rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: rozmowki

1.

- Proszę pani, przepraszam,  czy to bliźniaki?
- Tak.
- Ojejku! Jak super! Gratulacje! To ma pani z głowy za jednym zamachem! A mieliście bliźniaki w rodzinie? Karmi pani piersią? Pewnie wcześniaki, co?

2.

(Wariant 1)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das ist ja schön! Und ein Junge und ein Mädchen, ist ja traumhaft! Da haben Sie aber ein schönes Projekt!
- Ja, wir freuen uns auch sehr!
- Toll haben Sie das gemacht. Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?

(Wariant 2)
- Oi! Zwillinge?
- Ja.
- Mensch, das habt ihr aber gut gemacht!  Arbeit macht es aber bestimmt auch, oder?
- Ja…
-  Dafür ist es aber ein wirklich schönes Projekt!

3.

Brytyjsko:
- Oh, it’s twins! Splendid! Double trouble?

4.

(Kolega latynoski, widziany po raz pierwszy w życiu, rozmowa w jedynym wspólnym języku)
- Wow, you look really good! Not like if you just have had twins! Have you considered putting earrings in your doughter’s ears?

5.

- Ach, Zwillinge! Ich kann Sie so gut verstehen, bin selbst Vater und Opa von Zwillingen.
- Und? Wann wird es merklich leichter? So mit zwei, wird immer gerne behauptet?
- Naja, ich werde Sie nicht anlügen. Es fängt so mit fünfunddreißig an.

6.

- Dzień dobry! I jak?
- No, cóż będę kryć, jako matka bliźniaczek sama pani wie najlepiej, jak jest.  [W domyśle: nieprzespane noce, wstawanie na przemian to do jednego smoczka, to do drugiego, to jeść, to pokołysać...]
- Tak, wiem, wiem, dopóki nie zaczną chodzić jest cudownie…

 

Jerome K. Jerome, Drei Männer im Boot, ganz zu schweigen vom Hund (Three men in a boat, oryg. 1889), Piper 2003, s. 248.

Dostałam tę książkę w prezencie od koleżanki z okazji Bożego Narodzenia, opatrzoną komentarzem, że to jest jedna z jej ulubionych książek i że jest przezabawna. Była trochę zdziwiona, że zupełnie o niej nie słyszałam, bo to taki klasyk. To, że klasyk, trochę mnie zniechęciło, chociaż nie umiem powiedzieć dlaczego. Ale akurat potrzebowałam do torebki lektury przejrzystych rozmiarów i ciężaru (druga książka, którą aktualnie czytam powoduje u mnie wydatki, tak mnie ramię bolało, że (naprawdę!) musiałam iść na masaż) i przyszła jej kolej.

I jest cudowna. Lekka, sarkastyczna, soczysta, celna, jeśli chodzi o obserwacje, bezczelna do tego też. Oczywiście wszystko w przystępnej dawce, stosownie stonowanej, w końcu to żartobliwa powieść dla pań i panów końca dziewiętnastego wieku. Narratorem jest jeden z tytułowych facetów, który przeczytawszy encyklopedię chorób czy podręczną ulotkę dotyczącą dbania o zdrowie dochodzi do wniosku, że cierpi na wszystkie wymienione w niej choroby poza jedną i wraz z dwoma kolegami i psem postanawiają dla podreperowania zdrowia, a także na wyraźne polecenie lekarza (nie, nie potrzebujesz żadnego leku, czego ci trzeba to trochę ruchu i porządny krwisty stek z piwem) udać się na dwutygodniowy rejs łódką po Tamizie. Po drodze robią z siebie idiotów przy niejednej okazji i zadziwiające jest, jak bardzo aktualne pozostały niektóre obserwacje, jak na przykład ta, że na rzece ludzie o zdawałoby się najłagodniejszych charakterach dostają wściekłych napadów szału i zupełnie nie mają cierpliwości, wyzywając bliźnich na prawo i lewo, i nawet dziewcząt delikatnych jak lilije przypadłość ta nie oszczędza.

