rosengarten

Porządki w ogródku, czyli orka na ugorze myśli.

Wpisy z tagiem: smierc

27. Anna Czerwińska-Rydel, Powiat szydlowiecki. Przewodnik dla dzieci, Powiat Szydłowiecki 2014, s. 55

28. Ferdinand von Schirach, Verbrechen, Piper 2015, wyd, 27, s. 206

29. Jean-Luc Bannalec, Bretonische Brandung, Kiepenheuer und Witsch 2013, wyd. 10, s. 352

30. Robert Galbraith, Career of Evil, sphere 2015, s. 490

 

Tempo pozostawia wiele do życzenia…

Polecony w „Krwawej setce” Czubaja&Burszty kryminał autorstwa Martina Cruza Smitha Park Gorkiego (Almapress, Warszawa 2001, s. 404) jako jeden z dziesięciu najlepszych wszechczasów rzeczywiście jak najbardziej na to miano zasługuje. Jest to jedna z najlepszych książek o Rosji, jakie czytałam (chociaż tak z ręką na sercu jakoś wiele ich nie było), co zasługuje na uwagę zwłaszcza dlatego, że nie została napisana przez Rosjanina. A mimo tego wszechobecna jest w niej pewna w moim pojmowaniu nieodzowna dla literatury rosyjskiej duszność, niewładność, chaotyczność istnienia zdominowanego przez system radziecki, który będąc czynnikiem determinującym taką atmosferę nie jest jednak przyczyną jedyną. Jest jakaś nieuchwytna melancholia w determinacji, humor i spojrzenie z góry i z dystansem na rozmaite zależności życia, mimo iż kręci się ono wokół wódki, pralki, braków zaopatrzenia lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wręcz niesamowite, jak to się wszystko autorowi udało. A dodatkowo jest oczywiście intryga kryminalna, przeradzająca się w thriller w naprawdę amerykańskim stylu. Są bon moty w stylu: „Lubię śnieg. Dobrze skrywa trupy”. I jest tu porządny kawałek ekonomii i handlu dotyczący handlu skórami soboli, motyw tyleż oryginalny w literaturze kryminalnej co otwierający mnóstwo wykorzystanych przez autora możliwości jeszcze lepszego pogłębienia obrazu Rosji i Rosjan.

Kolejna doskonała pozycja z rekomendacji Burszty i Czubaja to „Palacz zwłok” Ladislava Fuksa (Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2011, s. 152). Książka o tym, jak banalne jest zło, jak łatwo dać się mu uwieść i przekroczyć granice, które dotychczas były nieprzekraczalne. Książka wydana została w 1967 r. i dotyczy czasów sprzed traktatu monachijskiego w 1938 r. i zajęcia Czech przez hitlerowskie Niemcy. Rzecz dzieje się w Pradze, tytułowy palacz zwłok to człowiek, który zakłada pierwsze krematorium w Pradze i jest wcieleniem łagodności. Ubóstwia rodzinę, zdrabnia, co się da zdrobnić, unika konfliktów, harmonię stawia na pierwszym miejscu… Do czasu, gdy daje się uwieść propagandzie o czystej niemieckiej krwi i jej dziejowej dominacji. Nie chodzi tylko o to co, ale też jak to zostało opowiedziane. Specyficzny jest ten pełen łagodności styl narracji głównego bohatera, spod którego wyziera coś złowrogiego.

Mniej spektakularne lektury, ale też dobre:
Walter Mosley, Czerwona śmierć, Da Capo, Warszawa 1992, s. 252
Jonathan Kellerman, Obsesja, Amber Warszawa 2007

3. Zygmunt Miłoszewski, Gniew, WAB Warszawa 2014, s. 401

4. Esquire (wyd.), Podręcznik stylu dla mężczyzn, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie Kraków 2014, s. 224

5. Marcin Wroński, Kwestja krwi, WAB Warszawa 2014, s. 300

6. Edith Nesbit, Historia amuletu, przeł. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia Warszawa 1968, s. 274

7. Seweryna Szmaglewska, Czarne stopy, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1977, s. 240

8. Jerzy Edigey, Strzała z Elamu, Czytelnik Warszawa 1990 (wyd. I ok. 1968 r.), s. 245

9. Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, Muza, Warszawa 2014, s. 670

Taki mały maraton mi wyszedł niechcący, a na czoło wysforowały się: Miłoszewski, Wroński i Nesbit, z czego naprawdę wielkim odkryciem jest właśnie ta ostatnia. Ale po kolei.

