia prowadzącym do wprowadzenia tytułowych korekt. Każdy z bohaterów, choć całe życie uciekał od rodzinnego domu, musi powrócić do korzeni i zdać sobie sprawę z tego, ile z tego rodzinnego domu w nim tkwi, na ile się od niego oddalili i dlaczego, co rodzina, historia, pochodzenie, stosunek do tych specjalnych „figur”, jakimi w życiu każdego człowieka jest rodzic,  znaczy dla każdego z trójki dzieci, a także dla seniorów: Enid i Alfreda.

„Korekty” to ten rodzaj literatury, który później musi dojrzeć w głowie. Bezwstydnie dobry, soczysty, z językiem wręcz dosadnym, bez wątpienia stanowiącym ogromnie wyzwanie dla tłumaczy, tak że człowiek się czuje po lekturze taki wyżęty i nasycony jednocześnie… Nie żałuję ani minuty poświęconej tej książce. Wyraziści bohaterowie, ich borykanie się z własną psychiką, rodzinna historią, wewnętrzne poplątanie – to tkwi potem i chodzi za człowiekiem długo po skończeniu książki. Powieść porusza także szereg innych wątków takich jak starość,  depresja, miłość, rodzina, obraz Ameryki lat dziewięćdziesiątych – jest autentyczną kopalnią motywów. Wielowarstwowa, wielowymiarowa, po prostu doskonała.

Ale najbardziej podobała mi się kompozycja – opowieści dzieci, krążące wokół historii rodziców niby elektrony wokół jądra atomu, taki miniwszechświat, połączony siecią zadrażnień, obowiązków, wzajemnych pretensji, zranień i wokół tego kompletny brak sentymentalizmu i ciepła, które zastępuje ironia. Pełna wiwisekcja rodziny, jakiej jeszcze nigdy nie czytałam. No i wspaniała  kreacja bohaterów, każde z dzieci tak niesamowicie różni się od siebie, ale jest jakoś w szerszym planie podobne do rodziców i do siebie, z bardzo indywidualnymi cechami, ale całość mimo zupełnego niepodobieństwa pasuje do siebie jak wreszcie ułożone puzzle. Obrazek na nich, choć przedstawia wspólne święta, jest jednak zupełnie inny od tego, jakiego Enid oczekiwała.

20. J. Edigey, Operacja Wolfram, Wydawnictwo Śląsk 1984

Nie jest to ściśle rzecz biorąc kryminał. Raczej książka awanturniczo-przygodowa dla dorosłych, bo dotyczy zorganizowania i przeprowadzenia transakcji kupna i sprzedaży wolframu. Chodzi tu o metal, który ma najwyższą w przyrodzie temperaturę topnienia i dlatego stosowany jest jako utwardzacz w różnych – praktycznie wszystkich – stopach metali, np. przy produkcji żarówek i w przemyśle zbrojeniowym. Czyli temat na tyle nudno brzmiący, że nastolatków raczej by nie zaciekawił…  

Powieść jest napisana jak obszerne i szczegółowe streszczenie z przebiegu transakcji, okraszone tu i ówdzie scenami rodem z Jamesa Bonda. Te wtręty mają różny stopień wiarygodności. Weźmy pierwsze dwa, otwierające akcję. Jeden dotyczy stosunków damsko-męskich i niestety jest świetnym przykłądem bardzo uproszczonych opisów tego typu relacji, pisanych ze z góry postawioną tezą – na domiar złego nieprawdziwą, niestety. A może to nie tyle słabość narracji, co pewien styl odmalowywania lub nawet widzenia rzeczywistości, charakterystyczny dla lat 50-60-70? Chodzi o scenę, w której bohater po zameldowaniu się w hotelu udaje się do swojego pokoju, a następnie do tego pokoju przychodzi pokojówka, rozpakowuje jego rzeczy, mówi mu, że jej się on okropnie podoba i że ona przyjdzie do niego wieczorem. Wiadomo, w jakich celach. I rzeczywiście, pokojówka przychodzi wieczorem, komplementowana jest jako "chętna i uległa kochanka", a następnie mówi bohaterowi, że go lubi i udziela mu wielu przydatnych rad na temat kraju, do krótego przybył. Przebywają ze sobą wszystkiego razem jakieś trzy dni. Dużo później, po tym, jak bohater zmienia charakteryzację, w książce mowa jest o tym, że nawet ta jego pokojówka nie rozpoznałaby w tym mężczyźnie pana jej snów. Na koniec powieści, kiedy już akcja uspokaja się, autor posyła po nią mówiąć, że żadna kobieta prócz niej i prócz matki nie kochała go nigdy bezinteresowanie.