Wdzięk, humor, dystans i klasa – pomyślałam sobie więc, że kupię tę powieść jednemu naszemu koledze, który od lat wyciera obcasami londyńskie bruki, gdyby go naszła melancholia albo inna hipochondria będzie miał od razu podręczną lekturę, ba, podręcznik nawet, jak ma urządzić taki relaksacyjny rejs i jak się podczas niego zachowywać. I znalazłam przy okazji bardzo interesująco wydaną serię klasyków Penguin Essentials, pod względem graficznym i edytorskim dopracowaną przez artystów z różnych stron świata. Okładka Panów w łódce wygląda tak: okładka.

Zgodnie z opisem seria ta łączy „incredible stories and breathtaking designs”. Coś w tym jest, design jest rzeczywiście bardzo udany, a przy doborze poszczególnych pozycji książkowych do tej serii redaktorzy kierują się następującymi motywami: „When they were first published they changed the way we thought about literature and about life. And they have remained vital reading ever since.” Czuję w kościach, że niejedną książkę u nich zamówię już choćby dla okładki…

I.

1. września byliśmy na weselu mojej niemieckiej koleżanki. Wesele jak wesele, miło, ładnie, młodzi szczęśliwi, rodziny również. Niemiecki zwyczaj jest taki, że przyjaciele i znajomi przygotowują w prezencie dla młodych oprawę artystyczną przyjęcia. Czasem są to naprawdę jakieś występy artystyczne, czasem komiczne, czasem konkurs, a czasem zabawa integrująca wszystkich obecnych. Również i na tym weselu po obiedzie a przed tańcami zaczęła się część rozrywkowa. Kolega z podstawówki panny młodej zaśpiewał im piosenkę do podkładu zapewnionego przez DJ’a. Piosenka ta w jego wykonaniu – coś z „five minutes of happiness” – bardzo się kiedyś spodobała pannie młodej na jakimś innym weselu, na którym wspólnie się bawili i stąd ten prezent.

Siedzimy więc naszą grupą młodych przy stole i szykujemy się na masę wzruszeń. Dobrze znaliśmy w zasadzie tylko jednego kolegę ze studiów, resztę tak mniej lub bardziej z widzenia. Ów kolega sam świetnie śpiewa i ma za sobą historię występów w zespole niemiecko-francuskim, w którym grał na gitarze i na basie, więc tak nam było na wyrost szkoda wykonawcy, gdyż jego występ zapowiadał się jak popowy kawałek, kiedy to słodki chłopiec śpiewa przysiadłszy z wdziękiem na umieszczonym na scenie barowym stołku, a publika się wzrusza jego słodkością, a nie jakością wykonania.

I taki ten występ też był. Spodziewałam się kilka krytycznych uwag pod adresem estetyki od tego muzykującego kolegi, ale krytyka przyszła z zupełnie innej strony. Bo otóż w ramach wstępu do tej swojej piosenki znajomy panny młodej zagaja tak:

- Dzień jest pamiętny, piękny i szczególny. Niech ta piosenka o pięciu minutach szczęścia będzie życzeniem, by całe wasze wspólne życie było wypełnione takimi pięciominutówkami szczęścia i radości i od dziś się kojarzy właśnie z tym. Pierwszy września – to taka data, z którą z pewnością każdy na tej sali ma związane jakieś wspomnienia. Jest to data tak ważna, tak szczególna, powiązana z wieloma osobistymi historiami. Te skojarzenia, które ta data wywołuje… I żeby dla was od dziś zawsze wiązała się z tymi szczęśliwymi wspomnieniami tego pierwszego września, w którym te pięć minut szczęścia…

Mniej więcej za czwartym tekstem o tych minutach szczęścia w ten szczególny dzień i skojarzeniach z tą datą związanych, pamiętnym pierwszych września itepe mój kolega powiedział do nas: – Co on, do diabła, bredzi? Czy on zwariował? Tak, wszyscy mamy szczególne skojarzenia związane z pierwszym września – wybuch drugiej wojny światowej! – A jego dziewczyna miała tak ironiczną, sarkastyczną minę (siedzieliśmy przy stoliku najbliżej parkietu),  że biedny chłopak się speszył, choć chyba nie do końca rozumiał, skąd ta mina się wzięła, nawet jeszcze nie zaczął śpiewać…