Miłoszewski ze swoją ostatnią częścią przygód prokuratora Szackiego jest ostatnio w mediach bardzo głośny. I dobrze, książką tak jak i wcześniejsze części jest bardzo dobra. W Ziarnie prawdy osią zbrodni było polskie rozemocjonowale piekiełko i polski antysemityzm. W Uwikłaniu  rodzina, a z drugiej strony polskie układy poniepodległościowe, siły pokomunistyczne i to wszystko, co istnieje poza ofocjalnymi salonami włądzy. W ostatniej części oczywiście można powiedzieć, że poruszając temat seksizmu i przemocy w rodzinie Miłoszewski  odgapił z Larssona i że powstała polska wersja mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet. Ale wersja Miłoszewskiego jest jednak bardzo oryginalnie osadzona w polskich realiach, a jednocześnie próbuje pokazać coś uniwersalnego, marginalnie, ale jednak wyraźnie stara się uchwycić ten „gen przemocy”, który każe mężczyznom wykorzystywać tę biologiczną przewagę, którą z natury rzeczy mają nad słabszymi – kobietami, dziećmi. I chwyta za rogi temat leżący u podstawy systemów patrialchalnych: żona to tak naprawdę obcy, dziecko to rodzina. Dlatego może przemocy bezpośredniej względem dzieci jest trochę mniej niż względem kobiet? Statystyk nie znam, tak mi się wydaje „na nos”. Jest jedna scena w tej książce, opowiedziana z perspektywy dwuletniego syna ofiary, który budzi się i w cichym domu schodzi na dół i woła matkę. Najpierw, żeby powiedzieć, że sam zszedł ze schodów, póżniej, że chce pić, później usiłuje sobie sam ściągnąć mleko z wysokiej półki z lodówki, później jeszcze rozbija je i chodzi na boso wśród szkła, po drodze przypadkiem włączając piekarnik… Aż tak łążąc w kałuży mleka odkrywa ciało matki leżące na podłodze za kuchnią, wokół któego mleko miesza się z krwią. Później odkrywa ze zdumieniem, że matka nie reaguje zupełnie na niego i jego potrzeby, jak to było do tej pory, kiedy to zawsze się do niego zrywała… I w ten sposób widać, jak przemoc nawet nie bezpośrednio względem dzieci na nie wpływa i ich dotyka, jak może je zranić i zepsuć, nawet jeślni nie były jej bezpośrednim adresatem. Więc w ostatniej książce o księciu polskich ścigających, nieskazitelnie eleganckim prokuratorze Szackim na aplauz zasługuje przede wszystkim wybór i ujęcie tematu, rozwinięcie go w najróżniejszych kierunkach. Trochę weryzmu i reportażu wspomnianym właśnie fragmentem, trochę w kierunku prawdy proceduralnej, we fragmencie, kiedy Szacki kompletnie nie radzi sobie z  przyjęciem zgłoszenia o przemocy domowej. Czemu trudno się dziwić, bo organom przyzwyczajonym do przyjmowania zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa z jasnym stanem faktycznym, gdzie są naocznie widzialne siniaki, trup albo szkoda materialna w postaci ukradzonego portfela czy samochodu może być jednak dość ciężko przestawić się na sprawy, gdzie ktoś czegoś się boi, ale sam nie wie, czy zasadnie. Do tego potrzeba odpowiedniego przeszkolenia, co z kolei pokazuje scena z asesorem Falkiem. Z drugiej strony mało jest w tej książce jako kryminale wątku dochodzenia do prawdy. Widać to już po proporcjach, akcji i jej tempa nie wyznaczają kolejne trupy czy odkrywane ślady, przez większość czasu, a na pewno od momentu odkrycia tajemnic szkieletu w zakładzie anatomii w zasadzie stoi w miejscu albo kręci się w kółko. Aż do wielkiego finału z porwaniem córki Szackiego, w którym coś się wyjaśnia, ale niestety tylko w części. Jasne staje się, kim są aktorzy stojący za tymi zbrodniami, ale motywy i dokładne związki pomiędzy nimi  niestety tylko  w części.

I to jest ta część, która mi się nie podoba. Końcówka jest zepsuta, nie do końca zgodna z regułami gatunku. Tzn. gatunek kryminału jako takiego raczej opuściliśmy już jakiś czas temu albo w najlepszym razie balansujemy na jego krawędzi, pograniczy z powieścią sensacyjną czy thrillerem. A amerykańskie filmy (czy nawet szwedzki Larsson) nas nauczyły, że najpierw następuje iluminacja, wielkie rozwiązanie, kiedy to wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsca, a potem okazuje się, że jednak wszystko było jeszcze inaczej… A u Miłoszewskiego brakuje na zakończenie tego efektu wielkiej iluminacji, kiedy czytelnik kawa na ławę wie, dlaczego tak się stało, a nie inaczej. OK, Szacki zabija Weronikę Senderowską, która jego zdaniem porwała i przetrzymywała jego córkę. I była winna śmierci Nejmana. Ale jak dokonała tych wszystkich zbrodni? Gdzie przetrzymywana była córka Szackiego? Skąd sprawcy dowiedzieli się o rodzinach, w których dochodziło do przemocy? Gdzie został złożony szkielet i uzupełniony  o brakujące części? Kto ze sprawców posiadał wiedzę medyczną konieczną do opatrzenia Kiwita? Jak tłumaczyli swoje długie nieobecności w domu? Brakuje niezbędnego w powieściach kryminalnych czy nawet sensacyjnych pochylenia się nad detalami tych wszystkich zbrodni i wyjaśnienia ich. Bez tego Falke okazujący się na końcu geniuszem zbrodni i wielkim pociągającym za sznurki nie wypada przekonująco. A mógłby, gdyby na koniec ukazał, jak te same szczegóły układające się w pełen obraz zbrodni widziane pod innym, właściwym kątem układają się w inny obraz. W takich warunkach akceptuję otwarte zakończenia, jak w Incepcji, i szkatułkową intrygę, jak w Dzikich żądzach.