No, na litość boską! I ten facet w to uwierzył?! Wydaje mi się, że scena ta stanowi doskonałe wręcz ucieleśnienie męskich fantazji o tym, że podobają się jakiejś kobiecie, stają się „panami jej snów”, a następnie one wskakują im do łóżek i ich marzeniem jest już jedynie w nich zostać. Pomysł równie oryginalny, jak w pierwszych Bondach… O święta naiwności! Przypomina mi to artykuł, jaki kiedyś czytałam na Onecie. Dotyczył badania (a byli to na pewno amerykańscy naukowcy, więc wierzę :)), w którym pytano mężczyzn i kobiety, czy wydaje im się, że płeć przeciwna w sytuacjach codziennych kontaktów myśli spontanicznie o nawiązaniu znajomości na tle seksualnym. Okazało się, że większość mężczyzn sądzi, że kobiety o takich kontaktach myślą, natomiast większości kobiet to w ogóle nie przyszło do głowy. Do tej pory myślałam, że ani mężczyzna, ani kobieta nie chodzi po ulicach i nie myśli sobie abstrakcyjnie o wskoczeniu nowopoznanej innej osobie do łóżka i nawiązaniu w ten sposób dłuższego związku na serio. Powyższa scena, demaskując męską naiwność i lenistwo objawiające się w tej machofantazji, jest dla mnie przede wszystkim niezbyt wiarygodna, ale i w niezamierzony sposób bardzo zabawna.  

Druga scena początkowa jest już bardziej wiarygodna: bohater zostaje wystawiony na próbę siłową. Dwóch panów składa mu w hotelowym pokju wizytę i  próbuje sprzedać tanio diamenty. On – uprzedzony przez kochankę, że propozycjom takim nie należy ufać – pokonuje ich w bójce i udaje mu się wywinąć z pułapki. Mam pewne wątpliwości, czy można w pojedynkę pobić do nieprzytomności dwóch wielkich facetów w ciasnym hotelowym pomieszczeniu, ale wątliwości mam mniej, niż przy pierwszej sytuacji.  

Powieść miała chyba stanowić głównie ucieczkę od rzeczywistości. Pominąwszy awanturniczość i romantyczny sztafaż dwóch pierwszych przykładów cała reszta akcji toczy się pomiędzy RPA, ujściem Amazonki, Tokio i Stambułem. Na koniec wreszcie bohater niechętnie udaje się w podróż dookoła świata, poczynając od zwiedzania skarbów Niniwy. Żyć, nie umierać! Dziwiło mnie, że cenzura puściła taką bynajmniej nie piętnującą życie w zgniłym kapitaliźmie powieść, ale rok 1984 to już chyba pomału przestawał być czas Wielkiego Brata. Chociaż w stopce redakcyjnej jest przypis kontroli cenzora: U-10.  

W ramach akcji powieści, skupiającej się na przedstawieniu egzotyki, wielkiego świata, rzutkości i zaradności bohatera przewidziane jest kilka przystanków i kilka dekoracji. Jednym z takich przystanków jest Japonia. Bohaterowi towarzyszy kulturowo dostosowany odpowiednik pokojówki z RPA – kobieta z partnerskiej korporacji. Towarzyszka podróży wprowadza go też w tajniki parzenia herbaty w tradycyjny, japoński sposób:

"To bardzo stary obrządek zwany "chanoyu", ma co najmniej osiemsetletnią tradycję. (…) Kolejność podawania zgromadzonym czarek jest ściśle ustalona. Najpierw otrzymuje ją najczcigodniejszy członek rodziny, a potem najbardziej honorowany gość. Wszyscy pija napar malutkimi łyczkami komplementując dom, w którym się znajdują. Po wypiciu pierwszych filiżanek całą ceremonię się powtarza od początku, z tym że z kolei można już mówić o sztuce, malarstwie i poezji. Dopiero po dalszych czarkach rozmowa schodzi na politykę i sprawy bieżące." (s. 103)

Bohater zapoznany z obyczajem potrafił się następnie znaleźć w sytuacji opisanej na dalszych kartach.  

Choć powieść podobała mi się umiarkowanie – nie dlatego, że była zła, tylko z powodu wcześniejszego nastawienia się na milicyjny kryminał – tak się zasugerowałam tym szczegółowym opisem i poprawnym zastosowaniem się bohatera do wskazówek w dalszej scenie, że wczoraj śniła mi się moja własna japońska transakcja i ceremonia parzenia herbaty jako element ją dopełniający. Niestety, inaczej niż autor ogromnie się stresowałam, nie udało mi się chyba zachować do końca zgodnie z regułami i Japończycy byli niezbyt zadowoleni. Obudziłam się z poczuciem porażki :).  

Ale powieść uważam za udaną. Ponieważ pisana jest z pozycji obserwatora, opisu uczuć i portretów psychologicznych raczej się nie doświadcza (choć jest próba w tym kierunku – np. przerysowana postać Gabończyka). Tak myślałam, że to chyba pierwszy raz, kiedy zapoznaję się od A do Z z zapleczem wielkiej międzynarodowej transakcji. Wiele filmów powiedzmy awanturniczo- i sensacyjno-przygodowych oglądam, a niekoniecznie rozumiem, o co tym ludziom chodzi i czemu akurat ten agent musi zostać "sprzątnięty". A tu wszystko było jasne! Na podstawie tej powieści sądzę, że autor ma osobowość ST i Operacja Wolfram jest tego faktu doskonałym dowodem. I byłaby niezłym materiałem na film!


  • RSS