Ale dzięki tym słowom poczułam, jak się wewnętrznie rozluźniam. Bo sama się od dłuższego czasu zastanawiałam, czy to jest normalne, że od otrzymania zaproszenia gdzieś w tyle głowy kołatała mi się myśl, czy chciałabym, żeby data mojego ślubu przypadała na pierwszy września i kojarzyła mi się nie tylko z moim ślubem – jednym z ważniejszych dni mojej osobistej historii? A poza tym, choć poglądów rozrachunkowych jako żywo nie mam i okazji do wypominania nie szukam, to jednak się wkurzyłam podczas tego wstępu i myślałam: Ejże! Z przyzwoitości powinien albo zamilknąć albo, skoro już zabrnął tak daleko, coś powiedzieć i o innych skojarzeniach! Albo że się zagolopował. W końcu byłam na weselu przedstawicieli niemieckiej inteligencji, a to zobowiązuje i chciałabym mieć pewność, że z pewnych rzeczy zdają sobie sprawę. Dobrze, że na mądrych kolegów i ich dziewczyny można liczyć, odetchnęłam z ulgą, że białe wciąż jest białe, a czarne – czarne.

II.

A faux pas zwyczajnie chodzą po ludziach… Zarówno po Niemcach, jak i Polakach. Zanim na to wesele pojechaliśmy, przyszedł do nas do domu kuzyn panny młodej – mieliśmy go ze sobą zabrać, bo jechaliśmy samochodem – wesele było za miastem. Czekaliśmy jeszcze na dwie osoby, więc na czas oczekiwania poczęstowaliśmy go soczkiem. Ponieważ półki w kuchni są u nas otwarte, do szklanki wpadła muszka, wtedy w okresie późnoletnim a wczesnojesiennym pełno ich latało. Przeprosiliśmy, muszkę wyłowiliśmy, a chłopak grzecznie soczek wypił i to nawet ten sam soczek z tej samej szklanki – bo innej nie było, wszystko było w zmywarce… I pojechaliśmy, tylko że niestety troszkę za bardzo zaufaliśmy googlowi i niemal się spóźniliśmy, wpadliśmy do kościoła równo z młodymi. Na szczęście nikt nam nie robił wyrzutów.

III.

Czyli wniosek z tego taki, że mili są nieproblematyczni goście.

Rozmowa w tramwaju:
- Na następny urlop pojechalibyśmy do Izraela.
- Ojej, ojej, naprawdę? To takie fascynujące miejsce. Jerozolima, wojna, stolica dwóch religii… Jedziecie w ślad korzeni rodzinnych? Z pielgrzymką może?
- Nie… Zwyczajnie jesteśmy ciekawi, jak tam jest.

Moja koleżanka odebrała najdurniejszy telefon świata.
- Słucham?
- Halo, kto mówi?
- No, to pani do mnie dzwoni, więc ja bym chciała wiedzieć, kto mówi?
- Skąd pani zna mojego męża? Skąd pani wzięła jego numer?
- Przepraszam, że co? Kto w ogóle mówi? Kto to jest pani mąż?
- Niech pani nie udaje! Niech go pani zostawi w spokoju, bo my mamy dziecko!
- Ale proszę pani, niech mi pani powie, kto jest pani mężem, to ja go chętnie zostawię w spokoju!
- Niech się pani nie wypiera! Czy pani nie zna Tomka?
- … Może znam jakiegoś, musiałabym się zastanowić.
- To skąd on ma pani numer w telefonie, co?
- Proszę pani, ja jestem tłumaczką z zawodu, może czegoś potrzebował, skąd ja to mam wiedzieć?
- Niech pani nie udaje! Ja panią ostrzegam, niech go pani zostawi w spokoju!
- Nie mam pojęcia, o czym pani mówi, niech pani da spokój, ja nie mam czasu…
- Ja panią ostrzegam, że ja nie pozwolę na takie te!
- No i bardzo dobrze, ale ja nie mam pojęcia, kim jest pani mąż, a w ogóle to niech pani nie zawraca głowy, ja już mam męża i kochanka, żadne Tomki mnie nie interesują, mam dosyć kłopotów…