Ale podoba mi się, jak autor poprowadził postać Szackiego, fakt, że z obrońcy sprawiedliwości zamienia się w sprawcę, że widać, jak przekracza tę granicę, jak gniew czy – z braku lepszego określenia – zło bierze w nim górę. I jak potem akceptuje konsekwencję, jak w jego umyśle i wskutek wykształcenia, i życia zgodnie z założeniami systemu sprawiedliwości następstwem zbrodni jest kara. Zawsze mamy wybór, powiada Szacki, ale z drugiej strony widać, że w jego przypadku zakres wyboru jednak miał inne ramy niż np. taki Raskolnikow.

W zupełnie inny sposób zajmująca i wybitna była książka Edith Nesbit. Adresowana do dzieci, trzeba dodać, więc o zupełnie innym ciężarze gatunkowym. Rok 1901? 1904?, czwórka dzieci zamiast na wsi spędza miesiące letnie w Londynie, pod opieką starej niani, podczas gdy ojciec jako korespondent wojenny jest w Mandżurii, a matka z najmłodszym z rodzeństwa na Maderze, dla podreperowania zdrowia. Ciekawe, że Madera tak słynęła z klimatu jako sanatorium, cesarzowa Elżbieta również tam właśnie leczyła suchoty. Książka jest chyba trzecią z kolei traktującą o przygodach dzieci, akcje wcześniejszych działy się na wsi, gdzie dzieci spotkały Piaskoludka, stworzenie, które spełnia życzenia. Spotykają go ponownie w Londynie i  szukają połówki amuletu, która pomoże wrócić ich rodzicom. Amulet jest starożytny i poszukiwania toczą się w antycznym Egipcie, Babilonie, Grecji, są zabawne, zajmujące. A dzieci ukazane niecukierkowo i inteligentnie. Wreszcie w jednej z przygód przenoszą się też w przyszłość i przy tej okazji Nesbit daje się poznać jako bardzo baczna i krytyczna obserwatorka życia społecznego. Rysując idealny świat przyszłości rozprawia się ze współczesnym jej tematem pracy robotniczej w złych warunkach zdrowotnych i za najniższą płacę, ze złym trakotwaniem dzieci, z których wiele umiera w najmłodszych latach życia i z rozwarstwieniem społecznym. Dla mnie to była lektura olśniewająco świeża, wdzięczna, inteligentna i przy okazji zajmująca się istotnymi problemami społecznymi – nie tak nachalnie, jak w Czarnych Stopach, gdzie zagubiony w lesie partyzant Leśne Oko raczy drużynowego drętwą gadką umoralniającą na temat tego, jakie to zagrożenia czyhają na dzieci, degrengolada moralna poprzez wpływ bikiniarzy i alkoholików. I tak mnie zastanawia, jak to się dzieje, że angielskie powieści dla dzieci i młodzieży są tak wybitne. Tolkien (ok, można dyskutować, czy to powieść dla dzieci), Travers (choć Australijka), Rowling, Nesbit… Co jest w wyspowym powietrzu, że się rodzą takie talenty?

A na koniec nie mogę wspomnieć o Wrońskim. Ostatnia książka dotyczy tak naprawdę pierwszej sprawy Maciejewskiego, prowadzonej jako świeżo opierzony aspirant w Zamościu. Znów wraca znana z Haiti narracja w czasie, kiedy Maciejewski sprawę prowadził w międzywojniu i równolegle opowiadany powojenny ciąg dalszy. Znów pojawia się ubecja. Nie wiem, jak Wroński to robi, ale jak pisze tych swoich prostackich ubeków i ubecję generalnie, to robi to w taki sposób, że budzi się we mnie autentyczna agresja. Gorąca, organiczna nienawiść. Bezsilna, jak u Maciejewskiego – chociaż ciągle się łudzę, że w następnej części los się odwróci i przestanie, chociaż na trochę, być mierzwą historii.

Tak przedwojennego komisarza podsumował major Grabarz, ubek, który przesłuchiwał i katował go na lubelskim Zamku. Motyw przesłuchań i wspomnień z przesłuchań przewija się w ostatnich trzech powieściach Marcina Wrońskiego, z których ostatnia podobała mi się najmniej, ale też jest jak najbardziej warta przeczytania jako ponadprzeciętnie dobry kryminał – po prostu pierwsze trzy są znakomite, więc ostatnia trochę odstaje.