Następnie koleżanka rozłączyła się i zaczęła myśleć. Doszła do wniosku, że to rzeczywiście jej dawny klient, w którego sprawie tłumaczyła na policji. Polak przejeżdżał przez Niemcy posługując się podrabianym prawem jazdy. Dostał bardzo dużą grzywnę, którą musiał od razu zapłacić i skonfiskowano mu to podrabiane prawko. Nie chciał zostawiać samochodu na parkingu policyjnym, bo by to strasznie drogo wyniosło więc moja koleżanka odprowadziła go razem z autem na stację benzynową, gdzie ów Polak chciał czekać na przejeżdżających rodaków zmierzających tam gdzie on, a występujących w podróży parami, żeby ktoś – odpłatnie – zaprowadził jego samochód z nim w charakterze pasażera. Ta stacja benzynowa na granicy była właśnie dość uczęszczana. Na okoliczność, gdyby plan nie powiódł się i nieszczęsny Polak potrzebował dalszej pomocy koleżanka dała mu swój numer. Niestety, żaden rodak ani nawet nierodak nie nawinął się, skutkiem czego Polak nie chciał nocować na stacji i postanowił własnymi siłami dojechać do celu… Tym razem kompletnie bez prawa jazdy, nawet podrabianego. Dojechał i nawet podziękował koleżance za pomoc.

A jego grzywna wcale nie byłaby tak duża, gdyby nie to, że pan wiózł w prezencie drugie podrobione prawo jazdy dla dziewczyny (tej dociekliwej), bo ona coś nie mogła zdać. I przez przypadek pokazał policji oba. Więc oba sprawdzono na okoliczność, czy prawdziwe i pan już nie tylko odpowiadał za jazdę bez ważnego dokumentu, ale też za posługiwanie się fałszywymi dokumentami…

Zawsze tak sobie myślałam, że kiedyś spotkam człowieka, który musiał opuścić Ziemie z naszej perspektywy Odzyskane, z niemieckiej natomiast Dawne Tereny Wschodnie i że w doskonale przyjaznej konwersacji sobie o tychże pogawędzimy, łącząc się w zachwycie nad pięknem Dolnego Śląska i miłością czułą do tychże ziem. I to brzmiało jak jakieś mrzonki, którymi zresztą było, bo oprócz tegoż scenariusza możliwe jest przecież jakieś sto innych z wyzwiskami na temat bandytów włącznie (po obu stronach). Ale nic podobnego się nie działo. Żadnch partnerów do podobnej konwersacji mi Opatrzność nie zsyłała. Wydawało się wręcz, że wszyscy wypędzeni Niemcy z Wrocławia zapadli się pod ziemię albo może nawet pomarli i minęłam się z nimi między jedną a drugą erą dziejową.

A jednak dzisiaj wydarzyło się. Jesteśmy sobie z moim M. na domowej imprezie typu nasiadanego hasła szwajcarskiego (gdyż tematem przewodnim jest domowe fondue stawiane przez chłopaka gospodyni, Szwajcara), na któej M. zna dwie osoby, a ja żadnej. Osób może w sumie 15. Więc siadam w dowolnym, przypadkowym miejscu i zaczynamy gawędzić z sąsiadami przy stole. Jeden opowiada, że był w zeszłym roku w Warszawie, a Kraków to w ogóle najpiękniejszy, bla, bla, same nudy. Odwracam się konwersacyjnie w drugą stronę i posuwam głupoty na temat wad wczesnego wstawania, bla, bla, również nudy, ale chociaż można się pośmiać, aż wreszcie wyłapuję kątem ucha, że niejaki Ferdie to najbardziej zna Śląsk, bo jego ojciec to jest Ślązakiem. Aha, myślę ja sobie, znowu Katowice lub inny Rybnik, ale się ożywiam, odwracam i dopytuję. I uszom nie wierzę – Ferdie tłumaczy, że jego tata to się w Breslau urodził i co za tym idzie oni rok w rok tak jeżdżą do Wrocławia, a tata się wzrusza, taka rodzinna, śląska tradycja. No ja też Ślązaczka, mówię, ja też!

W tym momencie przychodzi gospodyni z zapytaniem, komu wody, komu wina, komu wódki i my prosimy oczywiście wódkę i ona przynosi Finlandię – więc my się solidarnie krzywimy i ona się denerwuje, więc jej tłumaczymy, że mu tu teraz za tenże zbieg w czasoprzestrzeni będzie pite i byśmy woleli po bożemu, polską wódką, ale nie da rady – pijemy więc szwajcarską. I fińską poprawiamy.

Ferdiego tato urodzony lat sześćdziesiąt jeden przede mną najpierw wypędzony w 1945 osiedlił się w Niemczech Wschodnich. W latach szęśćdziesiątych przez jakieś trzy, cztery kolejne miejscowości przewędrował nad Ren, w okolice Lorelai i tamże znalazł kobietę dużo młodszą od siebie, wskutek czego pojawił się na świecie Ferdie. Obecnie specjalista od spraw wschodnioeuropejskich, jednak nie taki specjalista, żeby się go nie dało upić dwoma kieliszkami… No jak babcię (spod Jagielońskiego Gródka) kocham, co się z tymi ludźmi dzieje? Ale Ferdie w sprawach środkowoeuropejskich zna się naprawdę wybornie i na pewno zleceniodawcom służy świetnie. Na polecające słowa, że niech zapomni o Warszawie i się machnie na południe, do Kazimierza i Sandomierza dopytywał, czy to są piastowskie miasta czy jagiellońskie?

Następnie na iphonie Ferdiego zlokalizowaliśmy dokładnie, gdzie jego tata przyszedł na świat (Duboisa (!) lub Pomorska, nie był pewien) i zacieśniliśmy przyjaźń ostatecznie. Następnym razem mamy ją zacieśniać Wyborową – wspólnie uznaliśmy, że jesteśmy krajanami.

A fondue wyśmienite. Gruyer pół na pół ze specjalnym serem do fondue z Freiburga, to chyba taki z czewonym krzyżem na randzie. I żadnych wiśniowych wódek – samo białe wino wystarczy.

Przymierzałam się do napisania notki na temat tego, jak to moje miejsce zamieszkania różni się bardzo wyglądem i mentalnością od mojego miejsca pracy. Kto widział, ten wie: Berlin (niegdyś) wschodni i zachodni nawet po dwudziestu latach od zjednoczenia dzieli przepaść w stylu bycia i wyglądzie ludzi na ulicy. I w języku chyba też. Ale dzisiaj poszłam na wspólny obiad z nowymi współpracownikami i okazało się, że różnic żadnych nie ma. Ludzie w moim nowym miejscu pracy jest tak samo przaśni i bezpośredni, jak ludzie po drugiej stronie dawnego muru. Ten sam rodzaj humoru, tak jak to Niemcy tylko potrafią.

Rozmowa toczy się na temat dyscypliny w domu i jakie są nastolatki – dzieci współpracowników – w wydaniu domowym. Usłuchane czy nie? W dobrotliwej krytyce i żartach pobrzmiewa oczywiście rodzicielska duma, jakie te dzieci są w gruncie rzeczy fajne. ( Na marginesie. Nie mogłabym być nauczycielką – nie dałabym sobie rady z rozmaślonymi na tle własnych pociech rodzicami, tkwiącymi w błędnym przekonaniu, że są obiektywni i zdrowo krytyczni. Jak tu przekazać konieczność wpłynięcia na pociechę, bo coś robi źle? Oberwie nauczyciel…) Nieuchronnie schodzi na tematy seksu nastolatków. Pan K. chwali się: – Z moim synem odbyłem dwie męskie rozmowy. Podczas pierwszej syn mi powiedział: „Tato, od trzech tygodni mam dziewczynę. Pewnie Ci kamień spadł z serca, że nie jestem gejem?” Podczas drugiej podszedł do mnie i mówi: „Tato, chcesz zostać dziadkiem?” No to ja mówię, że oczywiście, że nie. Na to mój syn wyciąga rękę i mówi: „To daj mi kasę na kondomy”.

Do rozmowy wtrąca się pani P.
- No, takie sprawy z mężczyznami załatwia się łatwiej i konkretniej. Ja też nie rozmawiałam z córką, tylko wzięłam jej chłopaka na bok i powiedziałam mu, że E. może i owszem zażywać pigułkę, ale ty i tak masz używać kondomów. No, bo ona zapomina czasem, a poza tym kondom chroni nie tylko przed ciążą, jeśli wiecie co mam na myśli…

No brawo. Ogólna radość. Teraz nie wiem, czy to stopień bezpośredniości pozostawił we mnie pewien niesmak, czy ta ukryta duma rodziców z tego, że są tacy luźni i tak sobie młodzieżowo i bezpośrednio o seksie mogą z dziećmi pogadać, nawet pożartować, dobrotliwie, nie tracąc autorytetu na siłę udając kogoś, kogo kim nie są.