Marcin Wroński, A na imię jej będzie Aniela – Pod pretensjonalnym tytułem kryje się cudowna powieść o losach Maciejewskiego i jego ludzi w czasie okupacji w Lublinie. Muszę nieco ochłonąć z zachwytu, inaczej zaraz tu napiszę, że należy ją traktować jako epicką wręcz opowieść o losach Polski w najtrudniejszych momentach jej dziejów, o dobrych i złych ludziach, a przy okazji albo Niemcach, albo Polakach, albo Żydach. Co ciekawe, dobry Rosjanin (czy to krasnoarmiejec, czy to bolszewik) w powieściach Wrońskiego jeszcze nie pojawił się…

Marcin Wroński, Skrzydlata trumna, Warszawa – Ten kryminał jest o tym, jaki mocny etos i imidż posiadał lotnik przed wojną oraz o tym, jak niektóry byli tego etosu godni, a inni nie. Prawdziwie brawurowa powieść. Na Maciejewskiego przyszły ciężkie czasy, siedzi na Zamku i przesłuchuje go  bezpieka. Kto odetchnął z ulgą na „A na imię jej będzie Aniela”, bo nie było opisów katowania przez gestapo, jedynie groza i echa tych przesłuchań, ten musi się wykazać mocnymi nerwami podczas czytania „Skrzydlatej trumny”. Obok Anieli jest to zdecydowanie moja ulubiona powieść Wrońskiego.

Marcin Wroński, Pogrom w przyszły wtorek – Akurat ta część serii opowieści o Maciejewskim toczy się w porządku chronologicznym. Losy Maciejewskiego są mroczne, Lublin jest mroczny, historia tego czasu jest mroczna, a powieść olśniewająca i rewelacyjna. Jedyna rzecz, która mi zgrzytnęła, to w sumie marginalnie potraktowanie sprawców – spoiler – mordów na starszych kobietach. Wątek był trochę za krótki jak na tak istotny dla Grabarza, a z drugiej strony za długi jak na zwykły ozdobnik budujący klimat. Jakby miało z tego wyniknąć coś większego, a ostatecznie się okazało, że trzeba kończyć. Co konkretnie łączyło obydwu byłych więźniów? Jak doszło do tego, że zaczęli zabijać i jak to się stało, że motyw sadystyczny zacząć przeważać nad rabunkowym?

Marcin Wroński, Haiti – tu spodobał mi się krótki i treściwy tytuł, a z kolei nie zaprzyjaźniłam się z nową szatą graficzną z prominentnym nazwiskiem autora i numerem serii a malutkim tytułem, którego nie mogłam w pierwszej chwili znaleźć. A intryga wydała mi się trochę niedokończona. Nie wiadomo w końcu, po co – spoilery! – Dąb okradł kasę pancerną. Poza tym w powieściach Wrońskiego, zwłaszcza tych ostatnich, wątek kryminalny albo osobisty, dotyczących bohaterów oglądany jest zawsze z dwóch perspektyw czasowych, wcześniejszej i parę lat późniejszej. W ostatniej powieści wątek kryminalny dotyczy klaczy wyścigowej Haiti i śledztwa prowadzonego przez Maciejewskiego w sprawie sfingowanego wypadku z udziałem tej klaczy. W 1951 r. ponownie widzimy zarówno Haiti, jak i Maciejewskiego. Ale ta druga perspektywa jest dużo mniej rozbudowana i choć podaje jakieś informacje i klimat jest, to ta część w sumie wydaje mi się proporcjonalnie za krótka czy też za mało wnosząca w stosunku do całości oraz do pozostałych części. Jest to jednak bez wątpienia miła lektura i dobry polski kryminał z bardzo solidną kwerendą, nowa jest – choć nierozbudowana – obecność ziemiaństwa w sferze śledztwa Maciejewskiego, który do tej pory raczej pracował z żydami, klasą robotniczą i lumpenproletariatem, choć jeśli chodzi o terminologię to bardziej pasuje do czwartej i piątej części przygód Maciejewskiego. Klimatyczna to lektura, warto przeczytać – Wroński to solidna marka, ale z pewnością nie należy na Haiti poprzestać, żeby poznać jego możliwości jako autora.

Dostałam na urodziny książkę „Das Dorf in deinem Kopf” Michaela Stöhrenbergera (Gollenstein 2013, s. 392). Przeczytałam i nie wiem sama, co o niej myśleć, jednocześnie denerwuje i podoba mi się. Generalnie zbudowana jest z naprzemiennie występujących reportaży autora, napisanych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych głównie w różnych wioskach świata i listów do jego dzieci napisanych współcześnie, w których zadaje im różne pytania i przedstawia swoje przemyślenia na różne tematy, głównie wokół cytowanych reportaży i koncentrujących się wokół tego, jak zachować i pielęgnować przejrzystość i siłę wzajemnych międzyludzkich kontaktów, które mają dla niego szczególne znaczenie.

Denerwuje mnie:
- że w gruncie rzeczy to po prostu ładnie opakowany pomysł na ponowne wykorzystanie i sprzedanie dawniej opublikowanych reportaży. Z drugiej strony jednak nie ma przecież nic złego w ponownym wykorzystywaniu utworu, tym bardziej, że inaczej pewnie nigdy bym tych reportaży nie przeczytała. Sposób tego „odgrzania” jest nowatorski, bardzo przemyślany i stanowi także wartość dodaną. Ale mimo woli zastanawiam się: tytułowa teza, że tak naprawdę ilość ludzi, emocji, stosunków międzyludzkich, którą mamy w głowie i która jest dla nas jako jednostki ważna, która nas określa nie przekracza niezależnie od tego, gdzie żyjemy, rozpiętości stosunków, które łączą ludzi w wiosce. Więc niezależnie od tego, gdzie żyjemy, świat myśli i uczuć w naszej głowie ciągle odzwierciedla wioskę. To czy ta teza szczerze zaprzątała autora? Chce mi naprawdę coś przekazać? Czy ta teza szczerze była motorem powstania tej książki czy raczej dodanym, koniecznym usprawiedliwieniem?
- że tak przebija w tym tekście duma z dzieci i przekonanie, że wyrosły na niezepsute i mądre i mają coś do powiedzenia czytelnikowi. Jego duma wypływa z tego, że choć autor jako ojciec nie przekazał im nie wiadomo jakiego majątku czy szczególnych… superpowers, bo żyli zawsze jedynie w wynajętym mieszkaniu i bez specjalnych przywilejów, a kasę wydawali na podróże, że chociaż chodzili do zwykłych publicznych szkół etc. to że udały się, mówiąc kolokwialnie, że ludziom do dobrego życia wystarczą wartości niematerialne. Prawda – ale jednak z drugiej strony w ramach tych wartości niematerialnych jego dzieci otrzymały jak najbardziej szczególne miejsce, z ojcem podróżnikiem, reporterem, zajmującym się ważnymi sprawami i wciągającym do tego dzieci. Autor pisze o tym, jak to nie zapewnia im nic szczególnego w sensie bogactwa, ale jednocześnie czyni je współautorami tego dialogu i książki, jakby to nie była szczególna pozycja? Zwłaszcza we Francji, hołubiącej poetów i szeroko pojętą sztukę? Które inne dzieci dwudziesto- czy dwudziestoparoletnie są współautorami dobrej (mimo wszystko) książki? Ale przecież i wcześniej zabierając dzieci na wyjazdy reporterskie musiał mieć świadomość, że zapewnia im możliwość zdobycia wiedzy o świecie, której większość ich rówieśników nigdy nie otrzyma, a oprócz tego pozwoli nauczyć się jezyków. Z trzeciej strony natomiast – mają dzieci szczęście mieć ogarniętego ojca, niech piszą z nim książki, żal im żałować, że korzystają…

Podoba mi się, że:
- dzięki połączeniu formy reportażu i listu tworzy się taki wielogłos z tej książki, efekt, jakiego nie spotkałam nigdzie indziej. Toczy się rozmowa między pokoleniami na temat teraźniejszości i przeszłości, która ich wiąże, ale którą pamiętają inaczej, a także na temat przeszłości, którą pamięta tylko ojciec – tzn. życia w wiosce, z której pochodzi, jego rodziców, na temat reportaży, które autor czyni częścią tej rozmowy wysyłając je dzieciom. A do tego swoim własnym głosem opowiadają zupełnie inną historię bohaterowie reportaży, częściowo znani dzieciom autora, w większości jednak nie. Ich życie na moment zazębiło się z życiem autora i wessało go do środka, a dedykowanie tych reportaży dzieciom łata dziurę, która powstała wówczas w ich wzajemnych stosunkach,
- dobre są reportaże, największe wrażenie zrobiły na mnie ten z Madagaskaru i z Salwadoru – za stosunek do śmierci, ten z Boliwii – pokazujący jak bardzo niespotykane mogą być skutki naszych działań… Reportażowa część w ogóle podobała mi się dużo bardziej niż epistolograficzna,
- ładnie wydana książka, gruby, śliski papier (bardzo rzadko spotykane ostatnio), ładny koncept okładki, ładne kolory, dużo ładnych zdjęć. I jak na takie wydanie to bardzo tania,
- fajną rzecz pisze najstarsza córka autora: Chcę ci tato uświadomić, że ja i moi przyjaciele kroczymy bez złudzeń i żadnych iluzji drogą prostych ludzi, wiemy, że żadnej wielkiej rewolucji nie zdziałamy, ale może za to kilka małych,
- w reportażu z Sahary północnej o plemieniu Tubu jeden z nich wyjaśnia: Tubu potrzebuje przede wszystkim piasku i kamienia. Piasku dla wygody, kamienia żeby się schować. – I już. Niesamowity minimalizm potrzeb,
- równie magiczny sposób – i uniwersalny – postępowania, jak się człowiek zgubi nocą na pustyni: „Jeśli się zgubisz, to jest na to prosta recepta. Zatrzymujesz się, zamykasz oczy, kręcisz się w kółko, a potem kładziesz się na ziemi. I kiedy wirowanie w twojej głowie ustaje otwierasz oczy. Patrzysz na gwiazdy. I od razu wiesz, gdzie jesteś”.
- syn autora w związku z tym reportażem przypomina sobie, jak ojciec pytał starca z Sahary, który oślepł na jedno oko od słońca, kiedy był samotnie w swojej najdłuższej podróży przez Saharę (wymieniał daktyle na inne produkty, w sumie 4000 km na wielbłądzie): O czym myślisz, kiedy tak miesiącami wędrujesz przez pustynię? – O niczym, to bardzo ważne. – Ale przecież o czymś zawsze się myśli. – To myśl tylko to, co widzisz! Tylko i wyłącznie to!”