Na szczęście przerwa obiadowa trwa tylko 45 minut. Ale teraz muszę czekać na jakieś nowe wydarzenia, żeby móc napisać notkę o różnicach między wschodnim i zachodnim Berlinem. Bo na dzień dzisiejszy raczej jestem przekonana, że różni się tylko architekturą i wyglądem ulic, w tym ludzi na tychże ulicach. Może powinnam zrobić fotonotkę.

A jednak. Po jedynych dwudziestu dwóch miesiącach znalazłam pracę – przy czym osiem z nich spędziłam na praktykach i wolontariacie. Z jednej strony plan się udał – skoro w jednej branży brak odzewu popróbować w innej i podwyższyć kwalifikacje i szanse poprzez praktyki. Rzeczywiście przyniosło to skutek. Z drugiej – całość smakuje gorzko, zbyt dużo czasu ta praca kazała na siebie czekać. I nawet nie jest tak, że to jakieś spełnienie marzeń czy coś – po prostu praca. No dobra, trochę spełnienie marzeń to jest – ale mam podejrzenie, że tylko trochę i że możliwe, że ja się jednak zupełnie do tych marzeń nie nadaję. Czas pokaże.

Kto odczuwał wielkie współczucie dla M. po mojej ostatniej notce może w tej sekundzie przestać. Okazuje się, że M. ma wbudowane mechanizmy obronne przed sytuacjami typu Pantaleon bądź pokrewnymi i one wspaniale działają. Teraz szukamy mechanizmów ochronnych dla mnie, na wypadek gdy M. zastosuje swoje…

Moja praca oznacza również, że muszę iść na zakupy. Na sto procent nie mam butów, nie skombinuję też więcej niż dwóch zestawów przyzwoitego przyodziewku. Muszę też nabyć różne książki nt. moich nowych zadań. Jednak moja zaplanowana miesiące wcześniej podróż do Meksyku oznacza, że nie mam na te wszystkie zakupy pieniędzy. I nie mam też jeszcze pomysłu, jak ten problem rozwiązać. Szkoda, że pracodawcy takich sytuacji nie przewidują i nie mają ekstra funduszu wsparcia pracownika na wypadek, gdyby ten pracownik wypstrykał się z zaskórniaków na podróże…

Znów jestem na etapie, że może, ale tylko może, dostanę jednak pracę. Polegałaby na ścisłej współpracy z osobami, które m.in. za moim pośrednictwem będą musiały wygzekwować pewne rzeczy od innych ludzi (nie, nie będę policjantką) (ani celnikiem). Trochę się boję. Mój M. na to: – Na pewno będzie ciężko na początku, ale dasz sobie radę. Ale już się boję tego, że ta praca cię tak zaabsorbuje, że na początek o niczym innym nie będziesz myśleć, jeśli trzeba będzie zrobić jakąś rzecz X i będziesz również miała na głowie pracę to praca zawsze będzie pierwsza. Jesteś przecież taka służbistka.

Nie bardzo chciałam mu uwierzyć i wcale mi się nie podobało to co usłyszałam – nie ma co ukrywać, że nie zabrzmiało to pochlebnie.
M. pociesza: – No, ale dla pracodawcy to dobrze. I dlatego na pewno wszystko będzie dobrze. Nie mówiłem ci wcześniej, bo dopiero mi przyszło do głowy. Będziemy musieli nad tym popracować.

O mój Boże… Wcale nie wiem, czy dla kogokolwiek bycie służbistą jest dobre. Nawet i dla pracodawcy. W końcu przełożeni Pantaleona też na koniec nie skakali z radości. M. mówi, że „Pantaleona i wizytantek” nie zna. M., jeśli to czytasz to już wiesz co będzie Twoją lekturą na urlop! Nie jestem Pantaleon, nie jestem Pantaleon… Nie jestem Pantaleon, prawda?

Szukając informacji nt. sankcji grożących za niespisanie się trafiłam na pełną oburzenia blogonotkę albo komentarz do notki, że jak Tusk chce to niech się sam spisze, do tej pory rządząc się nie spisał i doprowadził kraj do ruiny gospodarczej i w ogóle do stanu, że śmiech na całą Europę, wstyd straszny, Polacy jak jadą za granicę to nic sobą nie reprezentują. 

Jaki mam stosunek do spisu już pisałam, na temat rządów Tuska się nie chcę wypowiadać, ale związek pomiędzy spisem powszechnym a wizerunkiem Polaka za granicą mnie zastanowił. A może nie tyle związek, bo go nie widzę, ale ten wstyd wynikający z domniemanych wniosków i automatyczna reakcja: Tusk jest winien. 

Na pewno będąc premierem, mając wplyw na polityczną i faktyczną rzeczywistość oraz reprezentując ma wpływ także na wizerunek Polaków, ale jednakowoż nie do tego stopnia, by tenże wizerunek, rzucający się w oczy za granicą, jakoś szczególnie i bezpośrednio można było mu przypisać… Wiele osób ma całkiem w porządku wizerunek, ale za granicę nie wyjeżdża, wiele osób które wyjeżdża ma go też zupełnie ok i dlatego się nie rzuca w oczy. Ale fakt, sama też widzę za granicą osoby, które mogą być wyłącznie Polakami. Jest taki specyficzny styl, lekko zapyziały i spocony, a dla efektu pociągnięty na kolorowo lub spsiknięty „dyzoryrantem”, który rozpoznawalny jest z daleka. Widziany w wielu polskich miasteczkach i wsiach nie rzuca się w oczy, na tle np. Prenzlauer Berg bardzo odstaje. W sumie chyba o tło chodzi najbardziej. W ostatnio przeze mnie widzianym przykładzie na jego elementy składały się: kanapka z kiełbasą w ręku, białe buty adidasy – skóropodobny wyrób z bazaru, za długie włosy, za tłuste, zbyt długi zarost, wyciągnięty sweter ze sztucznej dzianiny nie pierwszej świeżości, ciemny, mimo upału. Rzeczy, które mówiły do siebie dwie osoby, których cechy można powielić lub rozdzielić na siebie po równo też nie były zbyt mądre. 

No i co z tego? Są grupy równie rozpoznawalne swoim specyficznym stylem, niepasujące do otoczenia. Np. Turcy – wąsaci faceci, okropnie owłosieni, strasznie podobni do siebie… Sztuczna skóra i tani T-shirt albo przeciwnie – droga fura, łańcuch na szyi i markowe krzykliwe okulary. Niemcy z dawnego DDRu – wygladają jak skrzyżowanie Polaka z Turkiem, tyle że bez wąsów, gustują w trochę innych butach (popularne są pseudozdrowotne), inych krojach kurtek, ale też noszą trwałą i mają braki w uzębieniu. No dużo tego jest. 

Ale te inne grupy są spójne, zwarte i jakieś pewniejsze siebie, ogarnięte. To się pewnie zaczyna od tego, żeby jako indywiduum mieć trochę – nie w sensie manii wielkościowej albo niezdrowego wywyższania się – więcej wiary we własną wartość. Co z tego, że pan z kanapką wyglądał nieświeżo, skoro sobie umiał na nią w obcym kraju zarobić? Za to co umiał – ktoś mu zapłacił. Byłoby miło, jakby Polacy się jako naród więcej myli i więcej uśmiechali. Może jak więcej za granicą popracują, to się tego nauczą. Co istotne – to jacy są wynoszą z domu. Ten Polak, co tak się za wizerunek za granicą wstydzi powienien się życzliwie rozejrzeć po otoczeniu i popracować nad wizerunkiem w gnieździe – od tego się zaczyna. Na takie rzeczy, ile razy w tygodniu ktoś myje włosy albo czy kupuje buty z plastiku, czego się w szkole lubi uczyć, ile czyta i jak często jeździ za granicę, żeby wiedzieć jak jest gdzie indziej, czy w tym języku się umie przedstawić – Tusk nie ma wpływu. Ani nawet Kaczyński…


  • RSS