Więc polecam jak najbardziej, ale na własną odpowiedzialność, książka może niektórych irytować.

„Jula” Pawła Goźlińskiego przeczytałam krótko po „Korektach”, czyli b. dawno temu. Nie robiłam sobie żadnych notatek, więc z perspektywy czasu mogę napisać tylko tyle, że jest niezwykle oryginalna i przynajmniej ja do tej pory się w polskiej literaturze ze zjawiskiem kryminału kostiumowego nie spotkałam. Kostiumowego, ale nie przebieranki – wszystko jest tak doskonale osadzone w czasach lat 40. dziewiętnastego wieku, że to naprawdę wyczyn, bynajmniej nie jest tak, że autor szafuje sobie kolorowym kostiumem li i jedynie po to, żeby było fajniej i barwniej, a historia tak naprawdę mogła się wydarzyć kiedykolwiek. Osadzenie powieści w czasach popowstaniowej, polskiej emigracji paryskiej ma głęboki sens i niezaprzeczalny urok, książkę się czyta płynnie i z napięciem, a przy okazji odkurzają się wiadomości z zapomnianych nieco lekcji języka polskiego. I pojawiają się pytania o szereg dramatów Słowackiego, o których mowa w powieści, i pojawia się także chęć, żeby się wreszcie z nimi zapoznać.

Na Wolnych Lekturach jeszcze Słowackiego mało:
http://nowoczesnapolska.org.pl/2012/09/04/slowacki-wielkim-poeta-byl/#more-5896

 

„Ciemno, prawie noc” Joanny Bator przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Mam szczęście ostatnio do naprawdę dobrych książek:

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa  zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji.”

Dlaczego w okolicy ginie coraz więcej zwierząt i czy to na pewno M. włamywał się do domu Alicji nie dowiadujemy się zresztą w ogóle – przynajmniej ja się tego nie domyślam – ale o czym wydawca w powyższej notce nie wspomina, a co wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan jest bohater zbiorowy tej książki: postać matki. Autorka kreśli portret matek bardzo przewrotny, bardzo idący w pięty i polemiczny, niezwykły, bardzo mocno osadzony w historii polskich ziem odzyskanych i daleki od obrazu Matki Polki, a jedyna Matka Polka w tym towarzystwie jest postacią równie straszną, jak pozostałe. Historie narodowe i indywidualne, rozbitki, niedobitki i etniczne poplątanie mniejszości, uciekinierów, bohaterów i bandytów mieszają się ze sobą, zazębiają i nakładają, w efekcie tworząc mozaikę smutną, straszną, ale tak jak autorka pisze w komentarzu na okładce: „Przeraził mnie mrok [tych opowieści]. Jest taka scena we Władcy Pierścieni, gdy zrozpaczony, pozbawiony sił Frodo kryje się przed Nazgulem w ruinach miasta. Stracił wiarę w sens swojej wędrówki. Po co to wszystko? Wierny towarzysz Sam odpowiada mu z właściwą sobie prostotą, że na tym świecie ciągle istnieje dobro i warto o nie walczyć. O tym jest ta książka.”

Paweł Goźliński, „Jul”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010, s. 384. B. ładny jest też projekt okładki.

Joanna Bator, „Ciemno, prawie noc”, W.A.B., Warszawa 2012, s. 528.

Nasza M. była opiekunem wycieczki. W zeszłą sobotę zabrała swoją grupę, w sumie może około 20 osób, na rejs przez lagunę niedaleko Acapulco. W pewnym miejscu laguna łączy się z Oceanem Pacyficznym – wąski przesmyk, ale bardzo ciekawy punkt wycieczkowy, wśród białych plaż i błękitnej, ciepłej jak zupa laguny taki widok na otwarty ocean.  Dwaj miejscowi, młodzi Meksykanie sterujący łodziami ostrzegali M., żeby uprzedziła turystów, że ocean jest dziś bardzo niespokojny, więc kąpiele w oceanie odpadają – program obejmuje podziwianie widoku ogromnych fal, robienie zdjęć na ich tle – ewentualnie  ze wspólnym, zschynchronizowanym podskokiem, pomoczenie stópek. I do domu.

Rzeczywiście, M. mówi, że fale były ogromne. Już gdy zdarzyło się, że liznęły stopy, czuło się ich wielką siłę.

Plan realizowany był w zasadzie całkiem sprawnie, gdy nagle jeden z turystów, niespodziewanie chyba sam dla siebie, a na pewno dla towarzyszącej mu żony i pozostałych uczestników, wszedł do oceanu po kostki, a potem po łydki, a potem po kolana… Kiedy M. to zobaczyła zaczęła krzyczeć, żeby natychmiast wracał, a także do jego żony, żeby go wołała, i tak krzyczały obie, a potem i reszta grupy – ale on jakby nie słyszał. W następnym momencie w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał w wodzie po kolana przyszła fala i porwała go daleko od brzegu, w głąb oceanu…  Jeszcze go było widać, machał rękoma unosząc się na jej grzywie, za chwilę znikał, potem znów się wynurzał.

M. natychmiast zadzwoniła po pomoc. A ci młodzi meksykańscy chłopcy pilotujący łodzie, bez wyposażenia, ze świadomością, jak niebezpieczny jest tego dnia ocean, bez choćby kapoka rzucili się płynąć i ratować tonącego. Po chwili przybiegło jeszcze trzech ratowników ze straży przybrzeżnej. Dwóch z nich rzuciło się płynąć w kierunku turysty i tych dwóch chłopców, trzeci – razem z M. poszukali liny, którą zawiązali mu w pasie, i pustego baniaka po wodzie, który służył za koło ratunkowe i jednocześnie sygnalizator, żeby było widać, gdzie się teraz znajduje. Potem ten ratownik pobiegł do wody, a M. trzymała koniec liny. Fala była tak silna, że rzucała mężczyzną to w jedną, to w drugą stronę, a M. biegała z drugim końcem tej liny wzdłuż plaży w promieniu przynajmniej 50 metrów.

Mimo wysokiej fali znaleźli tego turystę, ale nie byli w stanie utrzymać jego głowy na powierzchni. Akcja trwała w sumie  z 15 minut. Kiedy piątka ratowników wyciągała turystę na brzeg byli tak słabi, że nie mogli go utrzymać albo podnieść. Więc ciągnęła go w sumie sama M., krzycząc do zebranych gapiów o pomoc, albo choćby zabranie spod jej bosych nóg popękanych plastikowych butelek, o przesunięcie się i zrobienie miejsca – wszystko na nic. To jest ten fragment opowieści o braku bohaterstwa, niestety. Gapie – w większości miejscowi zamieszkujący pobliską wioskę, stali i się gapili, nawet nie przesunęli się, żeby zrobić miejsce dla wyciągniętego z oceanu człowieka.

M. rzuciła się z masażem serca i sztucznym oddychaniem, wypompowywaniem z niego wody – niestety, wszystko na próżno. Był w wodzie zbyt długo. Prawdopodobnie nie żył już w chwili, kiedy przypłynęli do niego pierwsi ratownicy.

Gdy M. organizowała wszystkie dalsze czynności i starała się ogarnąć swoją grupę oraz świeżą wdowę, która została nią oglądając na własne oczy śmierć męża, trójka przyjezdnych ratowników szybciutko się ulotniła. Jeszcze niechętnie udzielają informacji, jak się nazywają i równie niechętnie obiecują, że tak, zostaną i poświadczą, że starała się ratować i zorganizowała pomoc, a już ich nie było, ledwo M. odwróciła się plecami.

Jest w ludziach irracjonalny lęk przed kłopotami, przed poświadczanie swoim nazwiskiem zdarzeń, przed wplątywaniem się w „nie swoje sprawy”. Być może w Meksyku, gdzie lepiej jest wiele rzeczy nie widzieć i nie wiedzieć, jeszcze większy niż gdzie indziej. Nawet w sprawach jak ta, gdzie ratownicy w nic się nie wplątują – naprawdę przybyli na czas i zrobili co mogli, a może nawet i więcej, choć wiedzieli, że tego człowieka nie da się już uratować i być może ryzykują życie jedynie po to, żeby wdowa mogła zabrać ze sobą i pochować jego ciało.

A dwaj chłopcy pilotujący łodzie zostali z M. aż do końca, aż do zabrania ciała turysty przez przysłany przez miejscowe prosektorium karawan. Pomogli, powiedzieli, że wszystko poświadczą, nawet przewieźli ją i ciało tego człowieka na drugą stronę laguny, bo karawan-quad nie był w stanie jechać po tamtym kawałku plaży. A potem, gdy M. i turyści już wyjechali dzwonili i pytali, czy wszystko załatwiła i czy u niej wszystko w porządku. Niestety, nawet nie znam ich imion, choć rzadko kiedy zdarza mi się tak kogoś podziwiać, jak ich.

Breaking the silence of death – komentuje reżyser Six feet under swoje dzieło. Jaki to znak czasów, że klasyczna saga rodzinna podawana jest dzisiaj w formie serialu telewizyjnego, a charakterystyczny dla średniowiecza namysł nad przemijaniem występuje w towarzystwie narkotycznych wizji i trochę kiczowatego, staromodnego wystroju domu pogrzebowego. Jest w nim tyle pięter, ile freudowskich warstw osobowości, a ilość wysiłku włożona w zachowanie porządnickiego, przyzwoitego obrazu rodziny jest wprost proporcjonalna do ilości występujących u bohaterów aberracji, nieznanych a niepokojących stron osobowości, problemów, bogatego wachlarza zachowań i reakcji.

Od kiedy obejrzeliśmy z moim M. pierwszy odcinek serii dzieliliśmy czas na niezbędny do snu, jedzenia i pracy oraz pozostały, przeznaczony na obejrzenie całej reszty z pięciu serii. Nie spoczęliśmy, póki nie pochłonęliśmy i nie przetrawiliśmy każdej minuty tej niezwykłej opowieści o życiu, które kręci się wokół śmierci, choć dziś o przemijaniu i odchodzeniu czy to w kulturze, czy w prawdziwym życiu mówi się raczej mało. Na koniec doszliśmy do wniosku, że tak jak śmierć Nathaniela Seniora zburzyła życie Fisherów, tak śmierć Nathaniela Juniora stała się osią organizacji życia na nowo, niekoniecznie lepiej, ale sprawniej i odważniej, bez tego szoku towarzyszącego pierwszej śmierci. Tylko że inaczej niż teksty średniowieczne, te śmierci w Six feet under nie dehumanizują bohaterów, nie robią z nich robotów wytrenowanych do filozoficznego przyjmowania przemijania i wyznawania, że cóż tam śmierć, prawdziwe życie, to ważniejsze, wieczne, dopiero nastąpi. Tutaj widz raczej ma pewność, że kolejna śmierć w rodzinie, pociągająca za sobą konieczność wzięcia pod lupę roli zmarłego w rodzinie i zmianę układu sił w tej swoistej organizacyjnej grupie, nie zmieniłaby tych bohaterów jeszcze bardziej. Nauki i przemiany, które patrząc z jakiegoś kosmicznego punktu widzenia miały nastąpić, już bowiem nastąpiły.

W ten sposób, zupełnie przypadkiem i bez ambicji na tę miarę, bez fajerwerków i tematycznego pijaru, Six feet under stało się współczesnym „Wielkim testamentem” Françoisa Villona, takim wołaniem, że wszyscy odejdziemy, więc nie traćmy życia na odkładanie go na później. Six feet… przypomina w trochę ironiczny, zupełnie pozbawiony pietyzmu sposób, że w gruncie rzeczy nie znamy nawet najbliższej rodziny, że prawdziwe stosunki międzyludzkie nie ociekają sztucznym miodem jak w masowych serialach familijnych, ale są prawdziwą bezpardonową walką o obronę granic własnego ja. Nawet jeśli jest to walka o miłość i akceptację, co brzmi bardzo górnolotnie i szlachetnie, metody tej walki mogą ranić i ranią tak samo, jak gdyby chodziło o inne, mniej piękne cele. A trud walki i trudna szkoła, którą fundują bohaterom zmiany opłaca się nie dlatego, żeby „życie było lepsze”, bo ono – w sensie warunków i osiągniętych celów nie zawsze się zmienia, a nawet potrafi mocno rozczarować, tylko żeby się lepiej czuć we własnej skórze i w interakcjach z najbliższymi osobami.

Pomijając jednak te wszystkie bynajmniej nie nieważne tematy, Six feet… przede wszystkim przypomina, że każdy bez wyjątku będzie się musiał zmierzyć z tematem przemijania i z tym, że ta cisza zapadająca po śmierci wcale nie jest cicha – przeciwnie, aż buzuje od emocji i piętrzy pytania, które najczęściej pozostają bez odpowiedzi. Nie mam pojęcia, jakim sposobem twórcy osiągnęli taki efekt nie popadając w patos, milczę, podziwiam i przymierzam się do powtórki.

3. Patricia Cornwell, Point of Origin, Penguin 2001, s. ok. 300

Strasznie długa pogoń za seryjną morderczynią, która, złapana siedem lat wcześniej przez bohaterki, uciekła z zamkniętego zakładu psychiatrycznego i coś knuje. Pełna szczegółów, przytacza np. średnio istotnymi, słyszanymi  przypadkowo rozmowami osób siedzących przy stolikach obok bohaterki, męcząca. Przez tę kronikarską drobiazgowość całość jest niestety raczej przyciężka.

Był jeden zabawny dialog nt. kempingu i węży. Który jednak może kiedy indziej, bo najpierw musiałabym znaleźć książkę…

A w rolach głównych występują: po stronie zabójcy ogień, po stronie bohaterek helikopter. Stopień szczegółowości wyjaśnień dotyczących pilotowania takiego helikoptera skutecznie zastąpiłby część teoretyczną szkolenia na pilota.

Kiedyś w wywiadzie dla Wysokich Obcasów Wojciech Waglewski stwierdził: "Z wiekiem doszedłem do tego, że liczą się trzy tematy. Kosmos i Bóg. Śmierć i przemijanie. Miłość i lęk przed utratą miłości." Tak mi się przypomniało, jak się zastanawiałam dziś, że w gruncie rzeczy w kryminałach jednak nigdy nie chodzi o uniwersalne tematy sztuki wysokiej.

Zapisuję, zanim znowu zapomnę, gdzie to było. 

Cały wywiad tu:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,6364807,Kocham_Grazyne_W_.html?as=1&startsz=x



Jest jeszcze walka dobra ze złem, ale chyba faktycznie raczej nie w piosenkach…


  • RSS